Mamo, tato, idę do klasztoru

– Mamy ósemkę dzieci, a tu nagle rewolucja! Rodzina się nam powiększa o kilkadziesiąt osób! – mówią Małgorzata i Roman Bieliccy. A Lidia Klaczak dopowiada: – Urodziłam dwie córki. A kiedy przyjeżdżam na Portową, to dwadzieścia mówi mi: „Kochana mamusiu!”. Tak to Pan Bóg układa...

Reklama

Podejrzewałam, jak to się skończy... – uśmiechają się oczy 86-letniej Lidii Klaczak, kiedy patrzy na rozpromienioną twarz na zdjęciach przy łóżku. – Kościół Krzyża Świętego w Gliwicach, gdzie mieszkaliśmy, nie był wtedy naszym parafialnym, ale Ewa upodobała sobie to miejsce. Kiedy chciała biec na spotkania dzieci, a potem oazy, które prowadzili ojcowie redemptoryści, a wśród nich o. Jan Mikrut, zawsze pytała: „Mamusiu, pozwolisz?”. Jakże miałabym nie pozwolić? Ona zawsze taka radosna z tych spotkań wracała.

Jak Maria i Marta

W domu Lidii i Zdzisława Klaczków było jak w Ewangelii. Bo ich córki to jak Marta i Maria. Starsza Ania – energiczna gospodyni od dziecka. Migiem uczyła się od mamy gotować, piec. I Ewa – spokojna, uśmiechnięta, nie dawała się ponosić emocjom. – Nie była, jak się to mówi, rozrywkowa, ale za to bardzo angażowała się we wszystko, co działo się w parafii, miała tam mnóstwo kolegów i koleżanek. Lubiła się uczyć, czytać. W sąsiednim Zabrzu proboszczem był mój wujek, ks. Emil Kałuski. Miał pokaźną bibliotekę, więc podsyłał Ewie różne książki, także historyczne. Po maturze chciała iść na historię, ale tato jej odradzał: „Będziesz się takiej zakłamanej historii uczyła?”. To były lata 80. Sam był ścisłowcem. Mówił Ewie: „Masz politechnikę po sąsiedzku, tam sobie coś wybierz”. – Od jakiegoś czasu czułam, że Pan Jezus mnie wzywa. Sióstr redemptorystek nie było jeszcze wtedy w Polsce, ale o. Mikrut prowadził nas już na drodze powołania. Dom sióstr był we Włoszech, w Scala. Tyle że wyjazd za granicę w 1985 roku to był poważny problem – mówi dziś już siostra Ewa Klaczak.

Poszła więc najpierw na studia – za radą taty skończyła wydział elektryczny. Przez kilka semestrów studiowała też teologię. – Kiedy obroniłam się na politechnice, miałam do odpracowania trzyletnie stypendium, więc zgłosiłam się do mojego zakładu pracy – wspomina s. Ewa. – Ale w pierwszym dniu szef mi powiedział, że nie potrzebują nowych pracowników. Pan Bóg już wtedy mnie prowadził! – A mnie się wydawało wtedy, że jakiś pan się pojawił w jej życiu – mówi pani Lidia. – Nie pytałam o nic więcej, bo kolegów wokół siebie zawsze miała. Zaczęłam myśleć, że trzeba ją wyposażyć w rzeczy, które każda gospodyni w domu mieć powinna. A Ewa mi kiedyś mówi: „Mamusiu, nic nie kupuj. Ja pojadę do Włoch”... Nim jednak wyjechała, pracowała w szkole podstawowej, gdzie uczyła fizyki.

– Kiedy zdecydowałam się powiedzieć rodzicom? To nie był łatwy czas – wspomina s. Ewa. – Tato już ciężko chorował. Ale moją decyzję rodzice przyjęli z wielkim spokojem. Tato powiedział tylko, że nie rozumie, dlaczego wybieram akurat zakon klauzurowy. Zawsze będę pamiętać mój pierwszy telefon z Włoch do domu. Rozmowy były bardzo drogie, więc chciałam powiedzieć tylko co najważniejsze. Podziękowałam mamie, że mnie urodziła, obojgu rodzicom za to, że mnie tak wychowali, i powiedziałam, że tak naprawdę im zawdzięczam wszystko.

Bardzo szczęśliwa

Kiedy w 1992 r., w Starym Bielsku powstał pierwszy klasztor sióstr redemptorystek w Polsce, s. Ewa zamieszkała tam ze wspólnotą. – W klasztorze przydał się ten mój epizod pedagogiczny, bo powierzono mi formację sióstr. Potem dostałam pod opiekę naszą bibliotekę. Zajęłam się też tłumaczeniami. Umiejętności elektrycznych chyba nigdy nie musiałam tu wykorzystywać – śmieje się s. Ewa. – Jest bardzo kochającą córką. I widzę, że w klasztorze naprawdę jest bardzo szczęśliwa – mówi pani Lidia.

Od dwóch lat dzięki staraniom córki mieszka w Bielsku-Białej. Kiedy to możliwe, odwiedza siostry w Starym Bielsku. – Zawsze wtedy przychodzą wszystkie siostry, roześmiane, szczęśliwe, i zwracają się do mnie: „Kochana mamusiu!”. Bardzo mnie to wzrusza i dodaje sił. Służą ludziom, choć na co dzień nie są widoczne. A mogą służyć z takim pogodnym sercem, bo nad wszystko kochają Pana Boga. Widzę to w Ewie... – Kiedy przeprowadzałyśmy z siostrami mamusię do Bielska, zobaczyłam, że wśród rzeczy, które były dla niej najważniejsze, znalazły się moje listy. Mamusia je wszystkie zachowała. Zawsze będę jej wdzięczna, że z taką miłością do mnie rozumiała i przyjęła pomysł Pana Boga na moje życie – dodaje s. Ewa.

Nigdy w życiu!

– Pamiętam: Urszulka chodziła do zerówki. Szłyśmy na religię do s. Danuty w parafii katedralnej w Bielsku-Białej – opowiada Małgorzata Bielicka. – Ula była zachwycona tymi lekcjami. I kiedyś tak bardzo poważnie mi powiedziała: „Ja będę siostrą zakonną”. Uśmiechnęłam się tylko. Z biegiem czasu jej aktywność przy kościele stawała się dla nas coraz bardziej normalna – Dzieci Maryi, schola. Chodziły z nią młodsze siostry, miały tam wiele koleżanek. Jeździły na rekolekcje do sióstr elżbietanek cieszyńskich do Zabrzega. – Byłam w pierwszej klasie liceum. Mama była w ciąży z Kazikiem, siódmym w kolejności. Tata odwoził mnie kolejny raz do Zabrzega – wspomina Ula. – I tak na pożegnanie mi mówi: „Zobaczysz, będziesz chciała iść do klasztoru”. A ja: „Nigdy w życiu! Ja chcę być mamą, tak jak mama!”. Ale po tych rekolekcjach dla animatorek byłam pewna: „Chcę iść do klasztoru!”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama