Nie wróżymy z fusów

- Nie uczymy jakiejś watykańskiej ruletki, a jednak mity na nasz temat wciąż krążą - mówi Anna Mrozowicz, diecezjalna doradczyni życia rodzinnego.

Reklama

Doradcy są od tego, aby pomóc małżeństwom żyć zgodnie z katolicką nauką o małżeństwie i rodzinie, szczególnie w aspekcie kwestii intymnych. Wiedza, którą niesie na ten temat świat, często jest nierzetelna lub niepełna, albo nie do końca uczciwa – dodaje Magdalena Misztak-Hola, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Naturalnego Planowania Rodziny.

Apologeci życia

Początki Poradnictwa Rodzinnego sięgają 1956 roku. Wtedy to w Polsce wprowadzona została Ustawa o dopuszczalności przerywania ciąży. Dopuszczała ona aborcję praktycznie na żądanie. Kościół odpowiedział niemal natychmiast. Już w czerwcu 1956 do kurii biskupich całego kraju dotarło zalecenie, aby w każdej diecezji zorganizować katolickie poradnie małżeńskie. – Chodziło o to, aby w przestrzeni Kościoła mówić młodym, przygotowującym się do ślubu o wartości życia. Początkowo nie miało to nic wspólnego z metodami rozpoznawania płodności. Skupiano się na przekazie mówiącym, że dziecko jest darem, że nie wolno go zabić. Że to, co władze gładko nazywają zabiegiem, jest w rzeczywistości zabójstwem – relacjonuje Anna Mrozowicz.

Informacyjne embargo

Dopiero gdy w 1968 roku ukazała się encyklika „Humane vitae”, w której Kościół wypowiedział się przeciwko antykoncepcji, działania Poradnictwa poszły w kierunku poszukiwania metod, które mogły dać małżonkom odpowiednie instrumenty, aby z ważnych przyczyn byli w stanie odłożyć poczęcie dziecka. – Kiedy Teresa Strzemboszowa, medyk i społecznik, pracowała nad stworzeniem Poradnictwa Rodzinnego, państwo stosowało wobec niej embargo informacyjne. Inna znana lekarka, Teresa Kramarek, informacje na temat opracowanej przez siebie naturalnej metody planowania rodziny, musiała rozsyłać drogą listową po kuriach i ośrodkach duszpasterstwa rodzin. A pierwsza publikacja polskojęzyczna po wojnie na ten temat ukazała się w Londynie. To było w latach 60. Tu działała cenzura – podkreśla Magdalena Misztak-Hola. Na pytanie, czy liberalny świat, a zwłaszcza niektóre media, nie stosują nadal polityki blokowania informacji na temat naturalnych metod planowania rodziny, odpowiada: – To możliwe. Warto dodać, że na uniwersytetach medycznych nie uczy się rozpoznawania naturalnego rytmu płodności. Coś się jednak zmienia. Na niektórych uczelniach można uczęszczać na fakultety z tej dziedziny.

Przekleństwo kalendarzyka

Jak podkreślają osoby pracujące w poradni, wiedza, którą przekazują, nie opiera się na kruchych podstawach. – Wiedzę przekazujemy w spójności z nauką Kościoła katolickiego. Dotyczy to zarówno kursów, które przygotowujemy, jak i pracy z narzeczonymi. Ale to nie jest sama sucha wiedza. Wykładane przez nas metody powstają w poważnych ośrodkach naukowych. Uczymy przede wszystkim metody z Birmingham, która została opracowana przez naukowców po latach badań i obserwacji. Nasze kursy często rozpoczynamy od obalania mitów, które krążą na nasz temat – mówi z uśmiechem pani Anna. Często narzeczeni pytani na początku przedślubnych spotkań o to, czy spodziewają się, jakie tematy będą na nich poruszane, odpowiadają: „będziemy rozmawiać o kalendarzyku” – Wtedy musimy wyjaśniać, że kalendarzyk to były lata 30 ubiegłego wieku – mówi pani Magda.

 

Termometr i płyta CD

Przygotowanie do małżeństwa w poradnictwie rodzinnym obejmuje trzy spotkania. Z każdą parą doradcy widzą się osobno. – Spotkania odbywają się co dwa tygodnie lub rzadziej. To dlatego, żeby narzeczona mogła prowadzić obserwację. Dostają komplet materiałów. Broszurę, płytkę, termometr… Zadaje się im także pracę domową – opowiada pani Anna. Tak jest we wszystkich ośrodkach Poradnictwa w diecezji. – Staramy się najpierw, zanim dojdziemy do wiedzy naukowej, przekonać ludzi do wartości życia. Same metody naturalne nie podlegają ocenie moralnej. To takie samo pytanie jak o telewizję czy internet. Wszystko zależy od tego, w jakim celu zostaną wykorzystane. Tak samo tutaj. Metoda, która jest neutralna światopoglądowo, może zostać wykorzystana do wielkiego dobra, do pogłębienia jedności w małżeństwie, ale też może być dla kogoś ekologicznym narzędziem do pielęgnowania mentalności antykoncepcyjnej – zauważa. – Niestety byliśmy przez lata kojarzeni z takim środowiskiem, które uczy, jak nie mieć dzieci. To nieprawda. My uczymy, jak rozpoznać płodność, a co zrobią z tym małżonkowie, to jest ich odpowiedzialność. Dzisiaj w związku z rozwojem naprotechnologii i problemów z płodnością jesteśmy kojarzeni z tym, jak pomóc, aby dziecko się poczęło – dodaje.

Ochotnicy do wszystkiego

W diecezji działa ponad 100 poradni parafialnych, których głównym zadaniem jest przygotowanie do małżeństwa. Pracuje w nich ponad 200 osób. – To jest cały sztab ludzi, który obsługuje przede wszystkim narzeczonych – podkreśla diecezjalna doradczyni. Ale w działaniach centralnej poradni biorą też udział prawnik, pedagog, ksiądz, psycholog, nauczyciele… – Praca z małżonkami zależy od tego, z czym przyjdą. Czasem są to problemy egzystencjalne, emocjonalne, wychowawcze… Często to także bardzo poważne kryzysy. Współpracujemy w tym względzie ze wspólnotą trudnych małżeństw „Sychar”. Chodzi o to, żeby mogli gdzieś znaleźć stałe wsparcie – relacjonuje. – Mamy ten komfort, że wiemy, kto się czym zajmuje. Kiedy np. trafiają osoby z uzależnieniem alkoholowym, wysyłamy je do ks. Głodowskiego. Jak z problemami dotyczącymi niepłodności, to do naprocentrum. Jeżeli rodzice po stracie dziecka, kierujemy ich do wspólnoty, w której działają ludzie mający takie doświadczenia. Nie jesteśmy dla siebie konkurencją, ale też musimy mieć pełne zaufanie, że działamy w oparciu o te same wartości – zaznacza. Czasami potrzebny jest też prawnik. Ludzie pytają go o różne sprawy. Od praw do opieki nad dzieckiem, po te dotyczące sytuacji prawnej w przypadku separacji. – Na pewno nie pomagamy się rozwieść. Pomagamy generalnie z zakresu kodeksu prawa rodzinnego – dodaje pani Anna. Pracownicy poradni starają się zaradzić wszelkim potrzebom zgłaszających się do nich rodzin. Przyjmują także zapisy do diecezjalnego egzorcysty. W minionym roku zgłosiło się do niego ponad 1000 osób.

Stać mocno na nogach

Czy jednak nieustanne świadczenie pomocy innym nie wyczerpuje? Nie sprawia, że we własnym małżeństwie człowiek zachowuje się nie jak małżonek, lecz jak terapeuta? Doradcy mówią, że doświadczenie nabyte w poradni umacnia ich małżeństwa. – Człowiek wysłuchawszy iluś osób, które przychodzą z sytuacjami trudnymi, zaczyna doceniać to, co ma. Ta służba tutaj w większości z nas wzięła się z poczucia obdarowania. Jest oczywiście niebezpieczeństwo, że można stracić z horyzontu męża i własne dzieci. To dzieci są właśnie takim czułym barometrem. Nie chodzi przecież o to, żeby pomóc wszystkim, a zaniedbać swoje małżeństwo – mówią jednym głosem.

Między wójtem a plebanem

Diecezjalna poradnia jest swoistym fenomenem. Jak podkreśla jej kierowniczka, diecezja daje lokal, sekretarkę i dwa etaty. Pedagoga i psychologa zapewnia MOPR. Korzysta na tym miasto, bo zminimalizowane są koszta poradni. Taka współpraca służy jednak przede wszystkim ludziom, którzy natrafiając na problemy, szukają konkretnej pomocy. Ta pomoc wykracza czasem poza ramy działalności psychologa czy pedagoga. – Widzimy czasem, że ludzie potrzebują spowiedzi i uporządkowania tej strony moralnej. I odwrotnie. Ksiądz podczas spowiedzi może wyłapać pewne rzeczy i powiedzieć, gdzie szukać pomocy – mówi pani Anna. – Najistotniejszym działaniem kapłana pozostaje rozmowa duchowa i sakrament pojednania. Są też osoby, które potrzebują rozmowy z księdzem, ze względu na autorytet Kościoła. Miałem takie doświadczenie. Przyszło do mnie dwoje młodych lekarzy. Chodziło im o to, by usłyszeć nauczanie Kościoła na temat in vitro. Bardzo zadowoleni podziękowali i wyszli. Ważne jest to, że ludzie chcą usłyszeć pewne rzeczy z ust kapłana – mówi ks. Jan Uchwat, który w poradni rodzinnej odpowiada za kierownictwo duchowe. – Kapłan potrzebny jest nie tylko po to, żeby nas odpowiednio formował. Dzisiaj często problemy w rodzinie związane są z jakimiś komplikacjami duchowymi, psychologicznymi… To są dużo szersze sprawy. I tu kapłan jest nieodzowny – mówi Magdalena Misztak-Hola.

Joanna i Marek

Są 14 lat po ślubie. Wyglądają młodo. Mają wiele energii. Ona skończyła trzy fakultety: anglistykę, pedagogikę i wychowanie muzyczne. On jest absolwentem AWF. Mogą się poszczycić nie lada wynikiem. Mają siedmioro dzieci. Jak mówią, wszystkie dzieci są chciane i kochane. – Nie mówimy, że nie chcemy kolejnych – zaznacza Marek. – Potrzebujemy takiego czasu, aby troszeczkę nabrać siły na kolejne. Zawsze mieliśmy pełną akceptację dla każdego z naszych dzieci. Do tej pory jednak nie byliśmy systematyczni w stosowaniu naturalnych metod planowania rodziny. Chcemy naszą wiedzę pogłębić. Kiedy nasze dzieci się poczęły, byliśmy nie do końca pewni, czy jesteśmy w danym momencie płodni. Zawsze jednak dawaliśmy Bogu szansę – podkreśla Asia.

Potrzeba nowych

– Kiedy zapisujemy chętnych na kurs dla nowych doradców, pytamy, czy współmałżonek wie, że drugi się na taki kurs wybiera. Mieliśmy sytuację, że dziewczyna zataiła przed mężem wiadomość o tym, że chodzi na kurs. Potem do poradni przychodziła ukradkiem – opowiada pani Anna. Zaznacza, że w poradni potrzebni są ludzie wierzący. Rozmowa kwalifikacyjna ma jednak sprawdzić ich motywacje.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| NPR, RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Mieszkaniec
    11.09.2013 21:31
    No tak, niby nie stosujemy antykoncepcji..ale - pani w naszej poradni rodzinnej właśnie urodzi 4 dziecko i jak sama mówi jest to jej trzecia niespodzianka...a jak to wszystko pogodzić jak się jest 2 lub 3 tygodnie w delegacji a mało w domu?
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama