Życie w błocie

Uczepieni butli gazowej wraz z trojgiem dzieci 18 godzin dryfowali z Mindanao na sąsiednią wyspę. Są jedną z ponad 10 tys. filipińskich rodzin, którym 3 miesiące temu tropikalny tajfun Washi zabrał wszystko.

Tajfun spustoszył miasto Cagayan de Oro w połowie grudnia, jednak wciąż trudno się uporać ze zwałami ziemi, którą naniosła woda. W dzielnicy Makasanding było najwięcej strat. – Nie rozumieliśmy, co się dzieje, jednak odruchowo szukaliśmy schronienia na dachu dwupiętrowego budynku – mówi Mari Cristi Garaga. Jej dom to teraz brezentowa płachta rozciągnięta na kilku drewnianych kołkach. Obok stoją taczki, którymi wraz z sąsiadami od tygodni wywożą błoto. – Rząd rzuca ryż i sardynki do obozów dla uchodźców. My dostaliśmy tylko maty do spania. Pomagają jedynie katolickie organizacje – dodaje. Na palenisku przygotowuje obiad dla rodziny. Kilka ryb i garnek ryżu

Kilka metrów dalej Peter Hunter odgrzebuje z błota kolejny dom. Przyjechał tu z Kanady. Wraz z nim w mieście pracuje ponad 40 wolontariuszy obcokrajowców. Żyje tak jak ci ludzie. Głodny, całymi godzinami w błocie. Na koniec dnia musi zadowolić się kąpielą w wiadrze wody. Po przeciwnej stronie drogi kapliczka Matki Bożej Nieustającej Pomocy. To praktycznie jedyne miejsce, które w tej okolicy nie ucierpiało. Pod ikoną dziesiątki zdjęć. Rodziny wciąż mają nadzieję na odnalezienie zaginionych.

Opowieści ocalonych

Oficjalny bilans tajfunu tylko w Cagayan de Oro to 1259 zabitych i 600 zaginionych. Ale właściwie nikt nie wie, ilu ludzi mieszkało w domkach nad rzeką. Ponieważ ginęli całymi rodzinami, nikt ich nie szuka. Nikt się też nie upomina o najuboższych, którzy osiedlali się w tej niebezpiecznej strefie. Im wyżej w górę, tym ziemia droższa. Tereny nad samą rzeką po tragedii zostały uznane za strefę śmierci. Tam życie już nigdy nie wróci. Tajfuny na Filipinach nie należą do rzadkości. Tak wielkiej tragedii można było jednak uniknąć, gdyby służby cywilne odpowiednio wcześniej zaalarmowały ludność.

Silny deszcz i porywisty wiatr zmiatały wszystko, co spotkały na swej drodze. W ciągu paru minut poziom rzeki przepływającej przez Cagayan de Oro podniósł się o kilka metrów. Błoto zalewało domy. Siostra Martha Patricia ze Zgromadzenia Divino Amore wygrzebała własnymi rękami z błota wielu jeszcze żywych ludzi. – Mężczyzna, który dopiero co wyszedł z więzienia, przywiązał się liną do drzewa i wyławiał kolejnych rozbitków. Teraz jest powszechnie szanowany, wcześniej nikt nie chciał z nim nawet rozmawiać – opowiada polski sercanin ks. Janusz Burzawa. Na terenie jego parafii leży ośrodek ewakuacyjny.

Dziś, 3 miesiące po tajfunie, w Cagayan de Oro z nieba leje się żar. W namiotach stanowiących tymczasowe mieszkania tysięcy ludzi gorąco jak w piekarniku. A w jednym namiocie mieszkają przynajmniej dwie rodziny, czyli kilkanaście osób. W mieście działa 38 podobnych centrów dla uchodźców. Mieszka w nich wciąż ok. 8,5 tys. rodzin. Podchodzi do nas mężczyzna. Zaczyna rozmowę z Elą Chodźko-Zajko, która wraz z mężem Zygmuntem pracuje od 3 lat jako misjonarka w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w El Salvador. Tu wraz ze swą cudem ocaloną rodziną mężczyzna spędził jeden z bożonarodzeniowych wieczorów. To była pierwsza pomoc zaoferowana przez misjonarzy ze zgromadzenia księży marianów, którzy pod swój dach zapraszali powodzian. Później dowozili też potrzebującym jedzenie i zainicjowali akcję pomocy długofalowej. Mężczyzna opowiada, że kiedy podniosła się woda, wraz z żoną i dziećmi uczepił się nadmuchanej dętki z samochodu. I tak popłynęli w ciemność, trzęsąc się z zimna. – Przy jednym z mostów dryfująca gałąź przebiła dętkę. Wtedy wyłowiłem pustą butlę gazową. To było koło ratunkowe, które podsunął nam Bóg – mówi Jemel, wskazując na stojącą przed namiotem pamiątkę cudownego ocalenia. Jego ciało pokryte jest szramami. Został pokaleczony, gdy chronił dzieci przed naporem kawałków domów i konarami drzew. Z rzeki woda wyniosła ich na zatokę. Po 18 godzinach ledwo żywych wyłowili rybacy z wyspy Camiguin.

– Nigdy nie zapomnę tych wołań: „mamo, tato ratujcie”, które słyszałam, płynąc przez morze – opowiada jego córka Mari Flores. Dzięki pomocy m.in. Polaków, która wpłynęła na ręce księży marianów, dziewczyna może chodzić do szkoły.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja