Facet, bądź mężczyzną

Mężczyźnie mówi się „proszę pana”. Skoro ktoś jest panem, to musi panować – nad sobą. Jeśli nie panuje, to też ma w sobie coś z pana – jak każdy pantofel.

Reklama

Ojcem zwykło nazywać się kogoś, kto ma przynajmniej jedno dziecko. Niesłusznie. Ojcem jest każdy mężczyzna. Tyle tylko, że nie każdy facet jest mężczyzną – nawet jeśli spłodził mnóstwo dzieci. Nie bez przyczyny mówi się „bądź mężczyzną!”. Zwrot ten dotyczy zazwyczaj kogoś, kto ma kłopoty z wzięciem odpowiedzialności za to, co robi. Przykładem nieodpowiedzialnego faceta jest każdy mąż, który zdradza żonę. On, biedaczek, zakochał się, no i „musiał”. Albo się nawet nie zakochał, tylko go przypiliło, a ona stała przy drodze. To nie jest żaden mężczyzna, a tym samym żaden ojciec – to rozlazły dzieciuch, który pozwala sobą sterować zmiennym uczuciom i zachciankom zmysłów.

Ale to zaczyna się wcześniej. To wyrasta z celebrowanego powszechnie przekonania, że „każdy ma prawo do szczęścia”, przy czym szczęście rozumie się jako danie upustu instynktom. Każdy ma dziś do wszystkiego „prawo”, ale zapomina się, że prawo wiąże się ściśle z obowiązkiem.

Był jeszcze za komunizmu taki dowcip. Erwin zachwalał koledze pobyt w Związku Radzieckim. – Alojz, jak tam jest fajnie! Wlazujesz do kierego sklepu chcesz, bieresz co chcesz i nie płacisz, a żoden ci nic nie powie! – zachwycał się. Alojz postanowił tego spróbować. Pojechał z wycieczką do ZSRR, wszedł do sklepu, wziął co chciał… i go zamknęli. Po odsiedzeniu wyroku pierwsze kroki skierował do Erwina. Ten, po wysłuchaniu pretensji, zapytał: – A z czym żeś ty tam pojechoł?

– Z Orbisem.

– Aaa! Bo jo był z Wehrmachtem!

Wszystko ma swoją cenę. Najpierw trzeba zapłacić. Trzeba podjąć zobowiązanie – dopiero potem się ma prawo. A gdy łamie się to zobowiązanie, traci się i prawo.

W czasach rozpanoszonego seksualizmu nawet chrześcijanie zapominają, że nie są w tym życiu „z Wehrmachtem”. Bo to nieprawda, że każdy mężczyzna ma prawo do współżycia z kobietą, lecz tylko ten, który zobowiązał się sakramentalnym ślubem do dozgonnej odpowiedzialności za nią. Tylko taka cena jest godna drugiego człowieka i tylko taka stwarza właściwe warunki do przyjęcia i wychowania dzieci. Kto to zobowiązanie podejmuje, już stał się ojcem – nawet jeśli jeszcze Bóg nie dał mu potomstwa. Bo początkiem prawdziwego ojcostwa jest zgoda na wolę Boga, jaka by ona nie była. Na przykład zgoda na brak potomstwa przez odrzucenie pokusy sztucznego zapłodnienia, albo zgoda na więcej dzieci niż się mieć planowało.

Tak właśnie było z „ojcem wiary" – Abrahamem. On był już ojcem, gdy posłuchał Boga i za Jego głosem wyruszył w nieznane. Nie miał jeszcze syna, a już otrzymał obietnicę, że stanie się ojcem wielkiego narodu, licznego jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na brzegu morza. Ale na dobre stał się ojcem, gdy zdecydował się złożyć syna Bogu w ofierze. To była próba nad próby! Co musiał czuć, gdy szedł na wzgórze Moriah i patrzał na ukochanego syna, dźwigającego drewno na ofiarny ogień? I stało się to, co dzieje się zawsze, gdy człowiek do końca zaufa Bogu: Bóg niczego człowiekowi nie zabrał, lecz przeciwnie – zwielokrotnił to, czego człowiek był gotów dla Boga się wyrzec. I to czyni człowieka prawdziwym ojcem – zdolność złożenia ofiary. Taki człowiek stanie się płodny i niezależnie od płodności fizycznej, zrodzi potomstwo duchowe.

Jakie to różne od tego, co nakazuje dzisiejsza mentalność antykoncepcyjna. Ona mówi, że człowiek koniecznie musi mieć wszystko, czego sobie życzy, byle to nie pociągało za sobą skutków. I w ten sposób rosną pokolenia coraz bardziej samolubne, przekonane, że życie jest wyłącznie po to, żeby było przyjemnie, za darmo i bez sensu, a Bóg jest po to, żeby się nie wtrącał, tylko z daleka błogosławił. W efekcie przybywa ludzi, którzy dorastają, ale nie dojrzewają. Nie mogą stać się ojcami, bo coraz bardziej dziecinnieją. Nie potrafiąc zapanować nad sobą, przestają panować nad czymkolwiek. Wpatrzeni w pornosy, nie widzą żywych ludzi, w poszukiwaniu prezerwatyw gubią prawdziwą miłość. A potem dziwią się, że to życie jakieś takie do… No właśnie – takie życie sami sobie wybrali.

Ale wszystko można uratować. Przecież jeszcze żyjemy. Zanim spoczniemy na łonie Abrahama, weźmy z niego przykład.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Nab
    02.06.2010 23:04
    Jak zwykle treść znakomita. Niemniej chciałbym nieco skomplikować rzecz.
    Otóż zgadzam się w całości z tym co pisze autor, jednak chyba należałoby też wziąć pod uwagę jeszcze jeden aspekt - otoczenie i jego presję. A ta presja powoduje, że niezwykle trudno być zarówno mężczyzną jak i ojcem.
    Przytoczę tu przykład jednego z moich znajomych - od razu zaznaczam,że moim zdaniem i w kontekście powyższego artykułu z pewnością jest mężczyzną.
    Otóż człowiek ten należy do tych, o których mówimy "porzuceni".
    Kiedyś powiedział mi coś, co mnie dość mocno "uderzyło" - powiedział, że jestem jedyną ze znanych mu osób,która nie tylko akceptuje, ale pochwala jego wybór - pozostanie wiernym przysiędze,życie samemu i ukierunkowanie na jak najlepszy kontakt i wychowanie dzieci (dzieci mieszkające z matką i jej konkubentem jak to w Polskich warunkach jest zazwyczaj po rozwodach).
    Każdą chwilę jaką tylko może stara się być z dziećmi, to on daje przykład - dzięki swojemu wyborowi razem z nimi może przystępować do sakrame u Eucharystii.
    Dlaczego tak to opisuję? Bo gdy mówił mi to co powyżej napisałem potem dodał,że nawet ci którzy uważają się z praktykujących katolików nieustanie próbują go przekonywać do utworzenia konkubinatu. Jego postawa przez nich postrzegana jest nie jako coś oczywistego dla wierzącego w takiej sytuacji, ale jako jakieś dziwactwo i cierpiętnictwo. Słychać było w jego głosie pewną gorycz i ciężar,ale nie z powodu wyboru, lecz z powodu braku wsparcia i namawiania na coś wręcz przeciwnego niż wybrał. Powiedział mi kiedyś, że nawet na którejś z kolęd ksiądz starał się go przekonać do rozpoczęcia procesu o stwierdzenie nieważności małżeństwa - choć mój znajmomy twierdzi, że nie potrafiłby wskazać nic co by mogło wskazywać na podejrzenie nieważności sakramentu.
    Wydawało mi się, że jego postawa w sytuacji w której się znalazł nie z własnej woli i i winy jest czymś naturalnym, stąd moje zdumienie, jego wyznaniem, że wśród jego znajomych - a jakże wierzących - tylko ja odniosłem się normalnie do jego sytuacji.
    Zatem uświadommy sobie jak trudno być mężczyzną, a jak dodatkowo trudność tę potęguje np. sytuacja w jakiej człowiek może się znaleźć, presja otoczenia i brak minimalnego choćby wsparcia na tym zwyczajnym ludzkim poziomie. Przecież człowiek to nie tylko dusza, ale i ciało ze wszystkimi jego słabościami. Bóg umacnia, ale człowiek potrzebuje także nieco akceptacji i wsparcia także od drugiego człowieka - przecież nikt nie jest samotną wyspą, a tego wsparcia takiego zwykłego, ludzkiego dla chcących być mężczyznami bardzo brakuje, zwłaszcza niektórym, nieco słabszym. Tę potrzebę wsparcia, tak po ludzku, dla właściwych wyborów i postaw uświadomiła mi właśnie ta rozmowa ze znajomym, uświadomiła mi też, że jedno zdanie - "dobry wybór, to nie dziwactwo, tylko właściwa postawa" - dla osoby poddanej takiej presji może znaczyć bardzo wiele, także w motywacji, żeby być mężczyzną.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama