Bazar reklamuje się sam

Nad śliwkowym straganem latają rozleniwione pszczoły. Ostatnie czereśnie pachną obłędnie: latem i słodyczą. Pani Adela na malutkim stołeczku układa swój towar: świeże kurki – grzybki, jaja od kurek – pierzastych i jagody. Falenica targuje i smakuje.

Soki, czyli (tradycyjny) znak czasu

Pan Andrzej spod Warki. Gospodarz sadownik. W jego ogrodzie rosną dorodne jabłka, morele kilku gatunków, słodkie jak miód czereśnie. Krzaczki porzeczek właśnie też zaczynają dojrzewać. Czas, by przysmaki zawieźć Falenicy. I całej Warszawie. – Tutaj przyjeżdża pół stolicy chyba. Autami, pociągiem. Ale co się dziwić? Tu mamy smaczne świeże produkty. Klienci mogą porozmawiać, potargować się. U mnie każdy dotknie, zobaczy, że owoc świeży. I oczywiście spróbuje. Nie kupuje się kota w worku – tłumaczy pan Andrzej.

Ale za to w dużym worku kupuje się… soki. Sto procent soku w soku. Pięć litrów jabłkowo-porzeczkowego za 20 zł. – A to jest nowość. Od kilku lat produkujemy własne soki. Przyjeżdża specjalna maszyna, która je tłoczy na zimno. W sterylnych warunkach – opowiada. – Owoce się do niej wkłada, a wylatuje przepyszny napój. Jak moje dzieci były malutkie, to tylko takie dawaliśmy. Bo przynajmniej wiadomo, że zdrowe piją.

Obok soków – kosz z ciastami. To akurat ręczny wyrób siostry pana Andrzeja (a gdzieś od stoiska odeszła, pewnie za swoimi zakupami). Piaskowe ciasto, drożdżowe, sernik. Bez polepszaczy. Z własnego domowego piekarnika. I z kurzych, nieproszkowych jaj.

Kilka metrów dalej niewielkie stoisko z wędlinami. Zapach czosnku, majeranku, wędzonki kręci w nosie, kusi i przyciąga. – To ja, jak zawsze, pół boczusia poproszę – kolejka kiełbasianych amatorów ustawia się błyskawicznie. – A proszę, już kroję – właściciel stoiska, a zarazem twórca „boczusia”, pan Stanisław, zawija słuszny kawał tłustego i wędzonego dobra.

– Ja spod Siedlec tu przyjeżdżam co sobotę. Sam robię wędliny, wędzę szynki i boczki. Metodą tradycyjną: drewnem. I nie parzę ich nawet – chwali się. – A jak trzeba, to stałym klientom nawet i prosiaki piekę. Lepiej chyba jeść dobre mięso niż nafaszerowane nie wiadomo czym. Prawda?
 

Ela Fant

Prócz stoisk pod gołym niebem wokół bazaru są i budki szeregówki. Właścicielką kultowej już, zoologicznej jest pani Ela Mleczko. Znana bardziej jako Ela Fant, Ela z Fantem (nie mylić z elefantem). Dlaczego tak? Bo kto do niej przychodzi, z pustymi rękami nie wyjdzie. Świnki morskie, chomiki, rybki, króliki, a nawet kotki i psy (podrzutki) dzięki pani Eli często znajdują nowy, dobry dom.

– Ale właścicielką stoiska nie jestem właśnie. Jestem najemcą, jak inni kupcy. Dzierżawimy nasze sklepiki od miasta. I boimy się, czy przypadkiem za rok nie podniosą nam czynszu… Wtedy koniec z nami – rozkłada ręce pani Ela. – Tylu ludzi straciłoby pracę, utrzymanie. I tradycja piękna, handlowa by się skończyła…

Aby walczyć o prawa kupców, powstało Stowarzyszenie Kupców Bazaru Falenica. Pani Ela jest jego prezesem. – Władze nam mówią: wyremontujcie swoje sklepiki, żeby ładnie wyglądały. A my im mówimy: to podpiszcie z nami umowy na wiele lat, nie jak dotychczas na trzy! My zainwestujemy, a po trzech latach co? Wszystko przepadnie?

W innej budce pani Dorotka z córką. Sprzedają chemię: proszki do prania, worki na śmieci i inne. – Mamy stałych klientów, lubimy ich, a oni nas. Wystarczy zadzwonić, towar zamówić. Przychodzą, odbierają, promocje nawet dostają. I są zadowoleni – śmieje się pani Dorota. – Ale coraz trudniej, bo wielkich sklepów mnóstwo, oni ceny niskie mają (i jakość niską). Ale mają się za co reklamować… My nie mamy.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama