Mogę iść na wojnę

Jestem jak gałązka zginana przez wiatry. Im więcej nią szarpią, tym więcej zniesie. Ugnie się, ale nie złamie 
– mówi Bogusia Niebudek, mama Konrada.

Cały czas czuję jego obecność, tylko czasami mi wstyd przed Bogiem, że płaczę i boję się, że nigdy w życiu nie oswoję braku syna. Ale wtedy widzę, jak stoi uśmiechnięty w drzwiach i pokazuje mi palcem: „Mamusia, tylko mi nie płacz. Pamiętasz, czego mnie uczyłaś?”. Bo jak człowiek trwa w bólu, to tylko kurczy się w sobie. A my mamy iść wyprostowani. Choć cały czas przeżywam jego odejście, to wiem, że został nam dany jako dar przez Boga. Najpierw myślę o nim: „dar od Boga”, a potem: „mój syn”. Zawsze byłam pobożna, ale teraz czuję, że przez Konrada Bóg mnie przyciągnął bliżej. Konrad był jak przynęta, na którą mnie złapał. Teraz czuję, że nie mam innego wyjścia. Jest tylko jedna droga – do nieba. Przedtem zbaczałam w inne dróżki, teraz widzę tylko ją. Mam pewność, że Konrad tam jest. Przez to, jak żył, jak umierał, jakim był człowiekiem. Wiem, że dla wszystkich rodziców ich dzieci są wyjątkowe, ale w nim było coś takiego… O ulubionym św. Antonim mówił: „To mój ziom”, albo: „Brachu”. A na swoim biurku w gimnazjum nakleił nalepkę „Jezus żyje”. Kiedy już po jego śmierci pomagałam na zimowisku, każdy z uczestników losował sentencje na karteczkach. Wiedziałam, że tylko na jednej z 42 pisze „Jezus żyje”. I wyciągnęłam właśnie ją. 


Piątki chodzą za nami


Konrad Niebudek urodził się 25 stycznia 1988. „Wiesz, jak on olał cały świat” – to pierwsze, co powiedziała o nim mama tacie Darkowi. Bo synek po prostu zrobił siusiu. No i olał ten świat. Zabrał się z niego w piątek – 28 października 2011. Miał 23 lata. Trzy lata wcześniej odezwała się choroba. – To było w piątek przed Niedzielą Palmową – mówi Bogusia. – Te piątki za nami chodziły. Świetnie skończył liceum Mickiewicza w Katowicach, przedtem gimnazjum katolickie w Sosnowcu [uświadamiam sobie, że musieli się w nim minąć z moim synem, mniej więcej w tym samym wieku]. Był współzałożycielem drużyny futbolu amerykańskiego. Lubił piłkę – dlatego teraz ubieramy się, jak on, w koszulki z polskimi emblematami. Też by się cieszył z Euro. I naturalnie był ministrantem, lektorem, rycerzem Maryi Niepokalanej. Nigdy nie wstydził się wiary, ale występował w jej obronie, gdy ktoś coś mówił przeciw Kościołowi. Dostał się do łódzkiej filmówki, pasjonowała go reżyseria. Na wakacje pojechaliśmy do Egiptu. Weszliśmy na górę Synaj. Po powrocie przez miesiąc skarżył się na silne bóle głowy. W tamten piątek dostał pierwszego ataku padaczki. Kasia (młodsza od niego o cztery lata siostra) właśnie wróciła z rekolekcji i była z nim w domu. Pamiętam, kiedy czekaliśmy w szpitalu na diagnozę, wybiła 15.00. Godzina Bożego Miłosierdzia. Codziennie odmawiałam koronkę, ale wtedy zdrętwiały mi wargi. Rozpoznanie było jednoznaczne: guz pnia mózgu wielkości jabłka czy pomidora. Złośliwy, IV stopnia. W Niedzielę Palmową zrobili mu drenaż płynu mózgowego do otrzewnej. Wtedy, w piątek strasznie płakałam i nie mogłam się uspokoić. I nagle przyszły mi do głowy słowa: „Boże, nie moja, ale Twoja wola niech się stanie”. Potem już nie uroniłam łzy, choć tyle było męki po drodze. Wcześniej wciąż towarzyszył mi obraz Piety – na zdjęciu z I Komunii, na darowanych obrazkach. Zrozumiałam dlaczego. No bo cóż może matka, kiedy dziecko choruje? Zbiera dla niego wszystkie siły i bierze go w ramiona.
Bogusia pokazuje mi w telefonie komórkowym album ze zdjęciami syna. Wysoki – 195 cm, szczupły, ciemnowłosy, zawsze uśmiechnięty. A potem puchnący od sterydów, ze sparaliżowaną prawą stroną ciała. – Co czułam, widząc jego skórę rozdzierającą się w miejscach rozstępów? Nie mogłam go pocieszać, że „będzie dobrze”, ale też nie mówiłam o śmierci. Kiedyś przychodząca do nas psycholog zapytała, dlaczego nie przygotowuję go na odejście. „Przygotowaniem na śmierć jest wiara w Boga” – odpowiedziałam. 


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg