Tyle radości, ile smutków

Ewa i Andrzej Blachowie są małżeństwem od blisko 40 lat. Wychowali 36 dzieci. Cieszą się 16 wnukami.

Reklama

Kiedy się pobrali, on miał 33 lata i był nauczycielem matematyki, ona 20-letnią jego byłą uczennicą. Planowali dwójkę dzieci. W 1981 roku zdecydowali się założyć w Rudzie Śląskiej Rodzinny Dom Dziecka. Mieli już 3-letnią Asię i 7-letniego Adasia. Pewnego dnia Andrzej, wtedy już 41-letni dyrektor liceum, przyniósł do domu wieść, że miasto szuka chętnych do prowadzenia takiego domu. – Gdy zapytał mnie, co o tym myślę, zaczęłam się śmiać – wspomina Ewa. – W ogóle nie brałam tego pod uwagę.

Ale z czasem zaczęła się nad tym zastanawiać, czytać podręczniki do psychologii. Pół roku później małżeństwo otworzyło pierwszy taki dom w mieście. Od samorządu otrzymali piętrowy budynek w Halembie, do którego przeprowadzili się z trzypokojowego mieszkania. Razem z nimi zamieszkała trójka przybranych dzieci. Było to rodzeństwo, z którego najmłodsza Basia miała 4 lata.

– Razem z piątką dzieci wybraliśmy się kiedyś na spacer – wspomina Andrzej. – Mój kolega, widząc taką gromadkę, skwitował to stwierdzeniem: „No popatrz, tak staro się ożenił, a jaki robotny synek”.

Kilo cukru w szklance herbaty

Początkowo dzieci, które do państwa Blachów trafiły z pogotowia opiekuńczego, były bardzo wystraszone. Zwracały się do nich: „proszę pani”, „proszę pana”. Z czasem zaczęły nabierać ufności i mówić: „mamo”, „tato”. Kiedy Ewa zrobiła pierwszą wspólną kolację, dzieci wsypały do swoich szklanek z herbatą cały cukier z cukiernicy. Najstarsza z dziewczynek schowała za pazuchę kilka kanapek, „żeby było na później dla młodszego rodzeństwa”. – Uspokoiłam ją wtedy, że mogą jeść do woli, bo chleba im nigdy nie zabraknie – mówi Ewa.

W ciągu roku przyjęli  kolejną trójkę dzieci. Nie było łatwo. Jedna z dziewczynek z Państwowego Domu Dziecka, którą małżeństwo zamierzało objąć opieką i zabrało do domu na weekend, już pierwszego dnia zaczęła stwarzać problemy. Niszczyła zabawki, pluła, wylała farbę na podłogę. – Bałam się jej. Myślałam, że nie damy rady jej wychować – wspomina Ewa. – Kiedy odwoziliśmy ją do domu dziecka, popatrzyła na mnie i powiedziała: „Mamo, ja wiem, że ty już nigdy po mnie nie przyjedziesz” – to mnie bardzo wzruszyło. – Potem od wychowawczyń dowiedziałam się, że Beata na klęczkach modliła się w nocy o to, byśmy po nią przyjechali. Za tydzień zabraliśmy ją do siebie. Dziś 37-letnia kobietajest fantastyczną mamą dwójki dzieci.

Miłość, a nie pieniądz

Państwo Blacha w ciągu 30 lat wychowali 36 dzieci. (Dziesięcioro z nich założyło już własne rodziny). Trafiały do nich z rodzin alkoholików, molestowane seksualnie. Opiekowali się także trójką rodzeństwa, na którego oczach ojciec zakatował matkę na śmierć. Jedna z dziewczynek długi czas potem, bawiąc się lalkami, podrzucała je do góry, naśladując to, co działo się z jej matką, kiedy lekarze pogotowia elektrowstrząsami próbowali przywrócić u niej akcję serca. Opowiadała też, jak mamie z buzi wypadały kamyki. W rzeczywistości były to zęby, które wybił jej mąż oprawca.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama