Liczy się dobro dziecka

O zmianach w postrzeganiu adopcji i problemach związanych z uregulowaniem sytuacji prawnej porzuconych dzieci mówi Zofia Dłutek, dyrektor Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego w Warszawie.

Maciej Kalbarczyk: Nie ma Pani wrażenia, że słowo „adopcja” jest od jakiegoś czasu nadużywane?

Zofia Dłutek: To prawda. Kiedy słyszę o adopcjach ptaków, pszczół, psów czy kotów, to podnosi mi się ciśnienie. ­Adopcja to inaczej usynowienie. To bardzo poważna sprawa, a nie znalezienie opiekuna dla jakiegoś zwierzątka. Pracując w ośrodku adopcyjnym, wychodzimy z założenia, że każde dziecko ma prawo do posiadania kochających, dających mu poczucie bezpieczeństwa rodziców. Robimy wszystko, żeby takich znaleźć. W pierwszej kolejności staramy się jednak pomóc matkom, które chcą oddać swoje dzieci do adopcji. Pytamy, co możemy zrobić, aby mimo wszystko zdecydowały się samodzielnie je wychować.

Działają Państwo już od 25 lat. Jak przez ten czas zmieniało się podejście Polaków do adopcji?

Mamy do czynienia z ogromną zmianą. Po pierwsze kandydaci na rodziców ­adopcyjnych zaczynają rozumieć, że priorytetem jest otoczenie dziecka opieką, a nie spełnienie ich marzeń o rodzicielstwie. Po drugie standardem staje się jawność adopcji. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych dzieci dowiadywały się o tym, że są adoptowane dopiero po wejściu w dorosłość. Rodzice tłumaczyli, że wcześniej nic nie mówili, bo nie chcieli robić im przykrości. Dzisiaj wiemy, że dzieci powinny jak najwcześniej poznać prawdę. Z badań naukowych wynika, że brak jawności adopcji wpływa negatywnie na relacje rodzinne. Mówimy o tym podczas szkoleń dla rodziców adopcyjnych.

Wcześnie poinformowane dziecko nie będzie czuło się gorsze od swoich rówieśników?

Jeśli rodzice będą mówić o tym pozytywnie, to na pewno nie. Jedna z kobiet, którą przygotowywałyśmy do adopcji, wytłumaczyła to swojemu synowi w ten sposób: „Niektóre dzieci rodzą się z brzuszka, a inne z serduszka”. Kiedy chłopczyk poszedł do szkoły, z dumą oznajmił nauczycielce i kolegom z klasy, że kiedy nie miał domu, rodzice przyjęli go do siebie. Powiedział, że bardzo cieszy się z tego, że jest „z serduszka”. Trzeba jednak pamiętać, że szybkie wyznanie dziecku prawdy nie załatwia sprawy. Prędzej czy później pojawi się w nim potrzeba odkrycia własnych korzeni, a także smutna refleksja, że ktoś go kiedyś nie chciał. Rodzice muszą być gotowi na kolejne rozmowy. W takich sytuacjach jako ośrodek służymy pomocą.

Jakie pary wyrażają zainteresowanie adopcją?

Nie brakuje małżeństw, które mają już jedno dziecko i chciałyby mieć kolejne, ale przeszkody biologicznie im na to nie pozwalają. Zdarzają się także pary, które uważają, że świetnie sprawdzają się w roli rodziców i są gotowe na przysposobienie trzeciego lub nawet czwartego dziecka. Są też osoby samotne, które bierzemy pod uwagę na samym końcu. Jednak zdecydowanie najwięcej przychodzi do nas par, które nie mogą mieć własnych dzieci. Bezpłodność dotyka już ponad 20 proc. małżeństw.

Jak przekonać je do tego, żeby zdecydowały się na adopcję, a nie na procedurę in vitro?

Pracę warto rozpocząć już na kursach przedmałżeńskich. W ramach niektórych z nich odbywają się spotkania z rodzicami, którzy adoptowali dzieci. Oni pokazują tym młodym ludziom, że macierzyństwo i ojcostwo to dar od Boga. Wiele par nie dopuszcza do siebie myśli o ewentualnej bezpłodności i zastanawia się tylko nad tym, jak nie zajść w ciążę w nieodpowiednim – jak im się zdaje – momencie. Tymczasem może okazać się, że te małżeństwa nie mogą mieć dzieci, a lekarz po kilku wizytach zaproponuje in vitro, które, jak wiemy, jest procedurą nieetyczną i mało skuteczną. Istnieje jednak szansa, że odrzucą ten pomysł, mając w pamięci doświadczenie spotkania ze szczęśliwymi rodzicami adopcyjnymi. Może przemyślą sprawę i przyjdą do nas…

Wszystkie osoby, które pragną przysposobić dziecko, muszą przejść procedurę adopcyjną, która trwa średnio dwa lata. W 2018 r. kontrolerzy NIK stwierdzili, że to zbyt długo. Czy mieli rację?

W mojej ocenie podczas badań prowadzonych w ramach kontroli NIK popełniono błędy. Przy obliczaniu średniej wzięto pod uwagę np. sytuacje rodziców, którzy zawiesili proces adopcyjny, wydłużając go na własne życzenie. Nawet jeśli przyjmiemy, że od momentu zgłoszenia się kandydatów na rodziców do ośrodka adopcyjnego do orzeczenia przez sąd adopcji dziecka mijają zwykle dwa lata, to uważam, że to nie jest zły wynik. To czas potrzebny na zdiagnozowanie oraz przeszkolenie kandydatów. Pamiętajmy, że decydujemy o życiu dzieci, które przeszły traumę, zostały porzucone, zaniedbane, skrzywdzone, wykorzystane. Kandydaci na rodziców muszą mieć nie tylko wystarczające warunki czy dobrą wolę, ale także odpowiednie kwalifikacje osobiste, wiedzę i kompetencje. Nad tym pracujemy podczas szkolenia.

Według NIK jedną z przyczyn wydłużania się procesu adopcyjnego są dodatkowe wymagania stawiane rodzicom przez niektóre ośrodki.

Nasz ośrodek działa zgodnie z prawem. Prosimy kandydatów m.in. o odpis aktu małżeństwa, PIT, zaświadczenie o niekaralności. Czy to są jakieś nadzwyczajne dokumenty? Według Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego do adopcji mogą przysposobić się małżonkowie dający rękojmię właściwego wychowania dziecka. Jednym z jej elementów jest dobry stan zdrowia. Zgodnie z prawem wymagamy od kandydatów zaświadczenia od lekarza pierwszego kontaktu. On jednak nie zawsze jest poinformowany o przebytej chorobie onkologicznej lub leczeniu psychiatrycznym osoby pragnącej wziąć pod opiekę dziecko. To realna przeszkoda w adopcji. Uważamy, że rządzący powinni przyjąć przepisy umożliwiające ośrodkom adopcyjnym uzyskiwanie dokumentów z poradni specjalistycznych, w których leczą się przyszli rodzice.

W Polsce przeprowadza się także adopcje zagraniczne. Niektórzy twierdzą, że to furtka do handlu dziećmi.

Zupełnie niesłusznie. Warto zdawać sobie sprawę z faktu, że zagraniczni kandydaci na rodziców adopcyjnych muszą spełnić szereg wymagań: finansowych, mieszkaniowych, zdrowotnych itd. Dopiero po otrzymaniu pozytywnej decyzji służb socjalnych, a często sądu rodzinnego, mogą zgłosić się do organizacji akredytowanej na terenie naszego kraju przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Pokonują dłuższą drogę do adopcji niż polscy kandydaci. Najwięcej z nich pochodzi z Włoch i USA. Obecnie przeprowadza się rocznie kilkadziesiąt takich adopcji. W procedurze biorą udział wyłącznie dzieci, dla których nie udało się znaleźć rodziny adopcyjnej w Polsce. Często cierpią na różne choroby, ich rozwój jest zaburzony. Czasami to wieloosobowe rodzeństwa. Lepiej umieścić je na całe życie w placówkach czy stworzyć im możliwość wychowania w rodzinie?

W latach 2015–2017 w tzw. pieczy zastępczej przebywało prawie 75 tys. dzieci, ale tylko ok. 6 tys. zostało zakwalifikowanych do adopcji. Dlaczego tak mało?

Problem tkwi w nieuregulowaniu sytuacji prawnej większości dzieci znajdujących się w pieczy zastępczej. Sądy rodzinne niechętnie pozbawiają władzy rodzicielskiej. Bywa, że regulowanie sytuacji prawnej trwa w nieskończoność, a często wystarczyłoby podpisanie przez sędziego uprawomocnienia postanowienia lub ustanowienie opiekuna prawnego. Dla dobra dziecka państwo powinno działać skuteczniej. Często słyszę, że trzeba dać szansę matce biologicznej, ale te miesiące i lata czekania na jej zmianę oznaczają pozbawienie dziecka możliwości rozwoju. Z perspektywy osoby dorosłej to kilka lat, a dla dziecka – całe życie. Przez ten czas w jego psychice dokonują się zmiany, które trudno cofnąć. Są też dzieci, które pomimo uregulowania sytuacji prawnej pozostają w pieczy zastępczej do osiągnięcia pełnoletności. Wiele z nich nie chce po raz kolejny zmieniać opiekunów, zdążyły się do nich przywiązać. Tracą nadzieję i zdolność do tego, aby tworzyć głęboką, rodzinną więź.

Konsekwencją opieszałości sądów jest fakt, że liczba dzieci zakwalifikowanych do adopcji jest ciągle mniejsza niż liczba pragnących je przyjąć rodzin.

Na pewno więcej dzieci pozbawionych opieki biologicznych rodziców powinno trafiać do adopcji, ale kandydatów na rodziców musi być więcej. Spośród zakwalifikowanych rodzin wybieramy taką rodzinę, która zaspokoi potrzeby dziecka i bezwarunkowo zaakceptuje jego trudną historię. Najczęściej okazuje się, że to jest właśnie ten wyczekiwany synek lub córeczka. Później zaczyna się codzienne życie.•

Katolicki Ośrodek Adopcyjny w Warszawie

Został powołany w 1994 r. z inicjatywy Ruchu Obrony Życia im. Księdza Jerzego Popiełuszki przez biskupa warszawsko-‑praskiego Kazimierza Romaniuka. Jego zadaniem jest ratowanie poczętych dzieci przed porzuceniem przez biologiczne matki oraz przed umieszczeniem ich w państwowych placówkach opiekuńczych. Ośrodek służy także pomocą w zakresie przygotowania kandydatów na rodziców adopcyjnych. W ciągu 25 lat swojego istnienia placówka przeprowadziła 3,5 tys. adopcji.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg
  • paszczyk2
    28.10.2019 15:31
    Dobrze wiedzieć, że nie jestem sam w tym poczuciu niesmaku, gdy ktoś bezmyślnie używa terminu "adopcja" w odniesieniu do zwierząt. A jest to bardzo powszechne nadużycie, wynikające z nieudolnego tłumaczenia angielskich kliszy.
  • paszczyk2
    29.10.2019 15:29
    Może ja Dremorowi wyjaśnię mniej filologicznie, a bardziej dosadnie: ze względu na uczucia osób, które zostały adoptowane, bo nie miały tego szczęścia wzrastania we własnym domu i w miłości Taty i Mamy, aby żadne takie dziecko (czy osoba już dorosła) nie poczuło się porównywane do chomika czy pluskwy, w mojej obecności proszę nie używać słowa "adopcja" w odniesieniu do zwierząt czy przedmiotów martwych. Jeżeli ktoś z czytających nadal będzie używać zlepków słownych typu "adoptować kota", powinien się zastanowić, czy nie rani to uczuć innych ludzi.
Komentowanie dostępne jest tylko dla .