Jestem matką w żałobie

– Do dziś mi żal, że w szpitalu nikt nie zapytał, czy chciałabym zobaczyć moją ledwie urodzoną zmarłą córeczkę – mówi Aleksandra Kłos-Skrzypczak, mama 4-letniego Karolka i trojga dzieci w niebie. – Nikt nie nazwał jej dzieckiem. Nie powiedział, że to był poród, a ja jestem matką.

Reklama

O umieraniu

– Do momentu kiedy lekarze zaczęli podejrzewać, że nasza córeczka może być chora, byłam traktowana przez nich z szacunkiem, jak kobieta, która nosi pod sercem dziecko – wspomina Aleksandra. – Kiedy okazało się, że może będzie cierpieć na zespół Downa, córka przestała być dzieckiem, stając się zbędnym balastem. Zaczęto ją traktować jak problem, którego trzeba się pozbyć, choć prawdopodobieństwo, że będzie chora, wynosiło zaledwie 5 proc. Po porównaniu wyników z dwóch badań prenatalnych lekarz genetyk zalecił nam wykonanie amniopunkcji, by upewnić się, czy dziecko faktycznie będzie chore. Usłyszeliśmy, że jeśli przypuszczenie się potwierdzi, warto się zastanowić nad „usunięciem ciąży”. Na USG widzieliśmy z mężem, że ten mały człowiek ma już wykształcone wszystkie narządy. Rozpoznaliśmy nogi, ręce, profil twarzy Marty, a tu nagle ktoś nam powiedział, że ze względu na możliwą chorobę trzeba ją tak po prostu zabić.

Zabieg amniopukcji, czyli pobierania płynu owodniowego z macicy, był konsultowany dodatkowo przez dwóch lekarzy, którzy odradzali przeprowadzenie go ze względu na niebezpieczeństwo poronienia. A dlatego, że byłam w ciąży bliźniaczej, istniała możliwość, że zostanie pobrany płyn owodniowy z pęcherza dziecka, które zmarło i już zaczęło się wchłaniać, a to mogłoby być niebezpieczne dla dziecka żyjącego. Jednocześnie wyniki badania ze względu na obumarcie jednego maleństwa mogły być przekłamane. Jeśli jednak okazałoby się, że dziecko, które ma się urodzić, będzie chore, lekarze mieliby argument, żeby nakłonić nas do aborcji. Lekarz kierujący mnie na badanie powiedział, że jeśli poddamy się amniopunkcji i z jej powodu dziecko umrze przed 21. tygodniem, kiedy jego stratę uznaje się za poronienie, a nie śmierć, to „jakby co, zmieścilibyśmy się wtedy w czasie”.

Przed badaniem genetycznym przeprowadzono z nami – osobno ze mną i osobno z mężem – obszerne wywiady na temat schorzeń w naszych rodzinach. Musieliśmy też udzielić odpowiedzi na pytanie, jaki jest nasz stosunek do aborcji. Kiedy lekarz dowiedział się, że jesteśmy jej przeciwni, uśmiechnął się z przekąsem i stwierdził, że większość par tak mówi. Dopiero kiedy okazuje się, że dziecko jest chore, zmieniają zdanie. Zaprotestowaliśmy, argumentując, że mamy swoje lata i składamy świadomą deklarację. Jednak dwukrotnie poinstruował nas krok po kroku, jak ma wyglądać zabieg ewentualnej aborcji. Opuszczaliśmy jego gabinet utwierdzeni w przekonaniu, że na amniopunkcję nie wyrażamy zgody. Oswajaliśmy się z myślą, że nasza córeczka może urodzić się chora.

O rodzeniu

Kolejna wizyta u lekarki prowadzącej ciążę gwałtownie skończyła cały wątek. – Usłyszałam, że serce mojej Marty przestało bić – mówi. – Tylko ta lekarka, która zdiagnozowała, że pierwsza córka zmarła, a teraz stwierdziła, że druga też nie żyje, okazała mi ogromną empatię. Ogłuszona wiadomością, siedziałam w jej gabinecie 45 minut i razem płakałyśmy. Dała mi skierowanie do szpitala, gdzie farmakologicznie musieli wywołać poród.

W dniu, kiedy Aleksandra została przyjęta do szpitala, dopiero po godz. 15 dostała tabletkę poronną. – Po pięciu godzinach pojawiły się skurcze. Około 19.00 przyszła pielęgniarka. Powiedziałam jej, że odczuwam coraz mocniejsze bóle, i dostałam pabialginę. Przez cały czas nie dość, że byłam pozostawiona sama sobie, to jeszcze na każdym kroku lekarze przypominali mi, że to tylko poronienie. Nawet w chwili, gdy liczyłam, jak długo trwa skurcz, tak jak to miało miejsce przy porodzie najstarszego syna, pielęgniarki poprawiały mnie, że nie rodzę, tylko ronię.

Wiem, że nomenklatura medyczna bywa beznamiętna, ale wtedy, jak każda rodząca kobieta, potrzebowałam tylko troski. Krótko po 19.00 zaczęłam krwawić i poczułam, że zbliża się moment porodu. Gdy powiedziałam o tym lekarce i położnej, znów zwróciły mi uwagę, że to tylko poronienie. Sprawdziły rozwarcie szyjki macicy i zdecydowały, że powinnam znaleźć się na porodówce. Pielęgniarki wiozące mnie windą opowiadały nad moją głową szpitalne ploteczki, tak jakby mnie nie było. Kiedy w sali kazano mi przejść na łóżko porodowe, urodziłam córkę na podłogę. Lekarze i pielęgniarki z oddziałów położniczego i ginekologicznego najpierw zaczęli na siebie krzyczeć, że przyprowadzili mnie w ostatnim momencie. Potem wymieniali się uwagami na temat łożyska, które było w bardzo dobrym stanie. Czułam, jakbym była żywym laboratorium.

Nikt z personelu nie powiedział ani słowa pocieszenia matce, połączonej jeszcze z urodzonym maleństwem pępowiną. A ona nie miała odwagi schylić głowy, żeby zobaczyć swoje dziecko.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama