Przetwory poza prawem

W Polsce trudno legalnie kupić domowy ser, pasztet czy dżem. Wszystko przez prawo, które traktuje tak samo wielkiego przetwórcę i drobnego rolnika.


Z fasoli nie da się tylko żeberek zrobić, bo nie ma w niej kości – śmieje się pani Janina Molek z Tropia nieopodal Nowego Sącza. Ma 72 lata i głowę pełną przepisów na produkty z fasoli „Piękny Jaś”, którą jeszcze do niedawna sama uprawiała: od różnego rodzaju zup, przez pierogi, po pasztety i kotlety. – Pamiętam, jak moja babcia robiła torty z fasoli. To było tuż po wojnie, kiedy było biednie, trudno było o mąkę – opowiada. O zdrowotnych zaletach fasoli może opowiadać godzinami, umiejętnościami chętnie dzieli się z zainteresowanymi. Ma tylko jeden problem: swoich wyrobów nie może sprzedawać.
– Nie chcę ryzykować. Mam swoje lata, niewielką emeryturę, gdybym miała problemy z urzędem skarbowym, mogłabym dostać wysokie kary. Szkoda, bo gdybym mogła legalnie handlować swoimi wyrobami, więcej osób by się o nich dowiedziało. Póki żyję, chcę swoją wiedzę o fasoli przekazać innym. Nie zależy mi na wielkich zarobkach, bylebym nie dokładała do produktów – tłumaczy.


Szara strefa konfitur


Pani Molek mogłaby sprzedawać swoje przetwory, gdyby prowadziła pozarolniczą działalność gospodarczą i przez prawo była traktowana jak przedsiębiorca. To jednak wiązałoby się z ogromnymi kosztami. Przede wszystkim musiałaby sprostać wyśrubowanym wymogom sanitarnym, które w jej przypadku oznaczałyby tylko na samym początku konieczność przeprowadzenia generalnego remontu domu, w którym mieszka i przygotowuje swoje smakołyki. Musiałaby płacić podatek dochodowy i rozliczać się z podatku VAT. Gdyby była młodsza i nie pobierała emerytury, musiałaby jeszcze płacić na KRUS, a gdyby przekroczyła odpowiedni pułap dochodów – musiałaby opłacać ZUS. Krótko mówiąc: by miesięcznie sprzedać pasztetów za kilkaset złotych, musiałaby zainwestować co najmniej dziesiątki tysięcy złotych.
Takich osób jak pani Molek są w Polsce setki tysięcy, jeśli nie miliony. To plantatorzy owoców, którym nie wolno samodzielnie sprzedawać dżemów czy kompotów z nadwyżek upraw, osoby, które same pieką chleb lub robią masło z mleka własnych krów czy hodowcy „ekskluzywnych” ras krów, których zwierzęta muszą trafić do zbiorowego uboju, gdzie ich wysokiej jakości mięso miesza się z mięsem innych ras. Codziennie tracą możliwość kultywowania często starych, rodzinnych tradycji i dorobienia do głównego źródła utrzymania – chyba że zdecydują się sprzedawać nielegalnie. Wbrew powszechnemu mniemaniu, winy nie ponoszą osławione „normy unijne”. Jak wykazali eksperci Związku Przedsiębiorców i Pracodawców w opublikowanym w kwietniu raporcie „Prawne aspekty produkcji i obrotu żywnością na małą skalę w krajach europejskich”, prawo unijne jest tutaj bardzo liberalne, a sprzedaż przetworów w takich krajach jak Dania, Francja czy Włochy ma się świetnie. „Podczas gdy inne społeczeństwa bogacą się i mogą cieszyć się różnorodnością tradycyjnej, regionalnej żywności, w Polsce sami urzędnicy przyznają, że skala wymogów i niejasności związanych z produkcją i sprzedażą żywności na małą skalę powoduje, że drobni przedsiębiorcy i rolnicy boją się działać zgodnie z prawem” – pisze autor opracowania Jakub Bińkowski.


Niewidzialni mali przetwórcy


Igor Pietrzyk, producent serów z dolnośląskiego Ślubowa, pracuje jako menedżer w służbie zdrowia. Sery robi hobbystycznie – dla ich produkcji dostosował starą, przedwojenną oborę. Jego specjalnością są sery podpuszczkowe, ricotta i sery długo dojrzewające. By móc sprzedawać swoje produkty, zarejestrował działalność „MOL-ową” (marginalną, ograniczoną i lokalną). Umożliwia mu ona sprzedaż bezpośrednią w najbliższym otoczeniu, wymagania sanitarne nie są bardzo restrykcyjne.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama