Każda twarz to Chrystus

Słyszę w słuchawce telefonu jednym uchem: „Będzie dwójka dzieci. Przywieziemy”. A w drugim uchu słyszę: „Zaopiekuj się mną. To wiozą mnie. Mam na imię Jezus”...

Reklama

W kuchni wisi duży krzyż. Na ścianie za nim widać wyraźną rysę, pęknięcie, które przebiega, przecinając poziomą belkę. Tak samo jest z życiem dzieci, które znalazły się w tym domu, których „pęknięty” los stara się posklejać Jezus Chrystus. Dziś nie widać po nich przeżyć minionych dni, nieprzespanych nocy, strachu i braku poczucia bezpieczeństwa. Z ich twarzy nie znika uśmiech. Przy stole w kuchni siedzi kilka dziewcząt. Żywo rozmawiają, śmieją się, żartują.

Agnieszka, trzymając na rękach córkę Maję, stawia na blat talerz z ciastem. Każdy sięga po kawałek i na chwilę nastaje cisza. Jeszcze kompot i herbata, co kto woli. – Napisałyśmy o naszym domu piosenkę – zagaduje Michasia. I zaczynają nucić: „Mieszkamy w Katolickim, jesteśmy sobie bliscy, jemy z jednej miski sos z pudliszki, bo nie ma drugiej miski...”. Jak rodzina – śmieje się Agnieszka. – My tu tworzymy grupę takich ziomali – dodaje Weronika.

Żeby żyć inaczej

Nagle rozbrzmiewa dzwonek. Siostra Vianneja otwiera drzwi. W progu pojawia się Magda, energiczna dziewczyna, uśmiechnięta, i od razy zagaduje, że wraca z egzaminu, trudno nie było, powinna zdać. – To nasza wychowanka, już samodzielna. Przyszła po swoją siostrę, żeby ją wziąć na popołudnie – wyjaśnia siostra zakonna. Magda odbiera telefon i tłumaczy, że: „Jakoś mi poszło, trochę się pomyliłam, ale dobrze było. Było o zmianie poszwy, podkład płócienny, gumowy. Ale na pewno zdam, cieszę się... Później porozmawiamy. Jestem w domu i Agnieszkę zabieram”.

– Jak tu trafiłam? Sprawy rodzinne się nieco skomplikowały. Rodzice zaczęli pić, zaniedbywać nas. Przez to miałam problemy w szkole. I sąd zdecydował, że kieruje mnie do „Katolickiego”. Zadomowiłam się tu i żyłam, dzień po dniu. Kiedy tu trafiłam, miałam 15 lat. Także duża byłam. Rozumiałam to, co się stało. Jeździłam do rodziców, odwiedzałam ich. Bo tu dba się o to, żeby dzieci miały kontakt ze swoimi rodzicami. Dziś wiem, że to dobrze.

Dziś jestem samodzielna, od pięciu lat sama się utrzymuję. Pracuję, uczę się. Są ludzie, co się łamią, a ja się nie łamię. Chodziłam na zajęcia sportowe, dużo sportu uprawiałam. Mam dużo dyplomów i wyróżnień. Unihokej, piłka ręczna. Biegałam w Maratonie Lednickim, na lednicką rybę biegłam – wylicza.

Magda skończyła szkołę zawodową, później liceum. Dalej się uczy, kończy kurs na opiekunkę środowiskową. – Przyszłam po Agnieszkę. Jest młodsza ode mnie. Pamiętam, odbierałam poród, kiedy mama ją rodziła. W domu się urodziła. Mała byłam wtedy – uśmiecha się.

Agnieszka po urodzeniu trafiła do rodziny opiekuńczo-wychowawczej. – Zaadoptowali ją na stałe. Ale nie wyszło, zaczęli pić. Była jeszcze gorsza patologia niż u nas. Trzy lata temu trafiła do „Katolickiego”. Teraz jest dobrze – mówi Magda. Cieszy się, bo teraz ich rodzice nie piją, jak mówi, „opamiętali się”.

– Co dla mnie jest dziś najważniejsze? Żeby żyć inaczej, żeby stworzyć sobie inne życie niż moi rodzice. Ludzie mawiają: „Jaka matka, taka córka”. Ale zdziwili się. U mnie tak nie jest – podkreśla. Wstaje. Wraz z Agnieszką idą na miasto.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama