Liczy się cierpliwość

Po burzy czy gradobiciu rolnicy jadą szybko na pole, żeby zobaczyć, jakie są straty. Często nawałnica całkowicie niszczy np. 300-metrowy pas upraw, a na pozostałym areale rośliny są nietknięte i można wśród kłosów dojrzeć kolorowe polne kwiaty.

Reklama

Siadamy wieczorem z Barbarą i Leszkiem Szpakowskimi ze Studzieńca przy stole w kuchni, która jest jednocześnie jadalnią. Najważniejszym pytaniem nurtującym rolników w drugiej połowie sierpnia jest pogoda: czy następnego dnia nie będzie padał deszcz i uda się dokończyć koszenie zboża? Żniwa trwają z przerwami od końca lipca. Kilka słonecznych dni dawało możliwości pracy maszynom, ale deszcze, burze, również z gradem, skutecznie opóźniały pracę.

Ręce i kwiaty

Pijąc kawę, dostrzegam zaklejony plastrem palec prawej ręki gospodarza. Okazuje się, że to niejedyne zadraśnięcie, przecięty kciuk, przytrzaśnięte paznokcie… Skaleczeń nie da się uniknąć. Pani Barbara mówi, że opatrunki i woda utleniona muszą być zawsze pod ręką, ciągle coś się dzieje. Na kciuku lewej ręki widać skaleczenie sprzed sześciu lat. – Wymieniałem właśnie żyletki kosy w kombajnie. Przy montowaniu, zamiast uderzyć w nożyk, trafiłem, ze zmęczenia i zdenerwowania, młotkiem w palec – wspomina rolnik.

W tym roku, po raz pierwszy od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, pan Leszek nie kosi na kombajnie, chociaż bardzo to lubi. Poprosił o pomoc kolegę. Jak powiedział, już się nakosił. Wspominał „uroki” i niezapomniane wrażenia pracy na „Bizonie”. Upał, kurz i perspektywa kilkudziesięciu dni wielogodzinnej pracy, od świtu do późnych godzin nocnych. Kiedy tylko pozwalała na to pogoda, do domu zjeżdżał z pola o pierwszej w nocy. Maszynę trzeba było przejrzeć, naprawić drobne usterki, nasmarować i wczesnym rankiem znów wyruszyć na koszenie. Czasami żniwa kończyły się we wrześniu.

Czy przy takim napięciu i zmęczeniu rolnik ma czas, żeby zachwycić się pięknem przyrody? Pani Barbara nie ma najmniejszych wątpliwości i opowiada, że mąż często, pomimo zmęczenia, z uśmiechem przywozi dla niej z pola piękne i kolorowe bukiety polnych kwiatów.

Praca jak każda inna

Pracę w gospodarstwie rolniczym trzeba polubić. Można się jej nauczyć, ale bez pasji będzie zbyt uciążliwa. I nie wynika to z konieczności wstawania bladym świtem czy mozolnej pracy do późnego wieczora.

– Bez przesady, nie ma co narzekać na trudny żywot rolnika. Każdy musi ciężko pracować, czy to w fabryce, czy w kopalni, dlatego moja praca nie jest jakaś szczególna, z wyjątkiem tego, że musimy być zawsze na miejscu. Taka jest specyfika hodowli kurczaków. Trzeba kontrolować, czy nie ma awarii, nie pękł np. wężyk doprowadzający wodę i paszę itd. Takie awarie najczęściej pojawiają się w nocy przed świętami albo przed niedzielą, kiedy mamy już całkiem inne plany – opowiada hodowca. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak zrezygnować ze świątecznego odpoczynku, wyjazdu do rodziny czy na polowanie. Trzeba zakasać rękawy i naprawić awarię.

Żeby upewnić się, że zwierzętom niczego nie brakuje i są w dobrej kondycji, gospodarze wstają każdej nocy na krótki obchód. Ale wejście do kurnika wcale nie jest takie proste. Ptaki przyzwyczajają się do osoby, która je karmi. Rozpoznają ją po ubiorze, sposobie poruszania się. Dlatego nawet gdyby ktoś chciał zastąpić gospodarza, to jest to prawie niemożliwe i bardzo niebezpieczne dla ptactwa.

Pani Barbara pomaga mężowi w prowadzeniu fermy. Gdy pewnego dnia pan Leszek musiał wyjechać, przed wejściem do kurnika żona gospodarza włożyła jego fartuch i buty, żeby jak najbardziej się do niego upodobnić. Niestety, kamuflaż okazał się niedoskonały, kurczaki wystraszyły się i wpadły w popłoch. Wiele zostało stratowanych i zranionych. Obecność nieznajomej osoby jest więc ogromnym zagrożeniem dla zwierząt.

Cierpliwość i wytrwałość

Przed 30 laty pan Leszek pracował we Wrocławiu. Pojawiła się możliwość poprowadzenia własnej działalności, więc zaryzykował i otworzył kiosk z warzywami. Zaopatrując się w produkty u rolników, trafił na fermę drobiu, gdzie kupował jajka. Rozmowa z gospodarzem tak go zainspirowała, że z trzema kolegami zdecydowali rozpocząć hodowlę drobiu. Na ziemi lubuskiej powstawała infrastruktura, dlatego zdecydowali się zaryzykować. Mieli po 26 lat, przyjechali do Studzieńca i jak pionierzy zaczęli sami budować wszystko od podstaw. Przez pierwsze lata wynajmowali pokoje u miejscowych gospodarzy, tworząc własne fermy. Przez wiele lat udawało się prowadzić hodowlę i mieszkać w Zielonej Górze, jednak z czasem zaczęło to przysparzać wielu niedogodności, dlatego państwo Szpakowscy podjęli decyzję, że zbudują dom na wsi.

Zanim jednak zamieszkali w wymarzonym domu, z zieloną trawą przed oknem, miejscem na ognisko, przy którym zasiadają wieczorami z najbliższymi i przyjaciółmi, przez pięć lat mieszkali w przyczepie kempingowej. – Było ciekawie, chociaż jak pierwszy raz zobaczyłam tę przyczepę, to się załamałam – wspomina Barbara. Z czasem udało się ją przystosować, doprowadzić do użytku. W letnie miesiące, kiedy było bardzo ciepło, państwo Szpakowscy spali w namiocie, ale kiedy pogoda się zmieniała, wracali do „domu”, do przyczepy. Najgorsza była zima, szczególnie najmroźniejsze noce, kiedy ogrzewanie nie wystarczało i pomagały tylko sprawdzone sposoby – termofor, butelka z gorącą wodą.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama