Kobieta radą na hejt

Niezmiennie mocnym punktem IV Diecezjalnego Dnia Kobiet w Skierniewicach były świadectwa, których ze wzruszeniem wysłuchało ok. 500 zgromadzonych kobiet.

Reklama

Brygida Grysiak, dziennikarka TVN24, autorka książek (m.in. „Wybrałam życie”), zaczęła od tego, że ma dość gładkie życie, które nie stawia przed nią dramatycznych wyborów, takich jak przed jej bohaterkami. - My bardzo lubimy oceniać innych i siebie nawzajem. Lubimy się porównywać. I nie chodzi tylko o strój, zasobność portfela, mężów - mówiła. - Ja musiałam zostać matką, żeby zdać sobie sprawę, jak fantastyczną jestem kobietą. Bycie matką spowodowało, że już nie muszę wszystkiego rozumieć. Moją kobiecość pomogły mi odkryć dzieci! Wcześniej siebie nie znałam i nie rozumiałam, a teraz świetnie się rozumiem i świetnie się ze sobą czuję.

Szybko jednak przypomniała, że „to nie jest tak, że my wszystkie, piękne i dobre, mamy cudowne życie”. - Bohaterki „Wybrałam życie” przeżywają ogromne dramaty. Ale ocaliła je miłość - opowiadała.

- Wyjątkowe kobiety mnie „prześladują”, a to też buduje moją kobiecość - zaznaczyła B. Grysiak. - Kobiety nie tylko „książkowe”. Jedna z nich to Rita z Aleppo. To jest dziewczyna, która ma w oczach wszystko - piekło wojny, sieroty, którymi się opiekuje, ginących przyjaciół… Ale to też jest piękno. Druga to doktor Helena Pyz. Chora, niepełnosprawna kobieta na wózku inwalidzkim, która od 30 lat leczy w Indiach chorych na trąd, zbiera dzieci z ulicy, karmi je, towarzyszy im. Tam zobaczyła, że jej samotność jest pełna ludzi i pełna miłości. Jest piękną starszą kobietą, która w oczach ma taką miłość… Marzyłabym, żeby mieć za 20 lat taki ogień w oczach.

Na koniec dziennikarka przypomniała, że nigdy nie wiemy, w którym momencie naszego życia Pan Bóg nas znajdzie, i… na którym kanale telewizyjnym się to stanie. - My, kobiety, nie wspieramy się wzajemnie. Nie znoszę obmawiania za plecami, nigdy w tym nie uczestniczę. Człowiek robi głupie rzeczy, gdy go coś boli albo się czegoś boi - przestrzegała. - Żyjemy w strasznie dziwnych czasach, świat zwariował. Ale nie łudźmy się, to nie świat zwariował, to ludzie zwariowali. Wydaje mi się, że kobieca wrażliwość daje nam siłę do tego, by powiedzieć temu „stop”. Nienawiść nie jest odpowiedzią, żaden „hejt” tego nie zmieni i nadstawianie drugiego policzka ma sens. Tylko w nas, kobietach, jest na to rada. Tę nienawiść, hejt i podziały mogą zażegnać tylko kobiety, ze swoją wrażliwością, ciepłem i rozsądkiem wypływającym z piękna i dobra.

Swoim wzruszającym świadectwem podzieliła się z uczestniczkami DDK także Grażyna Zielińska, przedsiębiorca, autorka książek. - Mam 54 lata, jestem córką, żoną, mamą, babcią. Pan Bóg dał mi bardzo barwne życie, postawił na mojej drodze wspaniałych ludzi. I dał mi dużo więcej, niż sobie wymarzyłam - przedstawiła się. - Kilkanaście lat temu byłam na tzw. szkole przetrwania w Górach Stołowych. Goprowcy przygotowali nam ekstremalne zadania - chodzenie po pionowych zboczach gór, nad przepaściami, po linach… Ja jestem takim „bojącym dudkiem”, w dzieciństwie bałam się nawet trzepaka, a na te liny mnie jakoś tak pchało… Kolega zrobił mi zdjęcie nad przepaścią. „Co za zdjęcie!” - pomyślałam. - „Nadawałoby się na okładkę mojej książki”, choć przecież nigdy nie zamierzałam napisać żadnej książki. Ono obrazuje wszystko, co później chciałam w niej przekazać. Że jestem zawieszona nad przepaścią, że wystarczy - pyk! - tę linę i wszystko może się odwrócić. I na tym zdjęciu w tle jest maleńki kościół. Byłam wychowana w przykładnej katolickiej rodzinie, ale wiara była „modlitwą do obrazka” - mówiła.

- W pewnym momencie zaczęłam tracić wzrok. Najpierw w jednym oku, potem w drugim. Lekarze diagnozowali stwardnienie rozsiane. Ale do końca nie wiedzieli, co to jest naprawdę. Wyszłam ze szpitala na własną prośbę. Mój świat runął. Wystraszyłam się, że nie zdążę wychować moich dzieci, że nie będę mogła jeździć po świecie, tańczyć, że mąż mnie na pewno zostawi… - zwierzała się. - W chorobie spotykały mnie bardzo trudne chwile. Ból był tak silny, silniejszy od torbieli w zębach czy bóli porodowych, miałam wręcz zachwianie woli życia… Chciałam skończyć z bólem za wszelką cenę. Blisko mojego domu był dworzec PKP, żałowałam, że tory nie przechodzą pod moim oknem, bo miałam duże problemy z chodzeniem… - mówiła, a niektóre panie ukradkiem ocierały łzy.

- Niedawno miałam Wielki Czwartek. Po całym dniu pracy poszłam do kościoła, bardzo zmęczona. Już tam czułam, że moje nogi zaczynają drżeć. Ale udało mi się dotrwać do końca, a potem wyszłam z niego, suwając nogami o pół długości buta. W pewnym momencie stanęłam. Zawołałam do mojego Anioła Stróża: „I co ja mam teraz zrobić?! Nie mam telefonu komórkowego. Aniołku, co ja mam robić? Czołgać się w tym błocie?”. Mieszkałam dosłownie trzy domy dalej. Anioł pomógł. Pojawiła się sąsiadka… - opowiadała pani Grażyna.

- Gdy postawiono mi diagnozę, wpadłam w depresję. Ale, Bogu dzięki, udało mi się w miarę szybko otrząsnąć. I wtedy powiedziałam sobie: „O, nie, jeśli nawet mi zostało niewiele życia, to tę resztę wykorzystam do cna”. Wtedy skończyłam studia, najpierw magisterskie, potem doktoranckie, założyłam własną firmę, dzisiaj szkolę ludzi… Jestem dumna z tego, co robię. A swoją siłę odkryłam w chorobie - podkreśliła. – I swoją pierwszą książkę napisałam dla ludzi cierpiących na SM [stwardnienie rozsiane - przyp red.], żeby powiedzieć im, że z tą chorobą można żyć. Tylko trzeba nauczyć się tego, że choroba nie może nami zawładnąć w całości. Trzeba jej pozwolić iść obok nas, choć czasem trzeba się z nią spotkać. Gdy zaczynałam pisać książkę, myślałam, że Pan Bóg mnie ukarał, ale gdy ją kończyłam, wiedziałam, że choroba to dar. Gdy zaczynałam pisać drugą książkę, wiedziałam już, że choroby nie pochodzą od Boga, a gdy ją kończyłam, wiedziałam, że nie pochodzą od Boga, ale od Złego, a Pan Bóg tylko je dopuszcza, żeby wyprowadzić z nich dobro.

Pani Grażyna opowiedziała wiele wstrząsających chwil ze swojego życia, zmagania się z chorobą i uczynienia z niej sposobu do… służenia innym. Wzruszające było również to, że świadectwa heroicznej kobiety słuchali wpatrzeni w nią z troską mąż, córka, wnuczka i tata…

Po świadectwach przyszedł czas na przerwę przy kawie, herbacie, pysznych ciastach, upieczonych przez panie z Międzyborowa i Skierniewic (z parafii Niepokalanego Poczęcia NMP), oraz ciepłej zupie.

Czytaj także:

  • Konferencja Marii Miduch - TUTAJ.
  • Madonna od popaprańców - TUTAJ.
  • Relacja z Mszy św. - TUTAJ.
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama