Tabliczka mnożenia miłości

– Nie chciałam nigdy mówić o tym dzieciom, bo pewnie by się śmiały, ale podczas zaręczyn Zbyszek tylko pocałował mnie... w rękę – mówi pani Halina.

Reklama

Poznali się w chórze kościelnym działającym przy parafii Świętej Rodziny na wrocławskim Sępolnie. Jego na uczestnictwo namówiła matka, ją – młodsza siostra. To tam właśnie rozwinęła się miłość, która trwa do dziś. Przetrwała ona terror stalinizmu, trudy Polski Ludowej, horror stanu wojennego i wyzwania ostatniego kapitalistycznego 25-lecia. 64-letni staż małżeński robi wrażenie. Ale ich wartości i zasady, które pozwoliły zbudować wspaniałe małżeństwo, nie pasują już do współczesności. Zbigniew i Hanna Lazarowiczowie są po prostu „niemodni, nienowocześni”. I... świetnie się z tym czują.

Przez nuty do serca

Początków tej historii należy upatrywać w patriotycznej, bohaterskiej przeszłości pana Zbigniewa. Razem z ojcem, słynnym Adamem Lazarowiczem, ps. „Klamra”, walczył w antykomunistycznym zbrojnym podziemiu niepodległościowym. Dzisiaj określa się ich mianem żołnierzy wyklętych. „Klamra”, aresztowany przez UB, 1 marca 1951 r. został stracony w więzieniu mokotowskim. Pana Zbigniewa wypuszczono i razem z rodziną trafił do Wrocławia. Nie miał dokumentów ani zameldowania, więc nie mógł nigdzie znaleźć pracy. Partyzancka, antysowiecka przeszłość sprawiała, że nie czuł się bezpiecznie po „wyzwoleniu” i wprowadzeniu reżimu komunistycznego.

– Mama wysłała mnie do chóru przy naszej parafii, bo widziała moje codzienne przygnębienie. Chciała, żebym wyszedł do ludzi. W tamtej Polsce nie miałem żadnych perspektyw – opowiada mężczyzna. Tam szybko spodobała mu się Halina, którą przyprowadziła młodsza siostra. Grupa muzyczna rozwijała się, śpiewała w kościołach, nawet w radiu, a miłość dwojga ludzi dojrzewała. Z czasem kobieta dowiedziała się o niepodległościowej przeszłości wybranka. – Nie zniechęciłam się ani nie przestraszyłam. Jak człowiek kocha, to już nie ma mowy o odwrocie – oświadcza.

Jej mama jednak obawiała się o swoją 22-letnią wówczas córkę.

Nie dokument, lecz sakrament

Po dwóch latach związku para postanowiła się pobrać. – Przejęta mama snuła czarne scenariusze. A co będzie, jak po ślubie Zbyszka aresztują? Mogą to przecież zrobić w każdej chwili. Zajdę w ciążę i zostanę potem sama z dzieckiem – wspomina pani Halina. Mimo poważnych wątpliwości młodzi postawili sprawę zdecydowanie. „Czy się zgadzasz, czy nie, pobierzemy się” – powiedziała córka do matki. Odważnie? – Tu nie chodziło o odwagę, tu chodziło o miłość – stwierdza wrocławianka. – Teściowa, mimo że była do mnie przekonana jako do człowieka, bała się trudnej przyszłości z żołnierzem „wyklętej” partyzantki – dodaje pan Zbigniew.

Oboje szybko stracili ojców. Jeden został zamordowany za walkę o wolną Polskę, drugi zmarł na raka trzustki. Życie zatem nie rozpieszczało. W październiku 1952 r. udało się wziąć ślub, ale tylko kościelny. I to po znajomości, bo kościelnego nie udzielano bez wcześniejszego cywilnego. Pan Zbigniew nadal żył bez dokumentów, więc z kolei o cywilnym nie było mowy.

– Nam to kompletnie nie robiło różnicy, ponieważ liczył się tylko sakrament i połączenie Bożym węzłem, a nie papierki urzędowe – podsumowuje Halina Lazarowicz. Pamięta, jak wyprawiali wesele w swoim mieszkanku. Robili wino z kaszy jaglanej. Nie stać ich było na nic wielkiego, ale cieszyli się sobą. W 1953 r. żołnierza wyklętego objęła amnestia i mógł się ujawnić. Żona niedługo potem zaszła w ciążę i urodziła pierwszego syna.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama