Absolwent bez pamięci

Jest pomysł na uzdrowienie polskiej edukacji: zlikwidować maturę! A potem szkoły.

A po co mi to?

Najważniejsze wydaje się pytanie o profil absolwenta. Czego szkoła ma nauczyć? Co potem sprawdzać? Mało kto te pytania zadaje. Jeśli już, to w tonie narzekania na „niedostosowanie do wymogów rynku pracy”. Na tyle głośne, że właśnie próbuje się polski system szkolny dostosować do międzynarodowych standardów, by absolwent miał szansę na zdobycie pracy w każdym kraju UE. I tu akurat trudno się dziwić, bo bezrobocie wśród młodzieży na całym kontynencie przybiera rozmiary katastrofy. Ale zdaniem prof. Jarosława Górniaka z UJ, autora badania „Bilans kapitału ludzkiego”, teza, że polskie szkoły kształcą bezrobotnych, jest publicystycznym uproszczeniem. Przeciwnie, pierwsza rewolucja edukacyjna lat 90. spełniła swe zadanie, bo 91 proc. absolwentów uczelni technicznych ma pracę, 77 proc. młodzieży z dyplomem uniwersytetów także. Dużo gorzej jest z tymi, którzy kończą edukację wcześniej. – Tamta rewolucja spełniła swoje zadanie, ale teraz pilnie potrzebna jest w edukacji druga rewolucja, jakościowa – mówi prof. Górniak. Jego zdaniem, szkoła powinna postawić na kompetencje, które są dziś niedoceniane i na które w szkole nie ma czasu: przede wszystkim samoorganizacja i umiejętność współpracy. Są one na rynku pracy wyżej cenione niż wynoszone pod niebiosa umiejętności praktyczne. Pracodawcy chcą dostać samodzielnych, odpowiedzialnych za siebie i innych absolwentów. Trzeba przestać stawiać pytanie: „A do czego mi to będzie potrzebne”, bo zabrniemy w ślepą uliczkę. Tymczasem kolejne reformy programowe zmierzają w kierunku szkoły pielęgnującej zainteresowania, a nie kształcącej charaktery.

Dużo wiadomości, mało wiedzy

Nowa podstawa programowa szkół średnich napisana została w duchu „europejskich ram kwalifikacji” i w języku „efektów kształcenia”. Słowo, które się tam najczęściej pojawia, to „informacje”. Celem kształcenia jest wyposażenie ucznia w odpowiedni „zasób informacji”. Zdaniem prof. Andrzeja Waśki z UJ, wiceministra edukacji w rządzie PiS, zafundowaliśmy sobie w ten sposób model, który może sprzyja rozkwitowi „społeczeństwa informacji”, ale nie daje fundamentu wiedzy, która pozwala świat rozumieć i myśleć samodzielnie. – Wiedza nie jest bowiem tym samym, co „wiadomości” albo „informacje”. „Społeczeństwo oparte na wiedzy” nie jest też synonimem „społeczeństwa informacyjnego” – a raczej jego przeciwieństwem – przekonuje prof. Waśko. Dla ilustracji swej tezy przytacza anegdotę, jak to prosił swoich studentów, by przygotowali referat na temat wychodzących obecnie w Polsce miesięczników i kwartalników społeczno-kulturalnych. Zgłosił się student, który zaczął odczytywać listę czasopism w porządku alfabetycznym, ściągniętą z internetu. Nie był jednak już w stanie odpowiedzieć na pytanie, które z nich poleca ani nawet, czym się od siebie różnią. – Mój student wykonał polecenie dokładnie tak, jak tego wymaga obecna szkoła. Pozyskał i przedstawił zdobyte samodzielnie wiadomości. A jednocześnie nie posiadał żadnej wiedzy na ich temat i był niezmiernie zdziwiony, że ktoś w ogóle może mu zadawać takie pytania – podsumowuje profesor.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama