Geny nie wystarczą

Można mieć jedno swoje dziecko i za mało sił, by je kochać. Można też mieć 118 nie swoich dzieci i chcieć zrobić dla nich wszystko. Nie zawsze trzeba urodzić, żeby być rodzicem.

Reklama

Nigdy nie pozwalamy, aby dzieci mówiły do nas „mamo” czy „tato”. Pozostajemy dla nich „ciocią” i „wujkiem”. Jesteśmy rodziną zastępczą, nie wykradamy dzieci rodzinie biologicznej. Mamy coś do zrobienia i tyle – mówią Iwona i Jan Kłudkowscy z Polanowa.

Przez ostatnie 20 lat przez ich dom przeszło 118 dzieci, które musiały, przynajmniej na jakiś czas, opuścić swoich biologicznych rodziców. Kłudkowscy ich nie oceniają. – Komuś w życiu nie wyszło, a my po prostu staramy się pomóc – przyznają.

Rodzinne zimno

Mirosława Zielony, szefowa koszalińskiego Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie, podaje, że w powiecie działa prawie 100 rodzin zastępczych, w których wychowuje się ponad 250 dzieci. Wśród najczęstszych powodów, dla których dzieci czasowo odbierane są biologicznym rodzicom, wymienia alkoholizm, przemoc i molestowanie.

Czasami dzieci przechodzą prawdziwe piekło. 11-letni Michaś jest roześmianym chłopcem, którego wszędzie pełno. Jednak nosi w sobie ranę, która niełatwo się goi. – Moja mama biła się z tatą. Tata przeklinał, a mama go szarpała za włosy. Nie chcę wracać do domu – mówi. Na pytanie, czy kocha swoich rodziców, po chwili namysłu odpowiada: – Nie.

– Najbardziej pamiętam pierwsze dzieci, które do nas trafiły. To było w lutym. U siebie w domu biegały boso po betonowej posadzce. Miały poodmrażane nogi – wspomina Iwona Kłudkowska. – Położyłam na talerzu kotlet z kurczaka w panierce, a dziecko na jego widok rozpłakało się. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie jadło – opowiada Barbara Grewe z Rekowa k. Koszalina, która od kilku lat jest mamą zastępczą. Iwona i Jan Kłudkowscy przyznają, że nieraz zdumiewa ich to, gdy dzieci, mimo że we własnym domu przeszły gehennę, twierdzą – inaczej niż Michaś – że nadal kochają swoich rodziców, i nie są w stanie zrozumieć, dlaczego ci nie okazują im takiej samej miłości.

Jest nadzieja

Rodzina zastępcza ze swojej natury ma służyć dziecku tylko przez jakiś czas. – Naszym celem jest powrót dzieci do swoich domów. Bardzo cieszy mnie to, że w tym roku mieliśmy 15 takich powrotów. Pracujemy z rodzinami i to nieraz przynosi efekty. Możemy mówić o sukcesie, kiedy widzę kobietę, która po 20 latach picia w końcu decyduje się na leczenie i trwa w trzeźwości, a jej dziecko, dla którego zapach mamy dotychczas kojarzył się wyłącznie z alkoholem, nie może się nadziwić – mówi Mirosława Zielony.

Powroty często nie są łatwe, ponieważ rany, zadawane nieraz przez lata, są bardzo głębokie. Jedna z mam zastępczych spod Koszalina opisuje zachowanie swojego wychowanka: – To był kilkunastoletni chłopiec, który moczył się na samą wieść o tym, że jego biologiczna matka miała przyjechać tylko po to, żeby go na chwilę odwiedzić. Państwo Kłudkowscy z Polanowa mówią jednak wyraźnie: – Cieszymy się, kiedy „nasze” dzieci mogą w końcu wrócić do swoich domów.

W sobotę 18 czerwca, w ogrodach Domu Pomocy Społecznej w Nowych Bielicach k. Koszalina, już po raz 10. odbyły się „Rodzinalia”, czyli festyn dla rodzin zastępczych, organizowany przez koszalińskie PCPR. Impreza była okazją do spotkania się osób sprawujących pieczę zastępczą, wymiany doświadczeń, wzajemnego wsparcia. Dzieciom organizatorzy zapewnili mnóstwo atrakcji, m.in. dmuchany zamek, konkursy i rozgrywki sportowe. 22 czerwca, podczas 4. Kongresu Rodzicielstwa Zastępczego organizowanego w Warszawie przez Koalicję na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej, koszalińskie PCPR wraz z 12 innymi z całej Polski otrzymało specjalne wyróżnienie.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama