Do wielkich rzeczy

Ewa Bogusz-Moore mówi o potrzebie chodzenia na koncerty, głodzie muzyki i o świątyni sztuki.

Barbara Gruszka-Zych: Reakcje na pożar katedry Notre Dame pokazały, że bez takich świątyń trudno żyć.

Ewa Bogusz-Moore: Na tę katedrę można patrzeć z różnych perspektyw – jak na budowlę religijną, ale też symbol naszego dziedzictwa, dążeń i aspiracji. Przede wszystkim jednak to nasz drogowskaz.

W Notre Dame przypominał się świetny wiersz Tomasa Tranströ- mera „Łuki romańskie”, mówiący o tym, że we wchodzącym do niej otwiera się „sklepienie za sklepieniem bez końca”. Jakby sam był świątynią.

Tak… Bardzo wstrząsnął mną moment, kiedy runął XIII-wieczny dach katedry. To był przejmujący znak, że została przerwana ciągłość jej trwania. Wtedy zrodziły się pytania: na ile jesteśmy w stanie ją odbudować? Czy to zajście w dłuższej perspektywie wpłynie na nas wszystkich, przejętych tą sprawą?

Wojciech Kilar, związany z NOSPR-em, twierdził, że dowodem na istnienie Boga jest muzyka Bacha, Mozarta, Beethovena. Nie przez przypadek sale koncertowe nazywamy świątyniami sztuki.

Od muzyki jest już bardzo blisko do metafizyki. Każdy ma jakąś „swoją” muzykę i czuje, że kiedy jej słucha, coś w nim rezonuje. To często zależy od wykonawców. Możemy tysiąc razy słuchać Beethovena, a za tysiąc pierwszym razem zadzieje się to „coś”. To jest pierwiastek natchnienia, boskości, kiedy nagle dociera do nas więcej niż jest w nutach.

Przeżyła Pani taki koncert?

Oczywiście, nieraz. Nawet teraz, kiedy o tym opowiadam, mam dreszcze… Myślę o koncercie w wykonaniu Philharmonia Orchestra pod dyrekcją Esa-Pekka Salonena w Warszawie, który uświetnił setną rocznicę urodzin Witolda Lutosławskiego. Pamiętam, jak Salonen przed koncertem pokazał orkiestrze miejsce, gdzie zwykle siadywał Lutosławski, przysłuchując się grającym. Powiedział muzykom, żeby zagrali, jakby on znów tam był. Już od pierwszych dźwięków czułam, że im się to udało. Dobrze znam muzykę Lutosławskiego, ale to, co się wtedy zdarzyło między muzykami, sprawiło, że odkryłam w jego utworach zupełnie inny wymiar.

Można to opisać?

Chyba nie… To właśnie metafizyka... Podobnie bywa, kiedy do orkiestry przychodzi nowy dyrygent. Niby wykonuje te same ruchy co poprzednik, ale przekazuje coś zupełnie innego.

Orkiestra inaczej go odbiera.

Czasem wystarczy trzydzieści sekund, żeby muzycy zorientowali się, że to „coś” może się zadziać, iskrzy. Od pierwszego momentu potrafią wyczuć, czy jest między nimi chemia.

Mówią o tym?

Nie muszą. To od razu przekłada się na grę, przez co my, słuchacze, też jesteśmy w stanie to wyczuć.

Pracuje Pani w miejscu, gdzie na co dzień zdarzają się takie nieziemskie sytuacje. Ale musi się Pani też zajmować zwykłymi ziemskimi sprawami.

To jest dla mnie piękno tego zawodu, że cały czas przechodzimy z jednego stanu w drugi. Pociąga mnie ta zmienność.

Często bywa Pani w drodze.

Wielu mówi: „Jak masz dobrze, przecież właśnie wróciłaś z Rejkiawiku”. Zapominają, że byłam tam w pracy i widziałam tylko hotel, salę koncertową i… lotnisko, na którym utknęłam na 26 godzin, bo nastąpiło załamanie pogody. To druga strona mojego życia, której nie widać.

Pokrzepieniem w tym wszystkim musi być muzyka.

Właśnie tak. Kiedy rozmawiam ze swoimi zespołami, zawsze podkreślam, że bardzo istotne jest, żebyśmy my, muzycy, chodzili na koncerty. Bo one najlepiej tłumaczą, dlaczego to wszystko robimy. Trzy lata pracujemy nad koncertem trwającym jedną, góra dwie godziny. Ale to jego realizacja nadaje sens tym latom pracy.

Kiedy została Pani dyrektorem NOSPR-u, zamieszkała Pani w Katowicach, cokolwiek by mówić, jednak na prowincji.

Wiele razy przenosiłam się w inne miejsca i adaptacja przychodzi mi łatwo. Z Katowicami jest podobnie. Od początku zakładałam, że jeśli obejmę to stanowisko, to przeprowadzę się tu, i zrobiłam to 1 września zeszłego roku. Kiedy po kilku miesiącach na chwilę odwiedziłam Warszawę i siadłam w znajomym miejscu w kawiarni, złapałam się na tym, że nie odczuwam nostalgii, bo mentalnie już jestem w Katowicach. Według mnie to miasto ma energię, na której można budować. Tu wciąż można zrobić coś nowego. Londyn też jest takim miejscem, ale Wiedeń... dla mnie już raczej nie. Brakuje mi tam dziś niezbędnego głodu muzyki.

Pracowała Pani w różnych stronach świata. Czy katowiccy słuchacze muzyki różnią się od tych, których spotykała Pani w Stanach albo w Anglii?

Nie. Uważam, że pod każdą szerokością geograficzną można odbierać muzykę tak samo. Nie trzeba się na niej znać, żeby umieć ją docenić. Ona działa na emocje. To, że posiadam wykształcenie muzyczne, pozwala mi zobaczyć jej inne przestrzenie, ale czasami też może przeszkadzać. Warto przyjrzeć się temu, co muzyka robi z odbiorcą, który nie jest fachowcem w tej dziedzinie.

Nie tęskni Pani za realnymi miejscami na ziemi, ale pewnie wraca do wybranych miejsc w muzyce.

Mam utwory, które przypominają mi pewne emocje. Są jak kotwice umieszczone w czasie. Takie powroty za każdym razem traktuję jak fenomen.

Jakie utwory posiadają taką moc?

Jestem dosyć eklektyczna, ale spośród wielu kompozycji muszę wymienić Schelomo – Rapsodie Hebraique Ernesta Blocha, do której mam wielki sentyment. Kiedy podczas studiów usłyszałam, jak uczył się jej mój profesor Stanisław Firlej, zakochałam się w tym utworze od pierwszego momentu. Powiedziałam o tym profesorowi, ale odradzał mi jego wykonanie. Jednak mocno się wtedy uparłam. Ten sentyment nie oznacza, że często do niego wracam. Noszę go jednak w głowie razem z tamtymi uczuciami.

Długo Pani nad nim pracowała?

Pamiętam, jak wiele energii poświęciłam, ćwicząc jego początek, aby uzyskać długi, ciągły i stabilny dźwięk. Ale ta kompozycja zawiera w sobie również gwałtowne wybuchy emocji. Grając taką muzykę, artyści muszą balansować pomiędzy utrzymaniem kontroli nad swoim instrumentem i techniką a zrzuceniem wszelkich masek i dopuszczeniem do głosu najgłębiej skrywanych uczuć.

To trochę ekshibicjonizm…

Ale też dowód odwagi. Muzyk za każdym razem musi stanąć w prawdzie, zmierzyć się z nią na nowo. Dlatego pośród tysięcy koncertów zdarza się ten jeden, budzący szczególne emocje. Na przykład w zeszłym roku, podczas Festiwalu Katowice Kultura Natura, Anne-Sophie Mutter wyjątkowo zagrała koncert skrzypcowy Ludwiga van Beethovena. Debiutowała tym utworem, a potem przeżyła z nim wiele lat, jednak tym razem miałam wrażenie, że próbuje przesunąć ściany tej kompozycji. Zagrała bardzo wolno drugą część, tak że miało się wrażenie, że wszystko stanie…

Że zatrzyma się czas…

A jednak się nie zatrzymał… Tylko wybitni artyści znajdują coś tak niezwykłego w muzyce, a tak właściwie – w sobie, co pozwala im odkrywać dany utwór na nowo. Muzyk przypomina trochę pudło rezonansowe wzmacniające dźwięki i emocje, które czasem są ledwo słyszalne.

To mocno eksploatujące. Czy dlatego zrezygnowała Pani z grania na wiolonczeli?

Zrobiłam to, bo obawiałam się, że nie będę jak Yo-Yo Ma… Że mój przekaz nie będzie taki dobry, jak bym chciała.

Może to był zbyt duży autokrytycyzm...

Nie, to coś bardziej złożonego. Muszę przyznać, że tak naprawdę jako dziecko chciałam zostać baletnicą. Potem zajęłam się grą na wiolonczeli. Ale poznając realia pracy w zawodzie muzyka, zaczęłam się bać, że jeśli nie zostanę wybitną solistką, to dojdę do punktu, w którym wyczerpie się moja miłość do instrumentu samego w sobie. Jednocześnie zaczęłam odkrywać, że świat muzyki to nie tylko bycie na scenie. Dlatego zabrałam się za kreowanie świata – instytucji i festiwali, które będą pobudzały w artystach i publiczności pasję do odkrywania muzyki na nowo.

Niektórzy uważają, że to, co przyniósł w sztuce postmodernizm, spowodowało wyłom i nigdy na koncercie muzyki współczesnej nie poczujemy się tak jak wtedy, gdy słuchamy muzyki klasycznej.

Są różne szkoły, ale rzeczywiście za bardzo mamy w uchu system dur–moll. Muzyka współczesna dla większości brzmi niewygodnie. A z drugiej strony jej najlepszym odbiorcą są dzieci, które zaświadczają, że może się podobać. Bo wszystkie otaczające nas dźwięki tworzą muzykę współczesną. Skoro ta muzyka powstaje, to widocznie była w nas taka potrzeba. Nie musimy cały czas funkcjonować w świecie Mozarta i Beethovena. Zresztą oni też eksperymentowali. Sztuka cały czas rodzi na nowo.

Może na nasz wielki szacunek dla muzyki klasycznej wpływa też siła przyzwyczajenia?

Odbiór muzyki poważnej jest obwarowany konwenansami. Ostatnio jeden z naszych abonamentowiczów po koncercie napisał mi w e-mailu, że publiczność klaskała pomiędzy częściami utworu. Zadał mi pytanie, czy to źle, że dajemy się porwać emocjom? Odpisałam mu, że muzyka jest po to, żeby je wywoływać. Jeszcze niedawno to one sprawiały, że artysta bywał obsypany kwiatami albo pomidorami. Z drugiej strony, jeśli muzyka wzbudza w nas tak wyjątkowy zachwyt, to tym bardziej powinniśmy okazać szacunek jej wykonawcom. Muzycy uwielbiają oklaski, ale kiedy pomiędzy częściami symfonii mają kilka sekund, żeby ochłonąć i przygotować się do kolejnej części, to chcą pozostać w stanie najwyższej koncentracji. A kiedy wstają i kłaniają się, to cały nastrój może prysnąć.

Jaką muzykę chce Pani prezentować w budynku NOSPR-u?

Nie zapominam, że to siedziba NOSPR-u i że ta orkiestra nadaje ton temu, co robimy. Dlatego zamierzam tu prezentować muzykę najwyższej próby. To miejsce jest stworzone do wielkich rzeczy – kreowania inspiracji dla słuchaczy, które mogą się przełożyć na ich piękniejsze życie.•

Ewa Bogusz-Moore

Z wykształcenia wiolonczelistka, menedżer kultury. DYREKTOR naczelny i programowy NOSPR.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.