Anioł rozpalił serca

Życie pokazuje, że można otworzyć serce dla każdego dziecka – nieważne ile ich jest – a miłość sama będzie się mnożyć.

Dzieci dosyć szybko zadomowiły się i od początku traktowały swoich opiekunów jako prawdziwych rodziców. Któregoś dnia Ewa znalazła rodzinny album, ale nie znalazła tam siebie. „Dlaczego ich urodziłaś, a mnie nie mogłaś urodzić? Nie chciało ci się?” – pytała z wyrzutem. Na nic zdały się tłumaczenia i przytulanie. Ewa powtarzała stanowczo: „Masz mnie urodzić, karmić i nosić na rękach”. Dopiero przed Bożym Narodzeniem, kiedy pani Helena opowiadała dzieciom na dobranoc o tym, jak anioł przyszedł do Maryi i powiedział Jej, że urodzi Dzieciątko, z którego cały świat się będzie cieszył, tak jak wszyscy w rodzinie cieszą się z dzieci w domu, Ewa zawołała: „Mamo, to ja już wiem! To pewnie ten sam anioł poszedł do mojej mamy i poprosił ją, żeby mnie urodziła taką piękną dla ciebie!”. – Myślę, że ten sam anioł nas prowadzi i rozpalił nasze serca miłością, byśmy potem przyjmowali kolejne dzieci do naszej rodziny – dodaje pani Helena.

Nasze słońce

Daniel wymagał stałej opieki lekarskiej. Zdaniem lekarzy, miał małe szanse na chodzenie. W dodatku każdy wyjazd z domu związany z rehabilitacją był dla niego ogromnym stresem. Bał się ludzi, a jeszcze bardziej kolejnego odrzucenia. – Pamiętasz? – pani Helena zwraca się do męża: – Jak byłam razem z Danielkiem w sanatorium nad morzem, to zobaczyłam, jak on to wszystko przeżywa. Rehabilitant powiedział, że spina mięśnie i dlatego nie widać efektów ćwiczeń. Żeby Danielek był spokojniejszy, musiałam przy nim być i zapewniać, że nie odejdę. Myślę, że podstawowym lekiem była dla niego miłość i poczucie bezpieczeństwa.

Wraz z przyjęciem Danielka do rodziny państwo Sajakowie podjęli decyzję, że codziennie będą się wszyscy modlić o jego uzdrowienie i o to, aby byli dla niego dobrymi i mądrymi rodzicami. O wstawiennictwo prosili sługę Bożego Stefana kard. Wyszyńskiego, a obraz z jego wizerunkiem uroczyście zawiesili w salonie. I nadszedł oczekiwany dzień; było to w uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki. Danielek  przemieszczał się, jak dotąd, trzymając się ławy i… nagle samodzielnie zrobił kilka kroków. Dla wszystkich było to wielkie wydarzenie. On  najczęściej podejmował trudne wyzwania, gdy czuł na sobie skupione spojrzenia. Wtedy wiedział, że jest bezpieczny i kochany. Gdy brakowało któregoś z domowników, bardzo za nim tęsknił. Paweł, jego ojciec chrzestny, pojechał kiedyś z kolegami nad morze. Danielek płakał. Nie rozumiał, że to tylko wypoczynek i niedługo znów się zobaczą. Mama pozwoliła mu porozmawiać z Pawłem przez telefon. Kiedy ten zamiast słów usłyszał łkanie, zrezygnował z pobytu nad morzem – wrócił o domu. – Nie wiem, jak on by się rozwijał – wyjaśnia pani Sajak – gdyby przyjęło go małżeństwo, które nie ma dzieci, bo dzieci mają swoje metody, żeby się nawzajem mobilizować, do czegoś nakręcać.

Danielek nie chciał być inny i przez to uczył się samodzielności i asertywności. Proces rehabilitacji, jak dopowiada pan Dariusz, wciąż trwa. Co roku wyznaczany jest jakiś cel. Na przykład opanowanie jazdy na rowerze, żeby ćwiczyć nóżki. Zadanie na ten rok to nauka przygotowywania posiłków. Już potrafi nakryć do stołu i zrobić jajecznicę. Jest uczniem szkoły specjalnej, a tam udziela się w wielu kółkach zainteresowań. Proboszcz ks. Andrzej Jędrzejewski, widząc zaangażowanie rodziny w życie parafii, zaproponował chłopcu, by został ministrantem. Jest już kandydatem, najprawdopodobniej w Wielki Czwartek dołączy do braci ministranckiej. – To chyba najbardziej szczęśliwe dziecko w naszej placówkowej rodzinie. Potrafi cieszyć się małymi rzeczami. Tym, że wstał, że jest piękny dzień. Nie ma wielkich wymagań. Jest takim słońcem w domu już od dziesięciu lat – chwali pani Helena.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama