Drużyna Kamila

– Wciąż trudno mi uwierzyć, że w naszym interesownym świecie są młodzi ludzie, którzy bezinteresownie robią coś dla potrzebujących – mówi Agnieszka Kobyłecka.

Reklama

O tym, jak bardzo NFZ nie spełnia swojej funkcji, wiedzą ci, którzy choć raz potrzebowali natychmiast dostać się do specjalisty. 100-proc. znajomość kulejącego systemu leczenia mają pacjenci latami oczekujący na operacje. Jednak prawdziwym dramatem staje się sytuacja, gdy ratujących życie zabiegów nie można wykonać w Polsce, a leczenia poza granicami kraju NFZ nie obejmuje. I kiedy to niezbędne leczenie dotyczy małych dzieci. W takiej właśnie sytuacji znalazła się Agnieszka Kobyłecka, której 8-letni syn Kamil w lipcu wyjedzie do Niemiec, bo tylko tam znaleźli się lekarze mogący uratować mu życie.

Światełko w tunelu

Kamil jest żywym i pogodnym dzieckiem. Tak, jak dla większości chłopców w tym wieku, jego największą pasją są samochody. Lampka, dywan, żyrandol – wszystko z autami. Jedyna rzecz, jaka różni go od rówieśników, to zakaz męczenia się. Kami urodził się z chorobą HLHS – jednokomorowym sercem. Nie ma lewej, tej silniejszej, komory. Przez to jego organizm jest słabo dotleniony, szybko się męczy. Za Kamilem są 4 operacje i wielokrotne cewnikowanie serduszka. Operacja, do której teraz się przygotowuje, powinna była być wykonana do 3. roku życia. Problem polega na tym, że zbyt wąskie tętnice nie kwalifikują go do leczenia w Polsce. Jedynym człowiekiem, który podjął się operowania chłopca, jest dr Edward Malec, Polak pracujący w Niemczech. Kolejnym problemem okazały się pieniądze. Koszt operacji i pobyt w klinice wyniesie ok. 180 tys. zł.

– Na początku byłam załamana – opowiada mama Kamila. – Zastanawiałam się, skąd wziąć takie pieniądze. Jesteśmy pod opieką Fundacji „Chodźmy razem”, ale 180 tys. to bardzo dużo, a wykonanie operacji jest jedynym sposobem na to, żeby Kamil żył. Teraz, gdy przygotowujemy się do wyjazdu, odżywają we mnie wspomnienia sprzed lat, kiedy w pierwszym roku życia na sercu Kamila wykonano 3 operacje. Potem mieliśmy 4 lata przerwy i w wieku 5 lat syn przeszedł kolejny zabieg. Organizm Kamila nad wyraz dobrze radzi sobie z chorobą, dlatego nie musimy regularnie leżeć w szpitalu. Przyjeżdżamy tu tylko na kontrole i cewnikowanie serduszka – tłumaczy pani Agnieszka, mama Kamila, Patrycji i Martynki.

I właśnie wtedy, gdy pytanie: „Skąd wziąć pieniądze?” nie dawało jej spać po nocach, zadzwonił Tomasz Gołębiewski i opowiedział o swoim pomyśle zebrania potrzebnej kwoty poprzez... jazdę na rowerze. Pomysł, choć szalony, spodobał się mamie Kamila, która wspomina, że na początku miewała chwile zwątpienia i zastanawiała się, czy uda się zebrać tak dużą sumę pieniędzy. Dziś, po kilku miesiącach od telefonu Tomka, jest pewna, że pieniądze będą na czas i dzięki temu 10 lipca Kamil będzie operowany.

Może do Gdańska?

– Zawsze marzyłem o tym, by do swoich 30. urodzin zrobić coś szalonego – opowiada T. Gołębiewski, pomysłodawca akcji „Rowerem po zdrowie”. – Wymyśliłem, że pojadę rowerem ze Skierniewic do Gdańska w 24 godziny, mimo że na co dzień nie pedałuję regularnie. Zgłosiłem się do znajomego trenera personalnego Macieja Gałki, żeby mnie przygotował. Okazało się, że sam chętnie się przyłączy. Kiedy spotkaliśmy się w „Alhambrze”, by obgadać szczegóły, dosiadł się nasz kolega Kuba Kozłowski, który też nabrał ochoty na ten ekstremalny wyjazd. Wtedy pomyślałem, że skoro jest już nas trzech, trzeba nadać akcji jakiś cel, który – oprócz spełnienia marzeń – będzie też z pożytkiem dla innych. W tym czasie kilkuletni bratanek mojego kumpla zachorował na białaczkę, więc zdecydowałem, że nagłośnię akcję i zbiorę pieniądze na jego rehabilitację. Okazało się jednak, że zebrali już potrzebną gotówkę. Zadzwoniłem do redakcji jednej z gazet, gdzie ogłaszają się rodziny objęte pomocą fundacji. Tam polecono mi Kamila – wspomina pan Tomek.

I tak się zaczęło. Początkowo pani Agnieszka podchodziła do sprawy z pewnym dystansem, ale kiedy akcja nabrała tempa, zaczęła wierzyć w to, że ten nietuzinkowy pomysł może się udać. Jedną z pierwszych rzeczy, o którą zatroszczył się pan Tomek, był rozgłos medialny. Dziś o akcji „Rowerem po zdrowie” mówią dziennikarze w rozgłośniach radiowych lokalnych i ogólnopolskich, rozpisują się gazety, a niebawem ukaże się program na kanale TVP1. – Na początku nic nie wiedziałem o tego typu zbiórkach, wszystkiego uczyłem się na bieżąco i nie spodziewałem się, jak wiele zachodu będzie mnie to kosztować – opowiada 29-letni pomysłodawca. – Kiedy będę organizował kolejną akcję charytatywną, pójdzie znacznie łatwiej – śmieje się.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama