Przemocą w rodzinę…

O skutkach funkcjonowania ustawy o zapobieganiu przemocy w rodzinie z Judytą Kruk, koordynatorką Telefonu „Wsparcie Rodziców” przy Fundacji Rzecznik Praw Rodziców, rozmawia Agata Puścikowska.

Agata Puścikowska: Komu służy Telefon „Wsparcie Rodziców”?

Judyta Kruk: Telefon działa przy Fundacji Rzecznik Praw Rodziców od roku. W tym czasie pomogliśmy ponad 300 rodzinom, którym odebrano dzieci lub którym to groziło. Niedawno pomagaliśmy rodzicom, których dziecko zachorowało i miało być operowane. Podczas jego pobytu w szpitalu jeden z lekarzy dopatrzył się innych kłopotów zdrowotnych, interpretując je jako efekt przemocy w domu. Zgłosił to do prokuratury. Rodziców natychmiast zatrzymano na 48 godzin, chociaż kolejni lekarze wykluczyli przemoc. To tylko jedna z setek podobnych historii.

Przypuszczam, że praca, którą Pani wykonuje, bywa obciążająca…

Po zakończeniu dyżuru nie da się pozostać obojętnym, gdy pamięta się dramatyczne relacje rodziców. Trudno zapomnieć też wiele historii, w których ofiarami są całe rodziny: gdy matce odbierany jest noworodek albo gdy ma się świadomość, jaką traumą jest oddzielenie od rodziców dla kilkulatka. Jedna z mam, której pomagamy, była sama ofiarą przemocy ze strony partnera. Uciekła od oprawcy z dziećmi i została bez środków do życia. Znalazła pracę, niestety mało płatną. W „nagrodę” jej dzieci trafiły do domu dziecka, ponieważ, jak stwierdzili urzędnicy, naraziła swoją rodzinę na niedostatek i zbyt mało czasu spędzała z dziećmi.

Gdy dzwoni telefon, co doradza Pani rodzicom?

Każda sytuacja jest inna, więc pomoc dostosowujemy do potrzeb. Rodzice dowiadują się od nas, jak rozmawiać z urzędnikami, jakie są procedury działania urzędów, gdzie szukać wsparcia np. podczas terapii rodzinnych, dokąd zgłaszać się po pomoc prawną, by uchronić dzieci przed zabraniem do placówki wychowawczej. W Polsce problemem nie jest brak pieniędzy, ale brak spójnego, mądrego systemu pomocy rodzinie. W sprawach, które do nas trafiają, profilaktyka antyprzemocowa właściwie nie istnieje. Szybciej i prościej jest zabrać dzieci z domu i umieścić je w placówkach opiekuńczych, niż pracować z rodziną zagrożoną problemami. Podobnie jest z pomocą finansową: dzieci zabiera się „za biedę”, by następnie umieścić je w drogich w utrzymaniu ośrodkach opiekuńczych. Prywatnie jestem mamą, wychowuję czworo dzieci, w tym niepełnosprawną córkę. Jak każdy rodzic niepełnosprawnego dziecka wielokrotnie stykałam się z setkami problemów biurokratycznych. Przetarłam wiele urzędniczych dróg. Jako koordynatorka Telefonu „Wsparcie Rodziców” mam więc doświadczenie, jak najlepiej pomóc zagrożonym rodzinom.

 

Z jakimi problemami dzwonią rodzice?

Dzwonią osoby, którym z różnych powodów grozi odebranie dzieci. Pomocy szukają też rodziny, którym w trybie interwencyjnym już odebrano dzieci. Zarówno jedni, jak i drudzy nie wiedzą, jakie przysługują im prawa, co mogą zrobić, by dzieci wróciły do domów lub by w nich pozostały. W zetknięciu z biurokracją zazwyczaj są bezradni. Sytuacje, gdy istnieje zagrożenie odebrania dzieci, są dla nas łatwiejsze do rozwiązania. Wskazujemy rodzicom możliwości działania, obrony. Dzwonimy po urzędach, pytamy, monitorujemy sprawę, pomagamy w tzw. sprawach papierkowych. Coraz częściej jesteśmy świadkami prawdziwych dramatów, kiedy dzieci trafiają już do ośrodków opiekuńczych. Wtedy, mimo naszego zaangażowania, wielkiej pracy, sprawienie, by dzieci wróciły do rodziców, jest trudne i nie zawsze się udaje. Zresztą nie dzwonią do nas wyłącznie rodzice. Coraz częściej proszą o pomoc np. asystenci rodzin, a nawet pracownicy ośrodków pomocy społecznej. Widzą, że odebranie dzieci ich podopiecznym było bezsensowne. Bywają urzędnicy bardzo oddani rodzinie, którzy, żeby ją chronić, wykraczają poza swoje obowiązki.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Psycholog
    18.02.2014 22:23
    Od 18 lat pracuję w "branży" odbierania dzieci - w Ośrodku Adopcyjnym, a także w Domu Dziecka.W tej chwili w Domu dziecka jest przeszło 30 maluchów (do 7 rż) - - żadne z nich nie jest tam tylko z powodu biedy. W ich przypadku bieda jest konsekwencją "stylu" życia rodziców. Nie były przywiezione z powodu ubóstwa. Wiele jest niedożywionych, zaniedbanych, po przemocy, nawet seksualnej, "dzikich", bo ich rodzice nie wiedza, jak być rodzicem, nie potrafią, nie chcą. U większość na pierwszym miejscu alkohol, stałe bezrobocie (sa tacy, którzy NIGDY nie pracowali) przestępczość, prostytucja, "dzidziczona" patologia. Jest kilka przypadków, w których przyczyna jest niezawiniona przez rodziców - upośledzenie umysłowe, choroby psychiczne. Ale to też nie ubóstwo!
    Na prośbę MOPSu mieliśmy policzyć przypadki z "biedy", ale u nas takich nie ma. Tak,jak napisałam na początku - owszem nie mają za co żyć, ale dlatego że sami wybrali taka drogę.
    Przez 18 lat pracy, znam jeden przypadek kiedy bezpodstawnie zabrano dziecko - policja pomyliła piętra i interweniowała nie tam, gdzie potrzeba.
    Inne - związane z ubóstwem - to były decyzje matek o oddaniu dziecka do adopcji, tzw. zrzeczenie.
    ALE za to jest coś, co powoduje, że znamy tylko jedną stronę medalu - biedną, pokrzywdzoną stronę, która zwróci się do wszechmogących mediów. Pozostaje druga - specjalistów, których niestety obowiązuje tajemnica zawodowa i nie możemy szczerze i do końca powiedzieć, co wiemy o danej rodzinie i co jest powodem, że stanowią zagrożenie dla dzieci.
    Widzę w reportażach przekłamania, niedopowiedzenia, szczegóły pominięte, acz istotne. Widz dostaje sensację, tkliwą na dodatek, bo cierpienie dzieci budzi najgłębsze współczucie.
    Dzieci nie są winne swojej sytuacji, ale to nie jest najgorsze - dla mnie najgorsze jest to, że mamy taki system polityki społecznej i rodzinnej, który nie zmieni ich rodziców. Spośród tych 30go dzieci , zaledwie 3 może być adoptowanych, ale pewnie zagranicę, bo sa chore i w Polsce nie znajdzie się chętna rodzina. Z pozostałych może 3 ma szansę na powrót do rodziców, jeśli rzeczywiście wezmą się za siebie. Pozostałe - spędzą życie w placówce, bo ich rodzice nie robią nic, żeby zmienić swoją sytuację. Niestety...
  • jurek
    14.03.2014 12:19
    Tylko pytanie dlaczego na podstawie negatywnych "wpadek" wyciągać wnioski co do złego funkcjonowania całego systemu. Czytając ten wywiad możemy odnieść wrażenie, iż Pani koordynatorka, postuluje w ogóle, aby organy Państwa (samorządu) w ogóle nie interweniowały w sprawie przemocy. A kto ma to robić? Sąsiad (często także alkoholik, rodzina (a jeśli jest także patologiczna?)?.Czy np. nie powinni lekarze zgłaszać swoich podejrzeń - gdy uważają, że dzieci są ofiarami przemocy.
    Raczej - jeśli generalizujemy to w Polsce mamy do czynienia raczej z małym zainteresowaniem społecznym wobec przemocy która dzieje się niekiedy w rodzinach. Opinia społeczna jest często alarmowana doniesieniami o kilkuletnich dzieciach, które po silnych pobiciach znajdują się w szpitalach (i wtedy dowiedujemy się, że dzieci były bite latami, ale tym razem ten rodzic (partner, znajomy itp.) "przesadził".
  • luk
    14.03.2014 12:34
    Częściowo sytuację może wyjaśniać też fakt, że mamy jakąś grupę urzędników po znajomości, z plecami, którym bieda nigdy nie dokuczyła. To, że sami żyją dobrze i nie wyobrażają sobie przetrwania za 1300zł nie oznacza, że tak się nie da. A więc widzą patologię gdzie jej nie ma. Nie chodzi wiadomo w wszystkie przypadki, ale pewną ich część.
  • ABC
    14.03.2014 14:16
    Koszty odbierania dzieci są wręcz kosmiczne, jeśli policzyć pensje urzędników, prawników, psychologów, opiekunów, ceny eksploatacji nieruchomości itp. Liczy się je na dzień dzisiejszy w miliardach. Koszt odebrania jednego dziecka to prawie 40 000 rocznie, czyli więcej niż średnia krajowa. Dzięki temu powstała armia ludzi, którzy żyją z odbierania przez państwo dzieci rodzicom. Cały ten gigantyczny aparat i całą tą niesprawiedliwość, musimy finansować jako podatnicy.

    Tutaj zabrakło głosu społeczeństwa i Kościoła w obronie rodzin - zarówno tych, którym odbiera się dzieci, jak i tych, które muszą tę ogromną niesprawiedliwość finansować. Możemy jednak wiele zrobić w tej sprawie, choćby przy urnie wyborczej nie głosując na PO, autora ustawy, PSL, SLD i Ruch Palikota.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.