Gotowanie zbliża ludzi

Dopiero zabierając się za pisanie mojej najnowszej książki „Semka ...się gotuje”, uświadomiłem sobie, jak silnie gotowanie wpływa na relacje międzyludzkie. Ta prawda, którą świetnie rozumiały jeszcze nasze babcie, gdzieś zagubiła się w ostatnim półwieczu.

Reklama

Jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku matki wbijały córkom do głowy, że „przez żołądek trafia się do serca męża”, a przy rodzinnym stole tworzą się pozytywne relacje.

Miałem to szczęście, że w moim rodzinnym domu w Gdańsku w latach 70. rodzice trzymali się zasady, by zawsze ok. 19.00 wszyscy domownicy zbierali się na wspólną kolację. Moja rodzina była dość liczna – składała się z babci, mamy ojca, moich dwóch starszych braci i mnie. Razem sześć osób. Wspólne spotykanie się codziennie przy kolacyjnym stole wymagało pewnej dyscypliny. Moi starsi bracia nie próbowali przekonywać rodziców, że mają wieczorem coś wyjątkowo ważnego do załatwienia, a ja nie śmiałem twierdzić, że zabawa z kolegami na podwórku jest ważniejsza niż rodzinny rytuał. Rodzice stawiali sprawę wspólnej kolacji bardzo serio: codziennie spotykamy się na wieczerzy i nic w tym czasie nie jest ważniejsze.

Dopiero po latach zrozumiałem, że takie codzienne, pozornie błahe rozmowy przy stole pozwalały rozwiązywać w zarodku wiele napięć i umożliwiały mimowolne, spokojne pogadanie o rodzinnych sprawach. Powiem więcej – dziś śmiem podejrzewać, że dzięki temu rodzinnemu rytuałowi zostałem po latach dziennikarzem politycznym. Wtedy, w latach 70., naszej kolacji towarzyszył włączony telewizor z PRL-owskim „Dziennikiem telewizyjnym”, który prowokował rodziców do komentowania na bieżąco kolejnych propagandowych akcji komunistycznych władz lub uzupełniania informacji ze świata wiedzą uzyskaną z „wolnej Europy”. Co więcej, rodzice dzielili się między sobą tym, co usłyszeli w swoich zakładach pracy na temat tego, o czym nie sposób było usłyszeć w komunistycznych „przekaziorach”. Dziś widzę, że jako 10- czy 12-latek nasiąkałem taką niezależną wiedzą, praktycznym antykomunizmem i wreszcie uczyłem się odróżniać, co jest propagandą, a co prawdą.

Ja i moi bracia chętnie przychodziliśmy wieczorem na wyznaczony czas do domu, bo moja babcia, moja mama, ale i mój tata wspaniale gotowali. Łatwiej było zakończyć zabawę na podwórku, gdy wiadomo było, że za chwilę w domu czeka nas wspaniała kuchnia.

Oczywiście nie co dzień były to ciepłe frykasy, ale babcia i mama naprawdę potrafiły wyczarować smakołyki z niczego. A w miarę pustoszenia półek w latach kryzysu lat 70. bywało to coraz trudniejsze. Dziś uświadamiam sobie, że wszystko to musiało być opłacane przez rodziców żmudnym staniem w kolejkach w drodze z pracy do domu.

„Przypalam nawet wodę”

Dlaczego dziś wspólne kolacje są tak rzadkie, choć bogactwo oferty sklepowej w XXI wieku zawróciłoby w głowie moim rodzicom żyjącym w epoce Gierka?

Mam na ten temat swoją teorię. Kiedyś matki uczyły – głównie córki, ale i synów – gotowania. Ta nauka zaczynała się w wieku 8–11 lat. Ja sam dopiero po wielu latach, gdy sam zacząłem gotować, uświadamiałem sobie, ile mimowolnej wiedzy o kucharzeniu wchłaniałem, biernie towarzysząc mojej babci przy przyrządzaniu posiłków. Ciepła kuchnia, serdeczne rozmowy z babcią i obserwacja, jak powstawały różne potrawy, pozwalały po latach instynktownie wiedzieć, co z czym pasuje, i pamiętać, jak z grubsza robi się gulasz, klopsiki czy zupę „dziadówkę”. Dziś matki o wiele rzadziej gotują same na co dzień, a już zupełnie nie mają pomysłu, jak nauczyć córkę lub syna pichcenia nawet najprostszych potraw.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama