Pomagam, bo wierzę w człowieka

– Od odrobiny serca i kromki chleba można zmieniać świat – zapewnia Anna Kozera, prezes Katolickiego Stowarzyszenia Pomocy św. Brata Alberta w Płocku, w rozmowie z Agnieszką Małecką.

Agnieszka Małecka: Czym jest miłosierdzie?

Anna Kozera: To przede wszystkim miłość bliźniego, zrozumienie jego położenia, jego trudnej sytuacji. Ci ludzie często nie z własnej winy stają się bezdomnymi czy potrzebują pomocy, bo wiemy, jakie były i są realia w naszym kraju. Weźmy na przykład te osoby, które korzystają z domu dziennego pobytu w naszym stowarzyszeniu. To ludzie, którzy mają często bardzo niskie renty czy emerytury. Większość pieniędzy przeznaczają na świadczenia i leki, a na życie często nie zostaje im nic. U nas ci ludzie otrzymują posiłek, często jedyny ciepły w ciągu dnia.

Prawdziwa pomoc nie poniża.

Na pewno. Nie można dawać jałmużny „na odczepnego”. To musi być zrodzona w sercu myśl, chęć pomocy drugiemu człowiekowi, który też ma swoją godność, bez względu na to, czy jest ubogi czy bezdomny. Myśl połączona ze wzorem Jezusa Chrystusa, który odkupił ten świat i wezwał nas do bycia miłosiernymi.

U Pani ta myśl zrodziła się ponad 22 lata temu...

Wszystko zaczęło się od wyjazdu do Poznania na wystawę sprzętu medycznego, ponieważ pracowałam w służbie zdrowia i organizowałam laboratoria. Było tam stoisko poświęcone św. bratu Albertowi. Wtedy bardziej niż sprzętem medycznym zainteresowałam się tą postacią. Gdy pracowałam w szpitalu wojewódzkim we Włocławku, dojeżdżałam i często spotykałam się z ludźmi ubogimi, bo to był trudny okres stanu wojennego. Doszłam do wniosku, że taka akcja jest bardzo potrzebna. Niezależnie od tego byłam kiedyś na zjeździe stowarzyszeń katolickich w Częstochowie, w którym jeszcze uczestniczył ks. Jerzy Popiełuszko. To były ostatnie miesiące jego życia. Pisaliśmy wtedy list do Jana Pawła o tym, że tworzymy „cywilizację miłości”. Każdy do czegoś się zobowiązał, a ja powiedziałam sobie, że muszę coś zrobić, by pomóc ubogim. I ten zjazd, ta wystawa były takim znakiem, potwierdzeniem. Zalążek stowarzyszenia powstał przy Klubie Inteligencji Katolickiej, ale trzeba było je wyodrębnić.

Co jest Pani oczkiem w głowie w tym dziele?

Można powiedzieć, że wszystko, całe stowarzyszenie. I dzieci, i młodzież, i starsze osoby, które powinny mieć całościową opiekę. Wymagają pomocy, księdza, psychologa i lekarza, a nawet prawnika. Pomagamy im, na ile możemy, dzięki naszej poradni rodzinnej. Niełatwo ich utrzymać w tej wspólnocie, bo to ludzie z różnych środowisk. Ale trzeba przyznać, że modlitwa zaczęła ich łączyć, chociaż na początku nie wszyscy chcieli w niej uczestniczyć. Bardzo zwracamy uwagę na fakt, że wychowanie młodzieży jest również naszą bardzo ważną rolą. Mamy wychowawców, którzy mają pełne wykształcenie pedagogiczne; pomagają nam też seminarzyści, z których obecności bardzo się cieszymy. Rodziny tych dzieci często nie stać na korepetycje, więc pomaga się im faktycznie w odrabianiu lekcji i nadrabianiu zaległości. Były nawet sytuacje, gdy przygotowywaliśmy młodzież do matury, którą później zdali. Zwracamy uwagę na patriotyzm, bo nauki historii jest coraz mniej, dlatego są filmy, spotkania, wycieczki. Myślę, że robimy dobrą robotę, mamy ludzi, którzy rozumieją swoje powołanie. Dzięki temu w tym trwam. Mnie to pomaga nawet żyć.

Jaką cegiełkę dokłada Katolickie Stowarzyszenie Pomocy św. Brata Alberta w Płocku do Roku Miłosierdzia?

Jest aspekt duchowy – modlitwa w intencjach Roku Miłosierdzia; włączają się w nią i dzieci, i starsi z domu dziennego pobytu. Ale również są konkrety. Dzieci z wychowawcami wymyśliły pogadanki na temat miłosierdzia i cykl spotkań międzypokoleniowych z osobami starszymi.

W swojej działalności zmagacie się z wieloma problemami. Nie traci Pani wiary w człowieka?

Oczywiście, że wierzę w człowieka i to, co tu robimy. Mamy wielką nadzieję, że mimo trudności, braku pieniędzy, bo co roku otrzymujemy ich coraz mniej z urzędu miasta, 22 lata naszej pracy nie pójdą na marne. Nie chcę nawet myśleć o tym, że to dzieło miałoby upaść. Ja ciągle wierzę, że to okres przejściowy, i o to się modlimy. Ja życzyłabym sobie takiej Polski, z której młodzi ludzie nie wyjeżdżają za chlebem, pozostają w kraju i płacą tu podatki, gdzie pracują i mogą z własnej pensji utrzymać rodzinę.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama