Stypendium, roboty i wolontariat

Gdyby nie mama, proboszcz i stypendyści, mógłby nie być w tym miejscu, w którym dziś jest. A tak student z niewielkiej wsi może konsekwentnie realizować swoje życiowe pasje i marzenia.

Reklama

Takiego ulubionego świętego to chyba nie mam. Jednak wielu mnie inspiruje. Święty Franciszek z Asyżu – ta pogoda ducha, którą emanował... Święty Kamil de Lellis – sympatyzuję z nim nie tylko przez wzgląd, że to mój patron, ale także dlatego, że zmienił hulaszczy tryb życia na bardzo religijny. Święty Jan Paweł II – papież Polak największy pośród naszego narodu, tak cierpliwie znosił ból… Myślę, że chciałbym dążyć do bycia po części każdym z nich i dlatego są dla mnie pewnym wzorem do naśladowania – mówi na początek rozmowy Kamil Klimkowicz z Przyborowa oddalonego o trzy kilometry od Nowej Soli.

Najlepsza ładowarka

Kamil jest stypendystą papieskiej Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”. Został nim dzięki dwóm osobom. – Po pierwsze dzięki mojej mamie, która zawsze dbała, bym mógł rozwijać swoje pasje, i wspierała mnie od najmłodszych lat. Śmiało mogę powiedzieć, że gdyby nie ona, to nie wiem, czy byłbym dzisiaj tym, kim jestem, czy w ogóle bym studiował. Drugą osobą był mój ówczesny proboszcz z rodzinnej parafii, ks. kan. Józef Adamczak. To on pielęgnował we mnie wiarę i pobożność, wspierał na różne możliwe sposoby. Tych dwoje wielkich ludzi pomogło mi skompletować i wysłać dokumenty. I tak od 2007 roku otrzymywałem najpierw wsparcie finansowe z Diecezjalnego Funduszu Stypendialnego im. bp. Adama Dyczkowskiego, a od 2009 roku z Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia” – wyjaśnia Kamil.

Mieszkaniec Przyborowa nie ukrywa, że początkowo stypendium wiązało się wyłącznie z wymiarem materialnym. Za otrzymywane pieniądze kupił komputer, który służył mu do nauki i rozrywki. – Wszystko jednak zaczęło nabierać innych barw na pierwszym wspólnym diecezjalnym spotkaniu. Na początku byłem strasznie onieśmielony. Tłum ludzi rzucających się sobie na szyję i cieszących się ze swojego widoku. Dla mnie to był szok! A do tego ten „tłum” cały czas pytał mnie, kim i skąd jestem – opowiada Kamil i kontynuuje z rozbrajającą szczerością: – Musiałem więc przełamywać swoje bariery i wyjść z własnej strefy komfortu. Na początku musiałem, a później już tylko tego pragnąłem, rozmawiać i cieszyć się razem z ludźmi, którzy tak jak ja, w swoim środowisku byli pewnego rodzaju wyrzutkami. Nie chodzi mi oczywiście o negatywny sens tego słowa. Raczej o to, że większość naszych rówieśników ze szkół i podwórka tak nas postrzegała, bo jesteśmy ambitni, chodzimy do Kościoła, a to już wtedy zaczęło się robić niemodne.

W pamięci do dziś pozostają pierwsze Msze św. ze wspólnotą diecezjalnych stypendystów. – Coś nowego, coś innego, coś naprawdę pięknego. Powiem, że nigdy tak się nie czułem! Radość ducha, takie drżenie, które po dziś dzień odczuwam, gdy uczestniczę w pełni we Mszy świętej. Gdy nadchodzą chwile zwątpienia i kryzysy, takie obozy i spotkania są jak ładowarka do akumulatorów. Ładują taką potężną moc w człowieka, ożywiają wiarę w Boga i w sens życia – mówi z przekonaniem.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama