Nowe życie Ago

Kiedy Augustyn Gumiński przyszedł na świat, lekarze powiedzieli, że będzie roślinką. A on po 23 latach mówi, że jego życie to cud.

Reklama

Ja się strasznie dużo należałem, ale nie nacierpiałem – podkreśla. – Mam swoją teorię, że te wszystkie kłopoty ze zdrowiem to nie przypadek. Tak po prostu miało być. Musiałem się tyle nachorować, żeby moja rodzina, bliscy, byli szczęśliwi. Nieważne, jakie dotkną nas choroby, ważne, jak przez nie przejdziemy. Za kogo je ofiarujemy. Kiedyś nazwano mnie roślinką, a teraz chodzę, studiuję na Uniwersytecie Warszawskim, mam prawo jazdy, zdobyłem mistrzostwo juniorów i seniorów w pływaniu niepełnosprawnych, posługuję jako ministrant, działam w Diakonii Życia i Duszpasterstwie Akademickim przy kościele św. Anny, przeszedłem wszystkie stopnie oazowe… Widać, że mógłby wyliczyć dużo więcej. Także to, że zakochał się ze wzajemnością w Joli. Przez trzy ostatnie lata chodzili ze sobą. Zawsze przy nim była. Jest pewien, że dzięki niej wiele przetrzymał. Właśnie wczoraj się rozstali: – Zawsze powtarzam, że trzeba mieć nadzieję, każdego dnia walczyć o siebie, stawiać sobie cele, mieć optymizm, nie załamywać się. Ale nie ukrywam, że dziś jestem załamany. Jak prawdziwy mężczyzna nie zdradza nic więcej.

To najbardziej strzeżona prywatność. Nawet nie zamieszczał ich wspólnych zdjęć na Facebooku. Ale jego specjalność to pokonywanie przeciwności. Stara się zobaczyć swój problem z odpowiedniej perspektywy. Kiedy po raz pierwszy brał udział w mistrzostwach niepełnosprawnych w pływaniu w Gorzowie Wielkopolskim, inaczej spojrzał na swoje dolegliwości. – Spotkałem niepełnosprawnych bez nóg, rąk, niewidzących – wspomina. – Widziałem, jak świetnie dają sobie radę w hotelu, restauracji, na ulicy. Też tak mogę, pomyślałem. Moja niepełnosprawność w stosunku do tego, co mają oni, to pikuś. To życie dostałem po coś, dla czegoś. Kiedyś zakładanie wkładek i butów ortopedycznych zajmowało mu sporo czasu. Teraz obserwuję, że z wciąganiem na nogę, przykręcaniem śrubek trwa chwilę. – Trzeba tylko zawierzyć się Matce Bożej, Ona wybłaga u swojego Syna wszystko, o co będziemy ją prosić – mówi. – W moim życiu widzę wspaniałą robotę, którą zrobiły Matka Boża z sanktuarium w Corbetta i jej święta sąsiadka z pobliskiej Magenty – Joanna Beretta-Molla.

Dwie kobiety

Jego mama Monika – katechetka, zaplanowała, że pierworodny syn będzie nosił imię Augustyn. Przyszedł na świat w Sandomierzu, nie w ich Radomiu, bo tam w szpitalu pracowała jej koleżanka. – Do porodu wszystko było OK, a urodziłem się sparaliżowany, na dodatek z wodogłowiem – opowiada. – Lekarze stwierdzili, że nie ma o co walczyć. Sugerowali, żeby rodzice starali się o następne dziecko, by im pomogło w opiece nade mną. Dwa lata później urodził się brat Filip, który dziś jest w seminarium. I kolejno – Antoś i Klara. – Silna rodzina to podstawa, bez niej nie udałoby mi się nic – powtarza podczas naszego spotkania w akademiku przy Żwirki i Wigury w Warszawie. Studiuje na III roku stosunków międzynarodowych. Wita nas, siedząc na wózku, ale potem zakłada buty ortopedyczne i samodzielnie porusza się po pokoju. – Moi rodzice wbrew radom rozpoczęli heroiczną walkę o mnie – mówi. – W pierwszej dobie lekarze zamknęli mi przepuklinę w kręgosłupie. Mama uczyła religii, znała bp. Edwarda Materskiego, który pomógł znaleźć miejsce w Instytucie Matki i Dziecka. Tam mogła wreszcie nakarmić mnie piersią. Miałem wtedy dwa tygodnie. Wtedy też niepotrzebna okazała się planowana operacja wszczepienia zastawki do głowy. Jednak żaden lekarz w kraju nie potrafił postawić go na nogi. Kiedy miał cztery lata, rodzice zaczęli rozsyłać listy do klinik całego świata z opisem choroby synka i prośbą o leczenie. Odezwali się lekarze z kliniki urologicznej z włoskiej Magenty, na zachód od Mediolanu. – Od urodzenia miałem całkowicie sparaliżowane zwieracze, nie trzymałem moczu i kału, musiałem chodzić w pampersach – mówi. – Kiedy skończyłem 18 lat, dr Sandri zrekonstruował mi sztuczny pęcherz i mam dużo większą kontrolę nad swoją fizjologią. W szpitalu w Vicenzie przeprowadzono mu kilka operacji rekonstrukcji nóg. Na koniec w centrum ortopedycznym w Reggio Emilia przygotowano sprofilowane buty i wkładki ortopedyczne. Wtedy po raz pierwszy poczuł ziemię pod nogami. Tata, czekający na lotnisku w Polsce, zobaczył biegnącego do siebie syna. Od tamtego czasu Augustyn pokochał lotniska i Włochy. To dlatego bliscy mówią do niego Ago, tak skracając włoskie imię Agostino. On sam przyznaje, że w Italii ma drugą rodzinę – stowarzyszenie zawiązane właśnie z jego powodu. Założyli je na potrzeby leczenia i utrzymania chłopca podczas pobytów we Włoszech emigranci – państwo Żabińscy, dawniej sąsiedzi z Radomia. Do Corbetty przez 19 kolejnych lat wracał zwykle raz na 6 miesięcy po wkładki i buty. Nogi rosły, a obuwie szybko się zużywało. Teraz potrzebuje go raz na rok, tyle że włoscy przyjaciele, którym kryzys uszczuplił zawartość portfeli, przestali go wspomagać. A cena butów z wkładkami wynosi 800 euro. Póki nie znajdzie się ktoś życzliwy, kto zechce go wspomóc, chodzi w zamówionych w centrum ortopedycznym w Konstancinie. Jednak nie tak wygodnych jak włoskie. Podczas każdej wizyty w Magencie zawsze zaglądał do pobliskiego małego sanktuarium Matki Bożej w Corbettcie, gdzie zatrzymywał się z mamą. Dopiero niedawno zorientował się, że w samej Magencie ma drugą orędowniczkę – Joannę Berettę-Mollę. Właśnie tam święta przyszła na świat.

Bez ulg

31 października zeszłego roku po raz kolejny poszedł do pediatry. Męczył go przewlekły kaszel. Dostał skierowanie na prześwietlenie płuc. – Już technik na RTG zgłupiał, bo nigdy jeszcze nie widział takich płuc – opowiada. – Po południu mama dostała telefon, żebyśmy zgłosili się jak najszybciej do szpitala na oddział płucny bez żadnego skierowania. Pojechałem tam dzień później – 1 listopada, we Wszystkich Świętych. Diagnoza nie pozostawiała wątpliwości – zarodek śródpiersia, 20 cm, bardzo złośliwy nowotwór przylepiony do lewego płuca. – Jak to możliwe, żeby człowiek miał w swoim organizmie około 10 tysięcy komórek nowotworowych, kiedy normą jest maksymalnie 7 komórek? – nie wiedział, co zrobić z otrzymanymi o sobie informacjami. Nie skupiał się na nich, ale na walce. Chciał jak najszybciej pozbyć się tego intruza. Lekarze z Radomia odesłali go do szpitala płucnego przy ul. Płockiej na warszawskiej Woli. Tam bali się go „otwierać” i odesłali do szpitala onkologicznego na Ursynów. – Pan Bóg postawił wtedy na mojej drodze niesamowitego lekarza – panią doktor Zajdę, bezwzględną wobec nowotworów – relacjonuje. – Powiedziała, żebym tylko jej słuchał, a damy radę. Dostałem strasznie ciężką i wyniszczającą chemioterapię. Moja pani doktor musiała pożyczać dawkę chemii od innego pacjenta, żebym to ja mógł się leczyć. Wtedy stracił włosy, schudł 15 kilo. Kiedy podczas ostatniej sesji chemioterapii zemdlał w łazience, pani doktor powiedziała „dość”. Mimo że chemia zlikwidowała tylko 30 procent komórek rakowych, zdecydowano się na operację. Dopiero później uświadomił sobie, że odbyła się 2 kwietnia, w rocznicę śmierci Jana Pawła II. W jej trakcie oprócz już rozpoznanego lekarze znaleźli jeszcze dwa małe nowotwory. Wszystkie usunęli. W wyniku zabiegu stracił częściowo głos, bo zerwano mu nerw struny głosowej. Jeszcze gorsze przyszło później, kiedy okazało się, że jest zarażony gronkowcem. W lewą stopę wdała się tak poważna infekcja, że zaczęto się zastanawiać nad jej amputacją. – Jeden z lekarzy w szpitalu na Szaserów powiedział mi: „Twoja lewa stopa będzie teraz dla ozdoby” – mówi. Wycięto mi jednak tylko staw skokowy – pokazuje. – Z tego powodu musiałem usiąść na wózku. Był przekonany, że już będzie na niego skazany, ale na początku września okazało się, że stan zapalny w lewej kostce został wyleczony i znów stanął na nogi. Siedzimy naprzeciw siebie i cały czas myślę, że tę historię mógłby opowiedzieć starzec, a nie 23-letni mężczyzna. Patrzę na jego uśmiechniętą twarz, szczupłą postać i widzę, że ból i cierpienie nie zostawiły na nich śladu. Może dlatego, że szedł przez nie z Matką z Corbetty i Berettą-Mollą. Do nich skierował pierwsze kroki we wrześniu tego roku, kiedy o własnych siłach mógł pojechać do Włoch. Pracujący w Corbetcie Polak – ks. Adam Kiełtyk, który wiele razy odprawił w jego intencji Mszę św., słuchając jego opowieści, powiedział, że Augustyn dostał nowe życie. – Nowe życie tu na ziemi? – długo myślał nad słowami kapłana. – Jaki jest zamysł Boga wobec mnie? – zastanawia się do dziś. Na razie żyje, jak dotąd przekonany, że to wszystko ma sens. Nigdy się z sobą nie cackał. – Moi rodzice nie traktowali mnie ulgowo, jak chorego, ale zawsze podwyższali poprzeczkę, to hartuje – chwali ich. Planuje, co w najbliższym czasie będzie robić z ks. Piotrem Jaworskim w oazie przy św. Annie. Cieszy się, że nie tylko ma tam szansę zdobywać wiedzę, ale też może się rozwijać pod kątem duchowym. Jest pewien, że być wierzącym to dawać świadectwo. – Na uczelni wiele osób mnie podziwia za dążenie do celu, wiarę, ale z drugiej strony inna grupa mnie nie lubi za to, że mam sztywne zasady moralne, jestem nieustępliwy w ich przestrzeganiu. W moim akademiku powinno mieszkać 600 osób, a realnie jest ich drugie tyle, bo u wielu z nich mieszkają dodatkowo chłopak czy dziewczyna. A ja powtarzam, że trzeba zachować czystość przed ślubem – mówi. – Przypominam, ile się da, że warto się szanować, wierzyć w wartości, w miłość. Swoje świadectwo o tym, jak wyszedł z nowotworu, zamieszczone na stronie DA św. Anny, zakończył słowami „Chwała Panu!”. A ja piszę – „Chwała Panu za Augustyna”.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama