Za burtą

− Pewnie to wyparcie albo zwykła naiwność, ale ja wierzę, że dziadek żyje. To jest wojownik. Nie umiem sobie wyobrazić, by się poddał i nie zrealizował do końca swojego marzenia o rejsie dookoła świata − mówi wnuczka Paulina Kocan.

Reklama

Starsze małżeństwo z Gdańska wypłynęło 2 listopada z Wysp Kanaryjskich na swoim 14-metrowym jachcie „Vagant”. Zamierzali przepłynąć Atlantyk, kierując się na Barbados. To był kolejny etap w ich wymarzonym rejsie dookoła świata. Pod koniec listopada media obiegła informacja o zaginięciu Polaków. Jak doszło do tragedii? I co właściwie się wydarzyło?

Nie dla nich kapcie i telewizor

− To było ostatnie i największe pragnienie dziadka. Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że od kilkudziesięciu lat prowadził swoją „listę marzeń”. Było tam wiele punktów, które systematycznie odhaczał − mówi Paulina. Wyjechać w góry na narty. Oczywiście. Nauczyć się nurkowania. Proszę bardzo. Wyprawa w Alpy. Jasne. Wypłynąć z żoną w rejs dookoła świata na własnym jachcie. A czemu nie? – Wszystkie punkty realizował, bo razem z mamą są bardzo aktywnymi emerytami. Kapcie i „Moda na sukces” w telewizji to nie dla nich − opowiada córka Hanna Dąbrowna-Kocan. Został tylko ten rejs. Pan Stanisław powtarzał najbliższym, że to będzie ostatnia „wielka rzecz”, jaką zrobi przed śmiercią.

– Tata żeglarstwo zaczął uprawiać w okresie studiów. To była jego wielka pasja, którą zarażał całą naszą rodzinę. Zabierał nas na mniejsze i większe wyprawy po mazurskich jeziorach, Bałtyku czy dookoła Włoch. Przez połowę życia zbierał na jacht. Ciężko pracował, odkładał pieniądze, odmawiając sobie wielu przyjemności. W końcu dopiął swego − mówi pani Hanna i pokazuje „Ramowy plan rejsu”, skrupulatnie sporządzony przez tatę na długo przed wypłynięciem. Z Gdańska do Kołobrzegu, a potem na Bornholm. Norweskie fiordy, kredowe klify Dover, następnie kurs na słoneczne Kanary i egzotyczne Karaiby. W międzyczasie dłuższe postoje, zwiedzanie, odwiedziny u rodziny i przyjaciół. Relaks, wypoczynek, spokój i piękne widoki. „Na Martinique lub na Dominica świętujemy Wigilię i Święta Bożego Narodzenia oraz Nowy Rok” – można przeczytać uwagę kapitana.

Pierwszy etap rejsu miał zakończyć się w lipcu 2018 roku w Bostonie. Plan zakładał odwiedzenie 68 portów w ciągu 381 dni. Później miały przyjść kolejne wyzwania – Pacyfik, Ocean Indyjski, Nowa Kaledonia, Wyspy Kokosowe, „o ile starczy sił witalnych i zdrowia, bo w sierpniu 2018 roku będę miał 75 lat” − notował pan Stanisław. Wielka wyprawa marzeń miała zakończyć się dwa lata później.

− Dziadek, jak coś sobie postanowił, to nigdy nie odpuszczał. Więc na planie nie poprzestał. Zaczął wcielać go w życie – mówi Paulina. Razem z żoną Elżbietą wypłynęli w lipcu tego roku. Punkt po punkcie, zatoka po zatoce, morze po morzu − wszystko szło idealnie. Do czasu...

Nic nie idzie, nic nie idzie!

Był poniedziałek 20 listopada. Małżeństwo z Wysp Kanaryjskich zmierzało w kierunku Barbadosu. − Tego dnia zaczęły się problemy z łącznością przez telefon satelitarny. Strasznie trzeszczało i przerywało. Jednak tata zdołał wykrzyczeć, że wszystko jest w porządku. Udało mi się zanotować również pozycję jachtu, którą mi podyktował. To był ostatni kontakt z ojcem. Po trzech dniach, tym razem do mojej siostry, zadzwoniła mama. To już samo w sobie było dziwne, bo nigdy wcześniej tego nie robiła – opowiada pani Hanna. Rozmowa trwała 15 sekund. Pani Elżbieta była przerażona. Powtarzała: „Nic nie idzie, nic nie idzie!”.

W piątek zaniepokojone córki podróżników postawiły na nogi polskie MSZ. Otrzymały kontakt do konsula w Wenezueli. W poszukiwania zaangażowali się też żołnierze francuscy stacjonujący na Martynice. Zagranicznym służbom udało się namierzyć jacht żeglarzy z Polski. Płynący w kierunku Brazylii kontenerowiec zabrał ze sobą panią Elżbietę. Pana Stanisława nie było na pokładzie.

– Dopiero wtedy tak naprawdę dowiedzieliśmy się, co się wydarzyło – podkreśla pani Hanna. Do tragedii doszło we wtorek 21 listopada. W nocy zerwał się główny żagiel, co groziło uszkodzeniem całego jachtu. Pan Stanisław musiał natychmiast zareagować i zabrał się do naprawy. W pewnym momencie wypadł za burtę. Nie był przypięty szelkami zabezpieczającymi do relingów, nie miał też kamizelki pneumatycznej, która umożliwia unoszenie się na wodzie.

− Mama natychmiast rzuciła tacie koło ratunkowe. Próbowała też zawrócić jacht. Uruchomiła bieg wsteczny, ale w silnik wkręciła się linka od koła, które płynęło za jachtem. Silnik się zatrzymał. W tej sytuacji mama rzuciła tacie drugie koło ratunkowe, a także obcięła spory kawałek żagla koloru różowo-fioletowego i również rzuciła w jego kierunku – opowiada pani Hanna. Nic więcej nie mogła zrobić. Rodzina zaapelowała do wszystkich służb o natychmiastową akcję ratunkową.

Wojownik i łódka-anioł

Cała rodzina – pięcioro dzieci (trzech synów i dwie córki) oraz dziewięcioro wnucząt – zaangażowała się w poszukiwania. Ktoś utworzył profile na portalach społecznościowych, gdzie publikowane były polsko- i anglojęzyczne komunikaty oraz prośby o wsparcie. Ktoś inny kontaktował się z mediami. Pozostali obsługiwali „gorącą linię” z zagranicą. – Poruszyliśmy niebo, ziemię i wodę, by odnaleźć tatę – zaznacza pani Hanna. Ostatecznie akcja ratunkowa została przerwana 29 listopada. Tego dnia rodzina odebrała telefon od ratowników z Martyniki.

− Poinformowali mnie oficjalnie o zakończeniu działań. Decyzję podjęła specjalna komisja, w której skład wchodził m.in. lekarz. Jego zdaniem, ojciec, przebywając w oceanie bez wody i jedzenia przez 7 dni, nie miał już żadnych szans na przeżycie. Pozostawiono jedynie sygnał satelitarny do wszystkich jednostek pływających w pobliżu z informacją o zaginięciu, na wypadek gdyby ktoś wcześniej tatę odnalazł, ale tego nie zgłosił − mówi córka.

Nikt w rodzinie nie dopuszcza do siebie myśli o śmierci pana Stanisława. − Gdzieś z tyłu głowy tli się nadzieja. Nie odnaleziono ciała, nie odnaleziono koła ratunkowego, nie odnaleziono fragmentu żagla. Może jakaś łódka-anioł zabrała tatę na pokład i nie poinformowała jeszcze odpowiednich służb albo nie mogła tego zrobić, bo nie ma łączności satelitarnej? Może ojciec jest nieprzytomny? A może stracił pamięć? − zastanawia się pani Hanna. − Nie sądzę, by dziadek pomyślał: „Okej, wpadłem do wody, to teraz utonę”. Na pewno walczy, próbuje się ratować, by zrealizować do końca swoje marzenie o rejsie dookoła świata – dodaje wnuczka.

Ocean hejtu

W obliczu tragedii rodzina żeglarzy z Gdańska apeluje o pomoc. − Z jednej strony walczymy z bólem po zaginięciu taty, z drugiej jest jeszcze mnóstwo formalnych i bardzo trudnych spraw do załatwienia. Musimy sprowadzić mamę z powrotem do kraju. Jacht, na którym płynęli rodzice, zniosły fale w okolice Tobago. Jest zalany wodą, która wdarła się przesz uszkodzony kadłub. Opłacenie postoju w marinie na drugim końcu świata jest potwornie drogie. Chcielibyśmy sprzedać jacht i pieniądze przeznaczyć na opiekę dla mamy. Nie wiemy, czy w ogóle to będzie możliwe. Dlatego prosimy o kontakt prawników specjalizujących się w prawie morskim – apeluje pani Hanna.

W organizację pomocy włączyły się także wnuki, tworząc na Facebooku wydarzenie „Ściągnijmy babcię do domu. Let’s get our grandma home”. „Nasza babcia jest cała, bezpieczna i aktualnie płynie do Brazylii statkiem, który ją uratował. Chcemy sprowadzić ją do Gdańska. Niestety, nasza rodzina nie ma skąd wziąć tylu pieniędzy, aby pokryć koszty związane z powrotem i późniejszym doprowadzeniem babci do zdrowia. Potrzebujemy też pomocy prawnej, aby rozwiązać wszystkie formalności dotyczące zaginięcia naszego dziadka. Dlatego my, wnuki, chcemy im pomóc i zebrać potrzebne do tego fundusze”.

Po tego typu apelach w internecie wylał się ocean hejtu na rodzinę podróżników. „A co się stało z pieniędzmi przeznaczonymi na rejs?”; „Niech nikt nie mówi, że żeglować można za »dziadkową emeryturę«”; „Dwa dziady realizują swoje marzenia, a teraz wszyscy ich szukajcie. Skrajna ignorancja”; „Dziwni ludzie. Dziwne zniknięcie. Brak odpowiedzialności, a może dobry plan? Bo kto bogatemu zabroni” – to tylko kilka przykładów tych najłagodniejszych komentarzy.

– Rodzice nie mieli jakiegoś wielkiego majątku specjalnie odłożonego na rejs. Oboje mieli emerytury i z tego się utrzymywali podczas wyprawy. By zaoszczędzić, omijali mariny pochłaniające największe koszty. Stawali na kotwicy niedaleko brzegu, a resztę trasy pokonywali pontonem. Jeśli mieli jakieś dodatkowe koszty, pieniądze pożyczali od nas – wyjaśnia córka. – To przykre, że muszę takie rzeczy tłumaczyć, ale nienawiść, z jaką zetknęłam się w internecie, mnie przeraża i nie mogę przejść nad nią do porządku dziennego – dodaje.

Kiedy rozmawiamy, siostra pani Hanny leci właśnie do Brazylii, by odebrać mamę. – To ogromne koszty. Bez wsparcia dobrych ludzi nie byłoby nas na to stać. Po jej powrocie najważniejsza będzie pomoc psychologiczna – twierdzi pani Hanna. – Mama jest silną kobietą i udaje, że wszystko jest w porządku. Ale nie jest. Nie wyobrażam sobie, co przeżyła. Spędziła sama 5 dni na wodzie. Dookoła tylko ocean. Żadnego statku w pobliżu. Wywiesiła flagę SOS, ale nigdzie żywej duszy. Próbowała ratować męża, ale jej się nie udało. Co musi czuć? Jak musi się zadręczać? – dodaje. Mimo że oficjalnie akcja ratunkowa została przerwana, rodzina nie odpuszcza poszukiwań pana Stanisława. – Dla nas wszystkich tata po prostu nie wrócił z rejsu. Ma małe opóźnienie, ale czekamy na niego.

Kontakt: hanna.dabrowna-kocan@wp.pl.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama