Piękno z każdego okna

– Jesteśmy drugi raz na dorobku – mówi Marianna Palewicz. Po pięćdziesiątce wraz z mężem uciekła z bloku w Sejnach i założyła gospodarstwo agroturystyczne Słoneczny Stok w Półkotach. Ta nazwa przyśniła się jej, zapowiadając nowy etap życia.

Kiedy z drogi do Sejn zjeżdżamy do Półkot, tuż nad maską samochodu przelatuje bocian, jakby chciał się pochwalić każdym piórem rozpostartych skrzydeł. Na ganek z czerwonej cegły wychodzą Majka (tak mówi do Marianny mąż) i Krzysztof Palewiczowie. Jak w bajce witają nas w gęstwinie nieziemsko pachnących róż. Jednak już pięć lat prowadzą swoje gospodarstwo i dobrze wiedzą, że praca w nim to nie bajka. Mają jeszcze kredyty do spłacenia i każdego dnia ręce pełne pracy, ale są zadowoleni ze swojego wyboru. W budynkach pozostałych po gospodarstwie prowadzonym przez rodziców Krzysztofa i nowych domkach udostępniają miejsca dla 18 gości. Ich ziemia schodzi do jeziora Berżnik jak fala. Zresztą tak wygląda cały ukształtowany przez lodowiec sejneński krajobraz.

– Nasz stok i jezioro są zwrócone na południe – pokazuje Krzysztof. – Zamiast szumu samochodów cały rok słuchamy, jak śpiewa wiatr; wiosną i latem – skowronki, a zimą, na jeziorze, dzwoneczki lodu – opowiada Majka. Kiedy przychodzą silne mrozy i pęka lód, Berżnik zaczyna gwizdać. Majka nie wypuszcza się na jezioro, bo nie umie pływać, ale chodząc po zamarzniętej tafli, oglądała jego wnętrze. To zbiornik pierwszego stopnia czystości wody, dlatego latem jest turkusowy – jak oczko pierścionka.

Słoneczny Stok uruchomili pięć lat temu, ale już wypracowali sobie markę. Przyjeżdżają do nich goście nie tylko z Polski, ale i ze Skandynawii, Łotwy, Niemiec. Często zatrzymują się w drodze do Wilna. Nie tylko dlatego, że Mazury stały się zatłoczone, ale ze względu na gospodarzy. – Bo my kochamy ludzi, to podstawa – mówi Krzysztof. – Oni przyjeżdżają nie tylko do miejsca, ale i do nas. Dlatego lubimy sobie z nimi porozmawiać, zwyczajnie, o życiu. Czasem przy soczewiakach albo babce ziemniaczanej upieczonej przez Majkę – dodaje. Jak na Półkoty przystało, towarzyszą im cztery koty i pies Ben.

Wroniarz

Krzysztof urodził się kilka domów stąd: – Półkoty to wieś na kilkanaście kominów. Ziemia trudna, pofałdowana. Raz, kiedy jechaliśmy z ojcem przez Równinę Augustowską, powiedział: „Krzysiek, jakie to piękne miejsce”. A tam pole jak stół. Ale on oceniał je pod kątem uprawy – tłumaczy. W szóstej klasie podstawówki Krzysztof dostał w prezencie smienę i zaczął fotografować kolegów, rodziców, dziewczyny, ptaki. Najlepiej wychodziło mu utrwalanie przyrody: – Najpierw pomagałem w gospodarstwie, potem uganiałem się za ptaszkami. Zbudowałem w zagajniku budkę na drzewie i fotografowałem wrony – opowiada. Wtedy od ojca dostał przydomek „wroniarz”. Nie za bardzo miał skąd czerpać wiedzę o tym, „jak to się robi”. Włodzimierz Puchalski pisał o fotografowaniu zwierząt, ale robił to poetycko, dając niewiele pożytecznych wskazówek. – Praktyki można się było nauczyć, będąc myśliwym – wyjaśnia. – Każdy fotograf przyrody musi poznać zasady, wiedzieć, jak podejść zwierzęta. Najważniejsze, że nie może zbliżać się do nich z wiatrem, a ścieżki powinien wcześniej oczyścić z gałązek. Dobrze wiedzieć, że na starego kozła trzeba czaić się godzinami, bo za każdym razem wychodzi w innym miejscu, nie tak jak młode.

Krzysztof zaczął myśleć o fotografii na poważnie, ale wzięto go do wojska, w Sudety. W 1980 roku na dyskotece w klasztorze zamienionym w ośrodek kultury poznał Majkę. To była miłość od pierwszego wejrzenia. – Kiedy na chwilę zniknęła mi z oczu, zacząłem się bać, że ją stracę – wspomina. – To był chłopak przystojny, z gitarą, na szczęście pozostał taki do dziś – uśmiecha się Majka. – Nawet ten jego kucyk mi się podoba.

Pobrali się po roku, w listopadzie. – U nas wszystko się dzieje w listopadzie, myśmy się wtedy urodzili, syn Konrad też – mówi. – Kiedy ogłoszono stan wojenny, Krzysztof dostał wezwanie do jednostki, tak że nasza podróż poślubna trwa do tej pory.

Majka skończyła Akademię Rolniczo-Techniczną w Olsztynie. Szybko dostała etat w szkole – najpierw uczyła przedmiotów rolniczych, potem chemii. Krzysztof, zamiast kupić sztucer i zostać myśliwym, pieniądze zarobione na saksach zainwestował w pentacona. – To był dobry wybór, przecież ty byś nie umiał strzelić do sarny – wtrąca żona. Swoimi zdjęciami zaczął konkurować ze sławami takimi jak Łapiński czy Sawicki. Dostawał zamówienia nie tylko od „Przyrody Polskiej”, ale i pism niemieckich, takich jak „Wild und Hund” czy „Pirsch”. – Miałem tu pole do popisu, piękne, naturalne krajobrazy, im brakowało dzikiej przyrody.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama