Dom, gdzie mieszka nadzieja

Każdy wolontariusz najbardziej obawia się, że zadzwoni ktoś, kto chce targnąć się na swoje życie. Jednak przychodzi na kolejny dyżur, by swoją miłością rozpalać iskrę nadziei w drugim człowieku.

Reklama

Pokoiki są małe, kilka książek ułożonych w przeszklonej witrynie, a na biurku stoi wiekowy telefon. Na fotelu siedzi pani Agnieszka. Na każdy dzwonek telefonu od lat reaguje tak samo: „Dzień dobry, anonimowy telefon zaufania”. I zaczyna słuchać, nawiązywać więź z rozmówcą. To jedyna szansa, by mu pomóc. Dać choć odrobinę nadziei. Bo tu często dzwonią ludzie, którzy ją stracili. Wydaje się im w tym momencie, że na zawsze… Ale dzwonią. – A my jesteśmy po to, aby im pomóc – stwierdza stanowczo pani Agnieszka.

Moja misja

Telefon zaufania funkcjonuje dzięki wolontariuszom. Wolny czas poświęcają, by służyć innym. Dyżurują w dzień i w nocy. – Ludzie potrzebują miłości, wsparcia, zrozumienia. Już dawno temu się tu zgłosiłam. Usłyszałam apel. Pomyślałam, że to może jest wiadomość skierowana do mnie, że to szansa, aby coś wartościowego w życiu robić, komuś pomóc. I zgłosiłam się. Było to w 1989 roku – wspomina pani Agnieszka. Początki nie były łatwe. Bo przecież człowiek, rozmawiając z drugim, bierze na siebie ogromną odpowiedzialność za każde wypowiedziane zdanie. Wystarczy jedno nieodpowiednie słowo, a rozmówca może się rozłączyć, stracić szansę na zmianę swojego życia.

– Pierwszego telefonu dokładnie nie pamiętam. Ale pamiętam lęk, z jakim początkowo przychodziłam do placówki. I wątpliwości, że może nie podołam, nie będę umiała komuś pomóc, nie będę wystarczająco dobra. Postanowiłam chodzić na wszystkie możliwe szkolenia, jakie będą. W ten sposób nabrałam pewności i przekonania, że to jest moje miejsce, moja misja, którą mam wypełniać – wyznaje.

Ludzie dzwonią w różnych sytuacjach. Kłótnie w rodzinie, toksyczne związki, przemoc, alkoholizm. Dzwonią młodzi, którzy nie potrafią nawiązać relacji z rówieśnikami, często zaniedbywani przez rodziców. Jednak najtrudniejsze są rozmowy z osobami, które mają myśli samobójcze. Tu trzeba ważyć każde słowo, jakby wczuć się w sytuację tego człowieka, odczuć to, co on czuje. Trzeba w krótkim czasie znaleźć jakąś motywację, odkryć razem z nim dobre strony życia, coś, co go jeszcze przy nim przytrzyma.

– Całe szczęście tego typu telefonów nie mamy zbyt dużo. To kilka procent rozmów, jakie prowadzimy – mówi wolontariuszka. – Ale są to najtragiczniejsze telefony. Chyba każdy z nas boi się trochę takich rozmów – wyznaje.

Wspomina rozmowę sprzed wielu lat. – Człowiek, który zadzwonił, wydał ostatnie pieniądze na ten telefon. Dzwonił z poczty. Powiedział, że żona umarła, nie ma co jeść i dzisiaj postanowił odejść wraz z córką. Po rozmowie szybko dowiedziałam się, z jakiej miejscowości dzwonił. Potem, przy pomocy dobrych ludzi, odszukaliśmy go. Zwróciliśmy się do księdza z tej miejscowości z prośbą, by natychmiast udał się do tej rodziny. Zrobił to. Zorganizowaliśmy pomoc. Ksiądz pomógł mu znaleźć pracę. Z tragicznej chwili wypłynęło dobro. Wokół nas jest wielu ludzi w trudnych sytuacjach. Niestety, w swym zabieganiu nie dostrzegamy ich – opowiada pani Agnieszka.

Potrzebny wolontariusz

Aby telefon zaufania mógł funkcjonować przez całą dobę, potrzebni są wolontariusze. Dlatego co roku trwają poszukiwania chętnych, którzy chcieliby swoją rozmową wspomóc potrzebujących. – Swoją miłością rozpalić iskrę nadziei w drugim człowieku – podkreśla. – Potrzebne są pewne predyspozycje, choćby empatia, umiejętność słuchania, wczucia się w sytuację drugiej osoby. Po prostu żeby być wolontariuszem, trzeba mieć dobre serce – dodaje.

Wystarczy mieć skończone 25 lat, wykształcenie co najmniej średnie. Po wysłaniu ankiety prowadzone są rozmowy kwalifikacyjne. Potem rozpoczyna się trzymiesięczny cykl szkoleń. Następnie odbywa się szkolenie praktyczne.

– Zależy nam, aby była obsada przez całą dobę. Moim marzeniem jest, abyśmy mieli przez cały czas dwie dyżurujące osoby. Ale przy naszej gonitwie za pieniędzmi – oczywiście to nie wymówka, po prostu tak mało zarabiamy, że często musimy podejmować dodatkowe prace – nie mamy takiego komfortu jak na Zachodzie, gdzie kobieta może mieć dobrze zarabiającego męża i realizować się jako samarytanka – mówi szef placówki Andrzej Kurowski.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama