Depresja katolika

Depresja jest cierpieniem, które mnie przerasta. Czasem myślę, że zostałem nią dotknięty, abym zbliżył się do Boga – oto świadectwo katolika, dla którego depresja stała się drogą do Boga.

Na depresję zachorowałem podczas studiów. Przedtem byłem bardzo aktywny, nawet nadaktywny. Dzień miałem wypełniony od rana do wieczora. Nagle zacząłem mieć trudności ze skupieniem, czułem się zmęczony, rano nie mogłem wstać z łóżka. Kilka razy czytałem ten sam akapit i nic nie rozumiałem. Zawsze byłem przekonany, że mam bardzo silną wolę, próbowałem więc zmusić się do normalnego funkcjonowania. Momentem przełomowym była sytuacja, gdy wieczorem wyszedłem biegać i po kilkunastu metrach stanąłem.

Diagnoza: depresja dwubiegunowa

Nie mogłem zrobić kroku. Wróciłem do domu i skulony położyłem się na łóżku. Wola została złamana, energia zniknęła. Uznałem, że moje życie nie ma sensu, dręczyło mnie poczucie winy.

Z nikim o tym nie rozmawiałem, było mi wstyd. Poddałem się. Któregoś ranka połknąłem dużą ilość jakiegoś lekarstwa. Straciłem przytomność. Obudziłem się w szpitalu, gdzie miałem płukanie żołądka. Rodzice byli w szoku. Syn, z którego byli dumni, zrobił tak straszliwą rzecz. Trafiłem do szpitala psychiatrycznego, na oddział zamknięty. Stamtąd zapamiętałem jedno wydarzenie. Któregoś razu zawieźli kilku z nas karetką do przychodni na pobranie krwi, bo w szpitalu nie było laboratorium. Po badaniu okazało się, że karetka musiała gdzieś pojechać, więc wróciliśmy do szpitala pieszo. W godzinach szczytu, wśród ludzi, szliśmy przez miasto w piżamach. W normalnych warunkach byłoby to dla mnie upokarzające. Wtedy było mi wszystko jedno, nie czułem wstydu, uważałem, że godność odebrałem sobie wcześniej.

Po dwóch tygodniach poprosiłem rodziców, aby mnie stamtąd zabrali. Siedziałem w domu. Po jakimś czasie poszedłem do kościoła. Wyspowiadałem się. Ksiądz mówił o miłosierdziu i udzielił rozgrzeszenia. W momencie spowiedzi żałowałem tego, co zrobiłem, miałem świadomość ciężkiego grzechu. Jednak podejrzewam, że gdybym jeszcze raz znalazł się w takiej sytuacji, zrobiłbym to samo. Po prostu byłem w innym stanie psychicznym. Później przeczytałem w katechizmie, że ciężkie zaburzenia psychiczne mogą zmniejszyć odpowiedzialność samobójcy. Nie rozgrzeszam się, zostawiam to Bogu, czekam na Jego osąd po śmierci.

Dość szybko wróciłem do zdrowia. Po kilku miesiącach zdałem na inny kierunek studiów. Czułem się świetnie. Energia wróciła, a nawet miałem jej więcej niż kiedykolwiek przedtem. Bardzo dobrze szło mi na uczelni, wraz z kolegami założyłem podziemną drukarnię (to był okres stanu wojennego), intensywnie spotykałem się z ludźmi, kierowałem obozami wakacyjnymi dla młodzieży organizowanymi przy parafii. To trwało kilka miesięcy i znów przyszedł dołek. Tym razem znajoma skierowała mnie do swojego lekarza. Po raz pierwszy ktoś wytłumaczył mi, co się ze mną dzieje. Przekonywał, że to nie jest moja wina, że depresja to choroba. Zdiagnozował, że cierpię na depresję dwubiegunową (ChAD), która objawia się na przemian stanami ciężkiej depresji i manii, czyli nadmiernej aktywności. Zacząłem przyjmować sole litu, lek, który wyrównuje nastrój. Zadziałał, ostrych stanów nie było, manii też, ale stan pewnego smutku towarzyszył mi nieustannie. Lit brałem ponad 20 lat, z czasem zacząłem chorować na tarczycę, to był uboczny skutek przyjmowania leku. Musiałem go zmienić. Teraz biorę lamotryginę. Znalazłem pracę, skończyłem studia. Poznałem żonę. Na drugiej randce powiedziałem jej o chorobie. Zaakceptowała to. Urodziły się dzieci.

W miarę normalne życie trwało kilka lat, potem choroba wróciła, a właściwie jej stan depresji, bo manii, poza kilkoma epizodami na początku, więcej nie miałem. Zaczęły pojawiać się momenty bardzo złego nastroju. Z czasem było coraz gorzej. Rano nie mogłem wstać z łóżka. Dzwonił budzik, a ja go wyłączałem i zastygałem skulony w bezruchu, jakbym chciał zniknąć, nie istnieć. Wiedziałem jednak, że muszę się zmobilizować, bo mam rodzinę na utrzymaniu, że nasza egzystencja opiera się na mnie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Sympatyk.
    14.08.2014 20:13
    Ja mam cukrzycę I-kę i o ile nie wykluczam możliwości, że jest skutkiem grzechu, wierzę że jest wpisana w boży plan zbawienia mnie i Bóg wie kogo jeszcze. Zresztą wierzę, że Bóg mnie z niej wyleczy i to najpewniej cudownie bo medycznie raczej brak perspektyw. Myślę że warto wierzyć w takie rzeczy bo się dzieją. W depresji może trudniej wierzyć ale Bóg nawet naszej wielkiej wiary koniecznie nie potrzebuje do zrobienia wszystkiego co nam pomoże. Każdemu odmierza indywidualną miarą. Maluczki - daj se spokój ;) August - Tak. Jest konsekwencją grzechu który jest śmiercią i dziełem diabła, ale z kontekstem trzeba uważać bo i Chrystusa grzech wyniszczył w męce. Tyle że nie Jego grzech.
  • MK
    30.03.2015 13:22
    Nieleczona choroba afektywna prowadzi do zniszczenia otoczenia chorego i potencjalnie, do samobójstwa. Autor zdaje sie negowac potrzebe leczenia, zaslaniajac sie emocjonalna religijnoscia. Szokujacy i wybitnie szkodliwy tekst! Leczenie psychiatryczne jest w takich przypadkach moralnym obowiazkiem wobec siebie, rodziny i Kosciola.
  • katolik
    27.09.2017 14:53
    Witam! Przypominając sobie zalecenia jakie św. Piotr, św. Paweł , św. Jan itd. podawał wierzącym w Pana Jezusa (jak i tym którzy jeszcze może nie uwierzyli a przysłuchiwali się) jak mają żyć we wspólnocie to nasuwa mi się prosty wniosek,iż w moim otoczeniu AKTUALNIE (z nadzieje na polepszenie) mało jest takiej wspolnotowości która by człowieka nie odrzucała gdy się człowiek zamyka w sobie, bardziej lub mniej oddala - dwie osoby już mi mówiły (związane z psychiatrią), że w krajach 3go świata gdy ktoś z wioski zaczyna się oddalać to częściej się go odwiedza, rozmawia, razem z nim, coś robi, dba o niego, po czasie gdy stan się polepsza znów więzy nieco się rozluźniają - ponoć 90% skuteczności ma takie działanie. Nieraz czytam, że przy różnego rodzaju zaburzeniach, chorobach więcej spraw kuleje : otoczenie (nie znajace problemu, wystraszone itp.), odżywianie (bardzo kiepsko nieraz widywałem się ktoś odżywia), rekreacja, wykonywanie prostych prac - miło gdyby ludzie (otoczenie) zauważali to i z Mądrą Miłością podejmowali się pomocy - tego myśle trzeba się nauczyć - włożyć wysiłek, a nie każde działanie jest pożyteczne - jest sporo literatury katolickiej myśle na ten temat dla zdrowych, pragnących zrozumieć i mądrze pomagać (m.in. zachęcać do uczęszczania na katolickie terapie indywidualne, później grupowe, rekolekcje może nawet, uczestniczenie we wspólnocie przykościelnej odpowiednio dojrzałej). To takie refleksje moje co do tematu, jeśli się w czymś myle lub jestem nie zrozumiały to przepraszam.
  • PP
    11.06.2018 13:29
    MAM DEPRESJĘ,I NIENAWIŚĆ DO SIEBIE,CZUJE SIĘ SZARPANA DUCHOWO,MAM BEZNADZIEJNE STANY. ZAMYKAM SIĘ W SOBIE DEPRESJA JEST OD TEGO ZE ŻYJE DŁUGIE LATA W GRZECHU,Z MEŹCZYŻNA BEZ ŚLUBU ROZGRZESZENIA NIE OTRZYMAŁAM,CZUJE SIĘ ODRZUCONA PRZEZ BOGA. CZUJE AGRESJE.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.