Rozmawiajmy o in vitro

Na temat tego, jak wygląda na świecie dyskusja o in vitro i jakie sygnały świadczą o tym, że nie jest to bezpieczna metoda dla człowieka, z prof. Andrzejem Kochańskim

Mariusz Majewski: Czuje się Pan obiektem nagonki za wskazywanie, że z punktu widzenia genetyki zapłodnienie pozaustrojowe może stanowić zagrożenie dla człowieka?

Prof. Andrzej Kochański: Chyba nie wyglądam na bardzo przybitego. (śmiech) Politycy Bartosz Arłukowicz czy Leszek Miller atakują mnie personalnie, zamiast przedstawiać jakieś kontrargumenty. Na szczęście czasy, w których egzekutywa decydowała o losach uczonego, już nie wrócą, i Leszek Miller powinien to wiedzieć. Z tym, co przedstawiam, próbuje się walczyć za pomocą oświadczenia Dyrekcji Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN, który rzekomo się ode mnie odcina. Rozmawiałem z dyrektorem instytutu. Instytut nie neguje moich kompetencji. Oświadczenie mówi jedynie o tym, że badania, o których mówię, nie były realizowane w Instytucie.

Według dużego dziennika: „ekspert episkopatu jeździ po Polsce i straszy autyzmem i niepełnosprawnością intelektualną”. Chodzi o Pana wykład dla samorządowców z Częstochowy.

Ciekawe, że „Gazeta Wyborcza”, przywołując wykład, pomija istotną w tym kontekście rzecz. W międzyczasie odbył się Polski Kongres Genetyki. Na sali było wielu profesorów genetyki. Spodziewałem się merytorycznej dyskusji.

I to merytoryczne grono przyjęło mój wykład. Nikt nie wytknął mi rażących błędów. Tymczasem jeden z profesorów bez żadnego doświadczenia w genetyce klinicznej powiedział, że „to są właśnie dane, które prof. Kochański zaniósł do episkopatu”. Trudno skomentować wypowiedź na takim poziomie.

Obserwuje Pan niepokojące sygnały, które wskazują, że in vitro nie jest bezpieczną procedurą. Jakie to sygnały?

Przyglądam się temu jako praktykujący lekarz genetyk i jako naukowiec. Lekarz ma oczywiście obserwację mikro. Można postawić mi zarzut, że stykam się w poradni wyłącznie z chorymi dziećmi. To prawda. Dlatego nie mówię, że wszystkie dzieci z in vitro będą miały jakieś problemy, tylko że w poradni genetycznej ten problem wypływa. Z tej małej obserwacji widzę, że jeżeli już pojawiają się jakieś problemy, to nie są to drobne rzeczy.

Na czym opiera Pan swoje obserwacje?

Podam jeden z wielu przykładów. Diagnostyka preimplantacyjna, stosowana niekiedy w ART (techniki wspomaganego rozrodu), polega na pobraniu jednej komórki z zarodka celem poszukiwania groźnych mutacji. To tylko część prawdy. Pojawiły się wyniki badań, w tym polskich uczonych, które wskazują, że usunięcie jednej komórki z zarodka mysiego skutkuje zaburzeniami zachowania u zwierząt (zachowania lękowe), które rozwinęły się z takiego zarodka. I to jest druga część prawdy. W medycynie nie lekceważy się wyników badań uzyskanych na modelu zwierzęcym. Czy względem ART nie są stosowane ogólnie przyjęte w medycynie zasady? Co z tego, że pozbyłem się groźnej mutacji, skoro niewykluczone, że na miejsce jednej choroby wprowadzam drugą.

Często można usłyszeć, że to stan zdrowia rodziców odpowiada za negatywne skutki in vitro, a nie procedura.

Trzeba temu stanowczo zaprzeczyć. Na przykład u dzieci urodzonych z zapłodnienia pozaustrojowego stwierdza się podwyższone wartości ciśnienia tętniczego krwi oraz podwyższony poziom glukozy na czczo. Autorzy opracowania podkreślają, że nie da się tego wyjaśnić problemami zdrowotnymi rodziców, gdyż populację dzieci po in vitro porównywano z dziećmi urodzonymi z poczęcia naturalnego z rodziców, u których wystąpiły zaburzenia płodności. Oznacza to, że problemy zdrowotne rodziców dzieci z in vitro tylko po części wyjaśniają przyczyny chorób ich dzieci. Dysponuję opracowaniem naukowym, w którym odsetek wad występujących u dzieci urodzonych z in vitro sięga 30 proc.

Prof. Waldemar Kuczyński, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu, krytykując Pana, stwierdza: „Nikt nie neguje tego, że u potomstwa par leczących zaburzenia rozrodu dochodzi do częstszego występowania niektórych wad wrodzonych. Tak samo jak w populacji cukrzyków rodzi się więcej cukrzyków niż w populacji osób zdrowych. Nikt rozsądny nie próbuje jednak twierdzić, że winę za to ponosi insulina”.

Analogia insulina – in vitro, porównanie leku z procedurą jest nadużyciem. Nie godzę się na to, by dopuszczalne było mówienie o in vitro tylko w jeden „słuszny” sposób. Jako naukowiec mam obowiązek przedstawiać realny stan rzeczy. Tymczasem wątpliwości nie są już nawet ignorowane, ale zwalczane, wyszydzane. Dochodzi do tego, że lider SLD podważa kompetencje profesora medycyny.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • blef105
    13.11.2013 13:04
    Tu nie ma o czym juz rozmawiać. Dosyc żeśmy sie już nagadali. Teraz trzeba skonczyć z wolną amerykanką i uchwalic ustawę i ramy prawne dla stosowania metody in vitro.
  • Tosia
    01.08.2014 18:35
    Metoda in vitro to czasem jedyne wyjście, dla tych którzy chcą mieć dziecko. http://narodowadebata.pl/zaplodnienie-in-vitro-zlo-konieczne/
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.