Świecki na misjach

– Powiedziałam: „Panie Boże, nie wiem, czy tego chcesz, ale ja ci mówię: tak. Nie wiem, czy się z tego coś urodzi, ale Ty mnie poprowadź”. No i poprowadził mnie do Peru!

Reklama

Świecka misjonarka Agnieszka Słowik była zaszokowana, kiedy weszła do slumsów miasta Piura w Peru. Wokół niej stały setki bud dla ludzi, zbudowanych z czterech pali wbitych w piasek, owiniętych marną plecionką z trzciny i przykrytych blachą.Do Piura, na przeciwległą stronę globu, wciąż przyjeżdżają z Polski świeccy misjonarze, wolontariusze. Pomagają polskim księżom w pracy wśród nędzarzy, którzy mieszkają w tym zapomnianym przez świat miejscu.

Rok przygotowań

Agnieszka Słowik o Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie, który przygotowuje do wyjazdu na misje świeckich wolontariuszy, usłyszała przypadkiem, w czasie pielgrzymki z Suwałk do Wilna. – Dotąd myślałam, że na misje wyjeżdżają osoby duchowne, księża, siostry zakonne. I że jak już wyjadą, to na całe życie. Nie przypuszczałam, że to może też dotyczyć ludzi takich jak ja – wspomina. Studiowała wtedy iberystykę we Wrocławiu. W czasie pierwszej rocznicy śmierci Jana Pawła II zdecydowała, że tuż po studiach pojedzie na misje. Zmobilizowało ją zdanie Karola Wojtyły, które ciągle za nią chodziło: „Człowiek idzie w kierunku, w którym woła go miłość”. Bo na misje coś ją ciągnęło. – Można o czymś myśleć, śnić, i nic konkretnego w tym kierunku nie zrobić. Powiedziałam: „Panie Boże, nie wiem, czy tego chcesz, ale ja ci mówię: tak. Wiem tylko, że chcesz mojego szczęścia. Nie wiem, czy się z tego coś urodzi, ale Ty mnie poprowadź”. No i poprowadził mnie do Peru! – wspomina Agnieszka. Żeby pojechać, trzeba odbyć roczne przygotowanie w jednym z salezjańskich ośrodków misyjnych, w Warszawie lub w Krakowie. Agnieszka raz w miesiącu jeździła więc na spotkania formacyjne do Warszawy. – To formacja oparta na modlitwie, bo Międzynarodowy Wolontariat Don Bosco nie wysyła przecież zwyczajnych pracowników socjalnych. Zdobywaliśmy też wiedzę, na przykład z zakresu misjologii – opowiada. Agnieszka nie starała się o konkretny przydział, zostawiła to Panu Bogu. W październiku 2007 r. poleciała na półtora roku do peruwiańskiego miasta Piura.

Nieszczęśni maczo

W to samo miejsce nieco wcześniej wyruszyła Hania Chmielowska z Siemianowic Śląskich. Przygotował ją do wyjazdu Salezjański Wolontariat Misyjny w Krakowie. Pojechała tuż po studiach. 5 tys. zł na bilet lotniczy zdobyła, prosząc różne firmy o dofinansowanie. Dlaczego tam się wybrała? – Jak tak dzisiaj patrzę na zdjęcia stamtąd, to nieźle mi odbiło... A poważnie, to w człowieku jest chęć poznawania, niespokojny duch. Chodziło mi też o zwyczajną chęć pomocy drugiemu człowiekowi. No i o dzielenie się wiarą, bycie świadectwem dla drugiej osoby – mówi Hania Chmielowska. – Nie jechałam z wielkim nastawieniem: „jadę na misje!”. Jeśli jesteś w zgodzie z Panem Bogiem, to naturalnie jesteś świadectwem dla innych, nic nie trzeba robić na siłę – mówi.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama