Gdzie wróg? Gdzie swój?

Nie wiedziałam, jakie nastroje zastanę w Donbasie, co myśli ulica, dokąd im bliżej, skoro wszyscy mówią po rosyjsku? Nauczycielka i podróżniczka z Kędzierzyna-Koźla na wschodniej Ukrainie.

Sobotni wieczór, uzbecka restauracja w Mariupolu rozbrzmiewa zabawą i śmiechem. To jeden z najlepszych lokali w mieście. Zmieściły się tu dzisiaj urodziny i wesele – i jeszcze jest miejsce dla przygodnych gości. Środkowoazjatyckie smaki, egzotyczne tańce, do tego energia i poczucie humoru wodzireja wprowadzają w nastrój beztroskiej zabawy. Tutaj na pewno nikt nie pamięta, że 10 km na wschód od miasta trwa regularna strzelanina między separatystami a ukraińskim wojskiem. Mieszkańcy lewego brzegu rzeki Kalmius oglądają filmy w słuchawkach, bo mają powyżej uszu odgłosów wystrzałów. Na przekór sytuacji, w jaką zostali wciągnięci w 2014 roku, chcą żyć normalnie.

Stop! Tu jest Ukraina

Dzwonię do Siergieja Pachomienki, historyka, doktora na wydziale stosunków międzynarodowych Państwowego Uniwersytetu w Mariupolu. Zajęcia ze studentami ma dopiero po południu, więc rano chętnie oprowadza mnie po mieście.

Zajmuje się historią najnowszą i mechanizmami propagandy. Nie wiedziałam, jakie nastroje zastanę w Donbasie, co myśli ulica, dokąd im bliżej, skoro wszyscy mówią po rosyjsku... Stop! Tu jest Ukraina – Siergiej przerywa mi wpół zdania. Pokazuje spalony przez separatystów budynek głównej komendy policji i Urzędu Miasta. To przed nim trwały manifestacje prorosyjskie w 2014 r. Odbudowywać się nie opłaca, więc pozostałości siedziby władz Mariupola przykryto niedawno napisami: „Tu jest Ukraina” w czterech językach (ukraińskim, rosyjskim, greckim i angielskim).

W czasie, gdy tu agitowano za Rosją, 1500 m dalej, na placu Wolności, stworzono Euromajdan, gdzie gromadzili się obrońcy Ukrainy; zwoływali się za pomocą mediów społecznościowych. Separatyści nazwali ich faszystami. W ten sposób Rosja zdobyła pretekst, by wkroczyć na Ukrainę.

W telewizji rosyjskiej pełno było obrazów mieszkańców Mariupola wyciągających rękę do Rosji. – Tych demonstrantów w większości przywożono autobusami na rogatki miasta. Wybiegając, rozpytywali o centrum... Tacy to byli mariupolczycy – ripostuje historyk i dodaje: – Dzisiaj się tego wstydzimy, ale wielu z nas swego czasu uległo propagandzie i myśleliśmy, że naprawdę lepiej będzie zwrócić się w stronę Rosji, bo skoro przyjdą faszyści, to nie wiadomo, co z nami rosyjskojęzycznymi zrobią. A co dzisiaj sądzi ulica? Człowiek jest tylko człowiekiem i najważniejsze, by nie strzelali i było co do garnka włożyć.

Namiot modlitw różnych wyznań

Dziś nad placem Wolności góruje pomnik Światosława, kniazia Rusi Kijowskiej, który z Mariupolem nie ma żadnego związku, ale jest to prezent od ochotników batalionu Azow, a prezenty się przyjmuje. Wcześniej stał na tym miejscu pomnik Lenina. Po jego zdjęciu postawiono krzyż. Wszystko razem komponuje się w nasyconą historycznie fotografię: płaskorzeźby, które towarzyszyły pomnikowi Lenina, postument Światosława i krzyż, a w tle centrum handlowe. Tuż obok stoi namiot, który w najgorętszym i najtrudniejszym czasie stał się miejscem nieustannych, całodobowych modlitw przedstawicieli różnych wyznań o pokój. Do dziś w każdy czwartek modlą się tam po kolei katolicy, prawosławni, Żydzi, protestanci i inni.

Wszystkie przedmioty liturgiczne poszczególnych obrządków znajdują się w skrzyniach pod ścianą. Nabożeństwa katolickie odprawiają paulini – o. Leonard Aduszkiewicz, proboszcz parafii pw. Matki Boskiej Częstochowskiej, albo o. Paweł Tomaszewski, Polak urodzony na Ukrainie. Tamara i Larysa na stałe przejęły dyżur w przygotowywaniu ołtarza. Po skończonym nabożeństwie skrzętnie wszystko chowają, zostawiając miejsce następnym. 

Każde spotkanie zaczyna się odmawianiem Różańca, potem jest Msza św. i katecheza. Dzisiaj o. Paweł gromi rozpowszechniony na Ukrainie kult talizmanów, takich jak tzw. bransoleta szczęścia czy pierścień Atlantów. Powszechne stawianie na równi religii i magii potwierdza Tatiana i opowiada historię z pracy, kiedy to w obliczu nieszczęścia radzono gorąco coś z tym zrobić– iść albo do kościoła, albo do wróżek.

Katolicy w Mariupolu

Katolicy stanowią zdecydowaną mniejszość w Mariupolu. Większość z nich, jeżeli nie wszyscy, ma polskie korzenie. W trakcie modlitw wśród parafian mieszają się różne języki: rosyjski, ukraiński i coś, co w mniemaniu mówiących tym językiem jest polskim, jednak zaledwie trochę go przypomina. W soboty odprawiana jest Msza św. po ukraińsku, w ukończonej już kaplicy na budowie sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej i domu zakonnego. Kiedy szukam wejścia na ogrodzony plac budowy, otacza mnie zgraja psów. Z daleka zwraca uwagę wysoka iglica stojąca tuż za ogrodzeniem. To pozostałości po pomniku rewolucji. Co się dało, usunięto, ale ogromny obelisk wykonany z tytanu trudno jest ruszyć. Miał trwać na wieki.

– Teraz tak naprawdę należy do naszego terenu, moglibyśmy dodać jedno ramię i zrobić krzyż – uśmiecha się o. Paweł. – I podświetlić – dodaje z błyskiem w oku. Niedzielna Msza św. odprawiana jest w kościele parafialnym pw. Matki Boskiej Częstochowskiej na wschodnich rogatkach miasta, i zawsze jest ona po rosyjsku. Kościół mieści się w zwykłym domu, więc atmosfera jest iście domowa. Po nabożeństwie młodzież gromadzi się, by przynajmniej napić się herbaty.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja