Równia pochyła wolności

O pro life w laickim państwie, pomocy kobietom i darze adopcyjnego macierzyństwa mówi Zdeňka Rybová, działaczka pro life z Czech.

Reklama

Agata Puścikowska: Jak to się stało, że zaczęłaś zajmować się działalnością pro life?

Zdeňka Rybová: Zostałam ochrzczona, ale nie byłam wychowywana w wierze. Byłam nawet przeciwniczką Kościoła, szczególnie w sprawach... pro life. Wierzyłam w „wolność” bez zobowiązań i w „prawo do decydowania o własnym ciele”. Moje wyobrażenie wolności to tak naprawdę była anarchia. A co za tym idzie – równia pochyła i smutek. Na szczęście Bóg mnie uratował. Odnalazłam Go około 16. roku życia, po spotkaniu z papieżem Janem Pawłem II.
 Po nawróceniu przeprowadziłam się z Moraw do Pragi. Miałam 19 lat. Studiowałam dziennikarstwo i ekonomię, potem pracowałam w firmie informatycznej. W tym czasie też wyszłam za mąż. Z moim mężem chcieliśmy zostać instruktorami naturalnych metod planowania rodziny. Podczas kursu, w którym uczestniczyliśmy, poznaliśmy ludzi, którzy działali w organizacji Hnutí Pro Život, wspierającej kobiety w trudnej sytuacji. Hasło organizacji brzmi: „Żeby każda kobieta wiedziała, że nie jest sama”. Szukano osób, które zajęłyby się kontaktem z mediami – udzielały wywiadów, pisały teksty o działalności organizacji. Byłam wtedy młoda i bezczelna, więc gdy mnie o to poproszono, zgodziłam się: „Nie ma problemu, dam radę”. (śmiech) Mimo całkowitego braku doświadczenia poradziłam sobie. Siła młodości.

Później zaczęłaś też pomagać kobietom w konkretny sposób...

Tak. Z biegiem czasu wciągnęłam się również w innego rodzaju pracę. Dziesięć lat temu stworzyłam projekt Linkapomoczi.cz. To centrum kryzysowe dla kobiet w ciąży, w trudnych sytuacjach życiowych. Jako jedyni w Czechach posiadamy darmową linię telefoniczną z pomocą psychologa. Dzwonią do nas kobiety z przeróżnymi problemami. W projekcie pracuje 14 osób, które świadczą wszelką potrzebną pomoc. Zarówno kobietom w ciąży, jak i kobietom po aborcji. Najczęściej jednak zgłaszają się do nas matki oczekujące dziecka, które nie mają wsparcia od ojca dziecka i rodziny. Są pozostawione same sobie, zupełnie samotne, przerażone i zagubione.

Ilu kobietom pomogliście do tej pory?

W ciągu tych dziesięciu lat około 3 tys. kobiet. I to była bardzo różna pomoc. Od rozmowy, wsparcia, wysłuchania (tego potrzeba najwięcej!), przez pomoc prawną, lekarską, po zaoferowanie mieszkania azylowego. Mamy w Czechach relatywnie wiele domów, miejsc, w których kobiety w dramatycznej sytuacji mogą się schronić.

Z czego się utrzymujecie?

Z datków od dobrych ludzi. Pieniędzy od państwa (gdyby ktoś je zaproponował) i tak byśmy nie przyjęli. Skoro nasze prawo dopuszcza aborcję na życzenie do 12. tygodnia ciąży, a później, jeśli np. dziecko jest chore, do 24. tygodnia, to przyjmowanie pieniędzy od rządzących nie byłoby etyczne. W Czechach, 10-milionowym państwie, rocznie w wyniku aborcji ginie ponad 20 tys. dzieci. Czyli średnio 60 dzieci każdego dnia. I trwa to nieprzerwanie od 1957 r.

Mamy powszechną świadomość, kiedy zaczyna się życie. Mimo to tysiące kobiet dokonują aborcji. Dlaczego?

Z mojego doświadczenia wynika, że powód najczęściej znajduje się w... mężczyźnie. W Czechach mężczyźni są wychowywani tak, by w zasadzie nie przyjmować odpowiedzialności za kobietę i dziecko. Taka obojętność jest uważana za poprawną i właściwą. Ciąża to sprawa tylko kobiety. Może się ona „pozbyć kłopotu” na koszt państwa. Oczywiście ten stan rzeczy najbardziej uderza w same kobiety. Bo w sytuacji kryzysowej nie potrzebują „wolności”, lecz pomocnej dłoni. Często kobiety dostrzegają zło obecnego systemu dopiero, gdy zostają pozostawione same sobie. Wcześniej myślały, że mają „wolność”, i cieszyły się z niej. Pracujemy też z kobietami, które są ofiarami syndromu poaborcyjnego. Oferujemy im profesjonalną i darmową terapię, na którą mogą chodzić nawet rok. Państwo, choć finansuje aborcję, takiej terapii nie proponuje.

Wszyscy jesteście katolikami?

Czechy nie są krajem religijnym. W moim centrum kryzysowym katolicy są mniejszością. Większość to (przypuszczalnie) ateiści. Bo pro life nie jest katolickie! Jest ludzkie... Niezależnie od wyznawanej wiary czy jej braku powinniśmy chronić ludzkie życie. Wszyscy nasi wolontariusze mają ogromną motywację do niesienia pomocy, wielką miłość do życia. Zresztą nasza pomoc nie ogranicza się tylko do kobiet przed aborcją czy po niej. Pracujemy też z małżeństwami w kryzysie. Na przykład z bezdzietnymi, które bardzo z tego powodu cierpią.

Ten rodzaj cierpienia poznałaś na własnej skórze.

I na skórze męża. Wzięliśmy ślub, planowaliśmy dzieci. Staraliśmy się latami, leczyliśmy się bezskutecznie. To bardzo bolało... Jednak jeszcze przed ślubem rozmawialiśmy o bezdzietności, czysto hipotetycznie. Wtedy postanowiliśmy, że jeśli nie doczekamy się dzieci biologicznych, postaramy się o adopcję. Tak zrobiliśmy. Adoptowaliśmy Agnieszkę, która dziś ma ponad 14 lat. Potem Magdę. I w końcu Macieja. Oczywiście była to decyzja w jakiś sposób trudna, bo nieco obawialiśmy się przyszłości. Jednak Bóg się nami opiekuje: ofiarował nam wspaniałe, dobre dzieci. Córki zaczynają dorastać, a to dla mnie spora próba cierpliwości. (śmiech) Natomiast dla mojej pracy doświadczenie braku dzieci biologicznych i potrójnej adopcji jest pozytywne. Doskonale rozumiem, co czują pary bezdzietne. Mogę też świadomie odradzić im in vitro. Są lepsze sposoby zostania rodzicami. Mam na to aż trzy ładne, inteligentne i kochane dowody.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama