Miłość to ciężka praca

O miłości, poświęceniu i receptach na zgodne życie w małżeństwie z Elżbietą i Krzysztofem Zanussimi.

Ale zwraca Pani uwagę mężowi, żeby był lepszy.

K.Z.: Bo trzeba się starać, żeby współmałżonek był lepszy, ale nie oczekiwać, że będzie idealny. Jeżeli ma jedne cechy, to nie może mieć drugich, a my myślimy: jak to byłoby cudownie, gdyby spełniał te wszystkie oczekiwane. A przecież to niemożliwe. E.Z.: Poza tym, prawdę powiedziawszy, w życiu można by się prawdopodobnie zakochać ze 150 razy i próbować, czy z kolejnym partnerem będzie lepiej. Ale to jest założenie idiotyczne, bo prowadzi do całkowitego rozpadu. K.Z.: Pamiętam, że jak miałem dopiero 60 lat, zaproszono mnie do rosyjskiego programu telewizyjnego na żywo. Prowadząca go panienka z naiwnością zapytała, dlaczego jestem tylko z jedną żoną. „Jest pan znany, bogaty, zna piękne kobiety, mógłby pan mieć takie ciekawe życie” – argumentowała. Kiedy odpowiadałem, jako przykład przyszła mi do głowy gra „Monopoly”, do dziś uważam, że to była interwencja Ducha Świętego. Wtedy wszyscy się nią pasjonowali, wiec wiedzieli, że aby w niej wygrać, trzeba zdobyć jak największą ilość punktów. Powiedziałem jej, że my z żoną zdobyliśmy bardzo dużo punktów i jakby to trzeba było skasować, to zostałoby zero, a z nową partnerką już nigdy tylu punktów nie zdobędę. To było takie zilustrowanie tezy, że miłość to ciężka praca, a nie nagły poryw namiętności. Z namiętnościami mamy doświadczenie, obserwując nasze psy na wiosnę. E.Z.: Miłość to stały rozwój, który się osiąga ciężkim wysił- kiem.

Czy wzajemnie pokazujecie sobie kierunek tego rozwoju, czy jedno prowadzi?

E.Z.: Pędzimy w tym samym kierunku po dwóch prostych równoległych. K.Z.: Najważniejsze, że wiemy, w jaką stronę zdążamy, w kierunku dobra, piękna. Jest jeszcze jedno, co bardzo się liczy w małżeństwie – to podobny gust do ludzi. Niemożliwe, żebym ja sądził na temat kogoś, że jest pięknym, wspaniałym człowiekiem, a żona twierdziła, że lepiej go nie zapraszać do domu, bo nie ma z nim o czym mówić. E.Z.: Wszystkich mężczyzn – przyjaciół Krzysztofa ceniłam i lubiłam. Przecież w przyjaciołach, ludziach pięknych, odnajdujemy zbiór cech, za którymi sami tęsknimy.

A jakie cechy odziedziczyliście po rodzicach?

E.Z.: Mam potworne kompleksy, że wszystko, co było przede mną, jest lepsze od tego, co my reprezentujemy. Dla pięciu generacji moich przodków – Czetwertyńskich i Grocholskich – których historie znam, liczyła się ojczyzna i miłość do niej. Wiedzieli, że ryzykują dla niej wszystko, ale się nie wahali. Wielu z nich zostało zesłanych na Sybir, zabitych przez komunistów, zabrano im majątki. Mój ojciec był cudowny – oświadczył się mamie, lecąc samolotem. Nad jej majątkiem na Lubelszczyźnie rzucił ukochanej z góry bukiet kwiatów. Mam siedmiu braci, wszyscy mają udane małżeństwa, dbali o żony, dzieci, nie rozwiedli się. To świadczy o tym, że ojciec był w naszej rodzinie obecny. Niestety, ja zatruwałam mu ostatnie lata swoją młodzieńczą, zbuntowaną głupotą. Buntowałam się, kiedy kazał mi rozplątywać sieci, bo łowił ryby, żebyśmy mieli co jeść. Żeby usprawiedliwić swoje wymagania wobec mnie, opowiadał mi, jak ze swoim ojcem w dzieciństwie szedł ścieżką. Jego ojciec kroczył wydeptaną trasą, a on w krótkich spodenkach szedł w pokrzywach. Pytałam ojca, po co? Odpowiadał, że tak hartował się jego charakter. Mama była święta, robiła wszystko dla naszej dziesiątki i ojca. Podczas wojny godziła się na działalność ojca w podziemiu, na jego nieobecność, i sama bohatersko zajmowała się nami, a kiedy starsze rodzeństwo szło do powstania, nie zatrzymywała ich. Po wojnie, w strasznej biedzie, żebyśmy przeżyli, musiała nas żywić kaszą psią ze śmietaną, od naszej krowy. K.Z.: Mam całkiem odmienne doświadczenie. U żony na dziesięcioro dzieci było dwoje rodziców, u mnie dwoje na jednego chłopca. Jedynactwo jest zawsze defektem charakteru. Po mamie odziedziczyłem wytrwałość i systematyczność. Ojciec był wulkaniczny, więc szybko się nauczyłem, że to się nie opłaca. Przez swoją gwałtowność został aresztowany, bo na przykład wygonił z budowy rosyjskich specjalistów. Nie chodził w demonstracjach, ale wielokrotnie za podobne „przestępstwa” lądował w areszcie na tydzień albo dwa, co się odbijało na domu. Swoją pracę inżyniera (wznosił Dworzec Centralny w Warszawie – dop. red.) traktował jako dopust Boży. W duchu był artystą, świetnie śpiewał, marzył o muzyce, architekturze. Był kapitalnym opowiadaczem, to po nim mam tę umiejętność. Natomiast nieustannie pozostawaliśmy w konflikcie przez tę naszą gwałtowność. Wielokrotnie przywoływałem jego postać w moich filmach. Myślałam, że jak się w ten sposób z nim rozprawię, odszczeknę mu się, to on to zauważy i coś przemyśli. Ale on tego nie widział.

Którzy Pana bohaterowie używali jego powiedzonek?

K.Z. – „Mój syn się marnuje” mówił w „Życiu rodzinnym” Jan Kreczmar, właśnie dlatego, że tak zwykle mówił o mnie ojciec podczas spotkań rodzinnych. Nazywał moje filmy „fikotyłkami”. To było kolokwialne, przedwojenne słowo używane na określenie variétés. Uważał, że jak się biorę za jakieś widowisko, ono nie przypomina dzieł Osterwy, ale variétés. Z czasem zaczął chwalić mnie za plecami, ale osobiście nigdy mi tego nie powiedział.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama