Samarytanka z Dobiercic

Cicho, bez rozgłosu wykonują szereg drobnych posług, a kiedy ktoś znajdzie się w potrzebie, pierwsze to zauważają, służą pomocą, podają dłoń.

Pani Wiesia „służy bezinteresowną pomocą wszystkim tym, którzy jej potrzebują, bez względu na porę dnia i nocy. Z wielką troską i poświęceniem pomaga w pracach pielęgnacyjnych przy obłożnie chorych, spieszy ze słowami pokrzepienia do samotnych i cierpiących, przeżywających trudne chwile, dzieli się tym, co wyhoduje w ogródku, co upiecze lub ugotuje, udziela się także w Kościele. Jej dom jest domem otwartym dla każdego...” – to część uzasadnienia przy zgłoszeniu Wiesławy Kruszelnickiej do plebiscytu Miłosierny Samarytanin Roku 2016. Znalazła się w gronie wyróżnionych spośród 95 zgłoszonych z całej Polski kandydatów.

Statuetki, zwane Oscarami Dobra, oraz wyróżnienia przyznawano w dwóch kategoriach: pracownicy służby zdrowia (tu wyróżnienie otrzymał także personel medyczny oddziału chorób wewnętrznych z Samodzielnego Publicznego Zespołu Opieki Zdrowotnej w Głubczycach) oraz ci, którzy bezinteresownie pomagają innym w potrzebie. Na gali 31 marca w łagiewnickim sanktuarium Bożego Miłosierdzia, gdzie wręczono pani Wiesi pamiątkową tabliczkę, towarzyszyło jej 20 osób z łowkowickiej parafii. Razem z nią właścicielkami tytułu Miłosiernego Samarytanina mogą się czuć setki podobnych do niej cichych aniołów, których można spotkać w różnych parafiach.

Nic takiego

Cisza w słuchawce i zaskoczenie – tak zareagowała Wiesława Kruszelnicka na informację o nominacji do nagrody. Najpierw myślała, że zaproszenie do Krakowa po odbiór nagrody to jakaś oferta sprzedaży. Całe zamieszanie i peany trochę ją zawstydzają, bo – jak twierdzi – ona nic takiego nie robi. Prawda, że jest zelatorką Żywego Różańca, że prowadzi modlitwy przy zmarłych, opiekuje się pozostawionymi grobami, że dba o bieliznę ołtarzową i porządek w kościele, a jak ktoś jest w potrzebie, to jak tu nie pomóc. Ale to przecież normalne, zwłaszcza w niewielkiej parafii, gdzie ludzie się znają... – Tak, tylko że ona potrafi zauważyć, że komuś trzeba pomóc, i nie czekając na prośbę, po prostu idzie i robi, co może, dyskretnie i taktownie. Zawsze stara się zaradzić problemowi, jeśli ktoś się jej zwierza, albo omadla trudne sytuacje z mamą i one się jakoś „same” rozwiązują – tłumaczy Elżbieta Bassy, która zgłosiła panią Wiesławę, swoją dalszą sąsiadkę, do plebiscytu. Ona sama doświadczyła tej pomocy niedawno, gdy obłożnie chorował jej ojciec.

– Wiesia potrafiła przychodzić o 5 rano, żeby pomóc mi przy nim, tak samo wieczorem. Nie liczyła czasu, pielęgnowała go jak kogoś bliskiego, z sercem. A kiedy zmarł, przychodziła, pocieszała, była obecna w najtrudniejszych chwilach. Tyle serca i dobra nie doznaje się nawet od rodziny – dodaje z drżeniem w głosie. Nie ona jedna otrzymała takie wsparcie, dla wielu, zwłaszcza starszych, wizyta pani Wiesi była jak promień słońca, przywracający nadzieję. Stąd gdy w „Gościu Niedzielnym”, a potem w kinie pani Elżbieta natknęła się na informację o plebiscycie, od razu pomyślała o Wiesławie Kruszelnickiej. Podzieliła się pomysłem z innymi, opisała jej działalność, zebrała około setki podpisów i wysłała do Wolontariatu św. Eliasza. Wszystko w tajemnicy przed bohaterką.

Pomaganie we krwi

– To wyróżnienie należy się właściwie całej rodzinie, zwłaszcza że ich życie nie było wcale lekkie. Jednak mimo osobistych problemów zdrowotnych oraz ciężkich kolei losu od pani Wiesi i jej bliskich emanuje ciepło, dobro. Na jej twarzy zawsze gości uśmiech, nigdy nie narzeka na swój los – podkreśla Elżbieta Bassy. – Bo to nie tylko pani Wiesława. I jej mama, pani Polakowa, od kiedy pamiętam – zawsze była taka uczynna, i mąż pani Wiesławy, Franciszek, również. Kruszelniccy wszędzie razem pomagają. Jak trzeba było w szkole coś zorganizować, to wystarczyło zwrócić się do nich. Można było im powierzyć jakąś sprawę i nie martwić się o to więcej, bo wiadomo było, że wszystko będzie załatwione jak należy. A widać, że i dzieci i wnuki też to przejmują – opowiada Danuta Łatyszew, dawna nauczycielka z dobiercickiej szkoły.

A życie rzeczywiście ich nie oszczędzało. Maria Polak, urodzona na Kresach, jako kilkulatka straciła matkę. Ojciec powtórnie się ożenił. Wkrótce potem bestialsko zamordowali go banderowcy. Z macochą i jej synem przybyła na Śląsk, tu odnalazła ją i przygarnęła krewna ojca. Zamieszkały w Dobiercicach. Tutejsi mieszkańcy, stali się jej rodziną, tu własnymi rękami pomagała budować szkołę, dbała o kościół przejęty po ewangelikach. Wyszła za mąż, wychowywała cztery córki, angażowała się w działalność społeczną i kościelną, a kiedy zmarł jej mąż, sama prowadziła gospodarstwo. Dziś mieszka z córką Wiesławą i jej mężem, o którym mówi, że lepszego ze świecą by szukać. Nie ma już sił, by czynnie pomagać, ale za to wspiera modlitwą i radą.

Wiesława z Franciszkiem budują zgodne małżeństwo już od 38 lat. Mówi, że nigdy nie usłyszała od niego złego słowa, że się w coś angażuje. Zresztą on też wyniósł z domu podobne wartości. – Kiedy chorował, a potem zmarł ich sąsiad, pan Franek sam z siebie, mimo że jeszcze nie całkiem zdrowy po przebytym udarze, odwiedzał go i doglądał jego kur i gołębi. Gdy ich dzieci chodziły tu do szkoły, a chłopcy byli ministrantami, to jak się coś popsuło, zanosili to ojcu, a on, jako złota rączka, zawsze naprawiał – dopowiada Danuta Łatyszew.

– Podziwiam Wiesię za to, że tak potrafi wyjść naprzeciw. Mnie trudno się otworzyć, mam obawy, co ktoś pomyśli, czy nie przeszkadzam. A ona i cała rodzina dbają o wspólne dobro, nie czekając na pochwały; synowie do odśnieżania drogi do kościoła byli pierwsi, i Franek też – dodaje mieszkająca nieopodal Maria Majda.

Bóg na pierwszym

Z parafią pani Wiesia jest zżyta, bo mieszka tu od urodzenia. Przez 32 lata pracowała w szkolnej stołówce, aż do likwidacji szkoły. Gdy trafiła na zasiłek, zamknięto też zakład, w którym pracował jej mąż. Choć przez pewien czas utrzymywali się tylko z emerytury rolniczej jej mamy, zamiast skarżyć się, powtarzała „Bóg jest dobry”. Ułożyło się. Dziś ma 61 lat, opiekuje się 83-letnią mamą, mężem i domem. A choć dokuczają żylaki i opuchnięte nogi, woli być w ciągłym ruchu i cieszyć się dziećmi, które często odwiedzają rodzinny dom, i wnukami.

Dostrzegania, że coś powinno być zrobione, albo że komuś trzeba pomóc, uczyła się przy mamie. Mówi, że od dziecka zawsze tak się robiło. – I jakoś tak to było, że zawsze udało się i innym pomóc, i zrobić wszystko przy kościele czy w pracy, i zadbać, żeby w domu był obiad i porządek, i dzieci dopilnowane. Jak Pan Bóg jest na pierwszym miejscu, to na wszystko inne też wystarczy sił i czasu. To dobro zresztą wraca.

Jak tu nie pomagać, skoro sami otrzymaliśmy wielkie wsparcie. Najpierw, gdy byłam jeszcze dzieckiem i zmarł mój ojciec, a mama została sama z naszą czwórką. I parę lat temu, gdy tragicznie zginął, utonął, nasz syn, dwudziestoletni wówczas Jacek. Choć nikomu nic nie mówiliśmy, w tym samym dniu nasz dom zapełnił się ludźmi, którzy chcieli jakoś pomóc, okazać współczucie. Pomagali też, gdy chorowała mama czy mąż – przyznaje pani Wiesia.

Dobro promieniuje

– Myślę, że każdy proboszcz życzyłby sobie takich parafian. Dziś często panuje znieczulica, trudno zauważyć u kogoś problem i przyjść z pomocą. A pani Wiesia mimo swojego krzyża dnia codziennego potrafi też podnieść krzyż drugiej osoby i pomóc go dźwigać. Potrafi wyciągnąć pomocną dłoń, podnieść przytłoczonego cierpieniom człowieka i zaradzić problemom, ma serce pełne dobroci. Nie ma nic piękniejszego dla proboszcza, niż gdy widzi, że ludzie potrafią sobie pomagać, wychodzą sobie naprzeciw, są pełni życzliwości i chęci robienia czegoś dla wspólnoty – podkreśla ks. Marek Sojka, proboszcz parafii Nawiedzenia NMP w Łowkowicach.

Kiedy przed kilkoma miesiącami przyjechał tu nie bez obaw, by objąć swoje pierwsze probostwo, przedstawiciel rady parafialnej przywiózł go m.in. do Dobiercic, od razu do domu Kruszelnickich – z zapewnieniem, że u nich otrzyma wszelką pomoc, zarówno w sprawach kościoła filialnego, jak i innych. Podobnie było zresztą z poprzednimi proboszczami. Ks. Sojka też szybko zżył się z nestorką rodu, odwiedzając ją w chorobie z Panem Jezusem. Uśmiecha się, że jest dla niego jak babcia, zasgląda więc do niej często, będąc przejazdem. Cieszy się z wyróżnienia, ale przede wszystkim z takich parafian, dziękując im za tę otwartość i gotowość do pomocy w imieniu lokalnego Kościoła. I z tego, że postawa Kruszelnickich udziela się innym, pobudzając wrażliwość.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.