Obrońca małego człowieka

Prawa dziecka – dziś używanie tego pojęcia wydaje się czymś oczywistym, ale mało kto zdaje sobie sprawę, jak dużą rolę w jego wypromowaniu na gruncie polskim odegrał Janusz Korczak.

Pisarz, znany z takich powieści jak „Król Maciuś Pierwszy” czy „Kajtuś Czarodziej” i z legendy otaczającej jego śmierć wraz z podopiecznymi w Treblince, był przede wszystkim wybitnym pedagogiem, który uczył nas, dorosłych, szacunku do dzieci.

Pasja: dziecko

„Jutro kończę 63 albo 64 lata” – zapisze Korczak w ­swoim „Pamiętniku” 21 lipca 1942 r. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, sam pisarz nie wiedział, ile dokładnie ma lat. Powodem było, być może, późne wyrobienie metryki przez ojca. Janusz Korczak, a właściwie Henryk Goldszmit, czy – jeszcze dokładniej – Hersz Goldszmit, bo takie imię zapisano w dokumentach, urodził się w Warszawie, w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Był synem adwokata Józefa Goldszmita i Cecylii z domu Gębickiej.

Jego okres nastoletni naznaczony został chorobą ojca, który kilkakrotnie przebywał w zakładzie dla psychicznie chorych. W tej sytuacji Henryk szybko musi dojrzeć – jako uczeń gimnazjum udziela korepetycji, aby pomóc w utrzymaniu rodziny. Po zdaniu matury rozpoczyna studia na Wydziale Lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu w Warszawie, tam też otrzymuje dyplom lekarza. Ma już wówczas za sobą pierwszą powieść „Dzieci ulicy”, a na łamach tygodnika „Głos” ukazuje się właśnie, w odcinkach, druga – „Dziecko salonu”. Felietony, które Gold­szmit publikuje w tamtym czasie w różnych pismach, również są w dużej mierze poświęcone dzieciom i wychowaniu – jego pasji od lat młodzieńczych. Już wtedy używa pseudonimu Janusz Korczak, który zaczerpnął z powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego „Historia o Janaszu (sic!) Korczaku i pięknej miecznikównie”.

Powołany do armii rosyjskiej w wojnie rosyjsko-japońskiej, służy na Dalekim Wschodzie jako lekarz w pociągu sanitarnym. Po powrocie pracuje jako pediatra, a działalność pisarska przysparza mu popularności także jako lekarzowi. Znany jest m.in. z tego, że od ubogich pacjentów nie pobiera wynagrodzenia. Od bogatych zaś – przeciwnie – potrafi zażądać całkiem sporych sum.

Prawo do szacunku

Podczas praktyk w klinikach dziecięcych w Berlinie, gdzie przygląda się także pracy specjalistycznych zakładów wychowawczych, kształtują się jego poglądy na temat wychowania. Choć sam podejmuje decyzję, że nie założy rodziny, jednocześnie uważa, że jest ona najlepszym miejscem wychowania dzieci. Tam zaś, gdzie to nie jest możliwe, dzieci powinny się socjalizować przez towarzystwo rówieśników.

Korczak jest zdecydowanym zwolennikiem poważnego traktowania najmłodszych. Podkreśla, że oprócz prawa do zabawy mają one też swoje obowiązki. W „Prawie dziecka do szacunku” – krótkim, ale bardzo ważnym tekście z 1928 r., będącym czymś w rodzaju manifestu jego poglądów pedagogicznych – krytykuje model wychowania, w którym dziecko poddawane jest nieustannej kontroli. Zamiast tego proponuje model oparty na zaufaniu i szacunku – dla niewiedzy dziecka i jego „pracy poznania”, „dla niepowodzeń i łez”, „dla własności dziecka i jego budżetu”. Jego zdaniem tylko takie podejście uczy odpowiedzialności. Dlatego w placówkach opiekuńczo-wychowawczych przez niego kierowanych – Domu Sierot czy Naszym Domu – dzieci mają swój parlament, sąd czy prasę. Fenomenem na światową skalę okazuje się stworzony przez niego „Mały Przegląd” – dodatek do ukazującego się w Warszawie „Naszego Przeglądu”. „Mały Przegląd” jest gazetką redagowaną przez dzieci. To one piszą do niego artykuły, a w listach opowiadają o swoich problemach i bolączkach.

Powieści Janusza Korczaka, ciekawe także pod względem literackim, są w istocie przedłużeniem jego poglądów pedagogicznych. Na przykład „Król Maciuś Pierwszy” opowiada o sprawowaniu władzy i odpowiedzialności. Maciuś, który jako mały chłopiec przytłoczony zostaje nadmiarem obowiązków nieadekwatnych do jego wieku, początkowo popełnia w swej naiwności wiele błędów. Jednak z czasem uczy się ponosić konsekwencje własnych czynów. Także „Kajtuś czarodziej” jest książką o dojrzewaniu – główny bohater w bolesny sposób doświadcza tego, że świata nie zmienia się za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a to, co wydaje nam się dobrą zabawą, nieraz wiąże się z krzywdą drugiego człowieka.

Człowiek i legendy

Dopełnieniem działalności literackiej Janusza Korczaka były jego „gadaninki radiowe”, emitowane w latach 1935–1936 oraz 1938–1939. Nie zachowała się żadna z tych audycji, dlatego nie wiemy, jak brzmiał głos Korczaka, zostały natomiast wydane drukiem ich transkrypcje. Występował w nich jako Stary Doktor i ukazywał świat widziany oczami dziecka. Zdaniem Aleksandra Hertza, ówczesnego pracownika Polskiego Radia, były to „arcydzieła narracji radiofonicznej” – także ze względu na ich formę językową, styl i sposób wygłaszania. Niestety, pogadanki Starego Doktora, który nie ujawniał swojej prawdziwej tożsamości, od początku miały swoich zaciętych przeciwników, co wiązało się prawdopodobnie z panującymi wówczas w niektórych środowiskach nastrojami antysemickimi. Tym też zapewne należy tłumaczyć przerwę w ich nadawaniu.

Wbrew legendom, ukazującym Korczaka jako osobę niemal idealną, on sam miał niemały problem z tym, by wcielać w życie wyznawane przez siebie zasady. Przyznawał się do tego, że – jako cholerykowi – w chwilach słabości zdarzało mu się wytargać za uszy któregoś z wychowanków czy dać mu po łapach. Jednym z nich, szczególnie dokuczliwym, rzucił nawet kiedyś o drzwi. Oczywiście wstydził się tych swoich wybuchów złości i pracował nad tym, by się nie powtarzały.

Legendami obrosły także ostatnie chwile życia wybitnego pedagoga. To prawda, że przyjaciele Korczaka chcieli mu pomóc w wydostaniu się z warszawskiego getta, a on sam nie był tym zainteresowany. Jednak interpretacje mówiące o tym, że „dobrowolnie” udał się ze swoimi podopiecznymi na Umschlagplatz – a więc że miał w tej sytuacji jakiś wybór – są raczej mało prawdopodobne.

Niby niedowiarek

Różnie też zapamiętali ten ostatni marsz świadkowie. Władysław Szpilman zanotował, że „dzieci, idąc, śpiewały chórem, rozpromienione, mały muzyk im przygrywał, a Korczak niósł na rękach dwoje najmłodszych, także uśmiechniętych, i opowiadał im coś zabawnego”. Zupełnie inaczej wspomina tę scenę grafik Marek Rudnicki: „Nie było gestów, nie było śpiewu, nie było dumnie podniesionych głów, nie pamiętam, czy niósł ktoś sztandar Domu Sierot, mówią, że tak. Była straszliwa, zmęczona cisza. Korczak wlókł nogę za nogą, jakiś skurczony, mamlał coś od czasu do czasu do siebie”. Zdaniem Ireny Sendlerowej różnice w tych relacjach mogą wynikać z tego, że droga z Domu Sierot na Umschlagplatz była długa (trwała cztery godziny) i świadkowie mogli widzieć Korczaka i dzieci na różnych jej etapach. Historycy podważają też samo miejsce śmierci doktora. Zdaniem prof. Jacka Leociaka z Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN Korczak, ze względu na bardzo już wtedy zły stan zdrowia, m.in. wodę w klatce piersiowej, mógł nie dojechać żywy do Treblinki. Wiele bowiem osób umierało w zapełnionych do granic możliwości wagonach, w których ludzie załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne i „wszystko się gotowało”.

Te wątpliwości nie zmieniają jednak faktu, że bycie z wychowankami do końca wynikało z całej jego postawy życiowej. Czy w tej postawie, tak bliskiej także chrześcijańskim ideałom, istotną rolę odgrywał czynnik religijny? To sprawa dość skomplikowana. Korczak wychował się w całkowicie świeckim domu, ale przez całe życie szukał Boga. Poszukiwał Go w różnych miejscach, także w nurtach, które oferowały duchowość mocno wątpliwą, synkretyczną – teozofii czy masonerii. W tym wszystkim wydawał się jednak szczery.

„Jestem niby niedowiarkiem, że odrzucam obrzędy. Ale pozostała mi wiara w Boga i modlitwa. Bronię tego, gdyż bez nich żyć nie można. Człowiek nie może być tylko ślepym trafem” – pisał w „Spowiedzi motyla”. Dlatego walczył o to, by w Naszym Domu dzieci miały tzw. pokój ciszy – rodzaj kaplicy, w której mogłyby pobyć w samotności i pomodlić się. Swoje przemyślenia na temat wiary spisał m.in. w poruszającym tekście „Sam na sam z Bogiem. Modlitwy tych, którzy się nie modlą”. A wypełniając, na dwa lata przed śmiercią, niemiecki kwestionariusz, w rubryce „wyznanie religijne” wpisał: „mojżeszowe”. Czytając jego pisma, trudno uwierzyć, by mogła to być pusta deklaracja.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.