W schronisku św. Brata Alberta dla bezdomnych kobiet

Przyjmujemy cię - taką, jaka jesteś. Z twoim bólem, z błędami, z alkoholizmem i poranionym sercem. W otulonym zielenią budynku niejedna pozbawiona domu kobieta po raz pierwszy poczuła, że dla kogoś jest ważna.

Placówka dla bezdomnych kobiet, w której obecnie mieszka 58 podopiecznych, działa przy ul. Strzegomskiej 9 we Wrocławiu od 1999 r. – W tym roku w grudniu obchodzić będzie swe 20-lecie. Wcześniej przez 7 lat schronisko mieściło się przy ul. Złotostockiej. Obecnie stoi na progu poważnych wyzwań związanych z ustawą o standaryzacją schronisk, wchodzącą w życie w lipcu br.

Mury zniszczonego domu, w czerwcu otoczonego bujnymi krzewami, kwiatami, pamiętają niejedną dramatyczną opowieść.

Walczycie o mnie?

Łucja Dobrowolska, kierownik schroniska, pracuje w nim od początku jego istnienia. – Zajrzałam do schroniska św. Brata Alberta właściwie tylko na chwilę, odwiedzić kolegę. Pracowałam wtedy w „Arce” J. Vaniera w Belgii. Zajrzałam jednak i… zostałam do dziś – wspomina.

W pamięci ma niezliczone historie podopiecznych. Czasem samo ich przyjęcie do schroniska wygląda dramatycznie. – Straż miejska przywozi kobiety z dworców, z melin, z działek owinięte folią. Żeby nie zmarzły? Nie… Chodzi o lęk przed okropnym smrodem, biegającymi po nich wszami, świerzbem – wyjaśnia. – Po kąpieli, w czystym ubraniu, w czystej pościeli wraca nadzieja, która daje siłę, by na nowo uwierzyć. Po  2-3 dniach przychodzą chęci, by coś opowiedzieć o sobie.

– Do liceum mnie mama posłała, ale matury już nie zrobiłam, nie dało się – wspominała jedna z pań. – Dużo nas w domu było, musiałam pomagać przy dzieciach, jeździłam na truskawki. Kiedy poznałam chłopaka i zaszłam w ciążę, zamieszkałam u niego. Okazało się, że to rodzina alkoholików. Mąż lubił wypić, iść na imprezę. Ja, żeby go nie stracić, robiłam wszystko, co chciał.

Kiedy jednak pojawiły się kolejne dzieci, nie chciałam żeby oglądały pijącego ojca, dziadka. Uciekłam do kuzynki. I tak całe życie się tułałam… Dzieci winiły mnie, że mają ojca pijaka, że w biedzie żyją… Cóż mogłam zrobić? Pracowałam na umowach śmieciowych, otrzymywane zasiłki celowe na niewiele starczały. W końcu dzieci powyrastały, pouciekały z domu. Syn do kryminału trafił…

Kobieta ostatecznie „poszła w Polskę”. Wchłonęło ją środowisko bezdomnych, wpadła w alkoholizm. Zaliczyła pobyt w kilku ośrodkach. W końcu w izbie wytrzeźwień – gdy leżała, cierpiąc ból na całym ciele – powiedziała do siebie: albo umrę albo coś ze sobą zrobię. Przewieziona na Strzegomską uwierzyła w siebie. – Gdy zobaczyłam, jak walczycie o człowieka, to pomyślałam: jestem w niebie – mówiła. Na nowo spotkała Boga (także z pomocą pełniących tu posługę duszpasterską ojców paulinów), podjęła pracę.

Zatrudniona przez firmę sprzątającą, zaczęła pracę w szpitalu. Tam poznała pewną pacjentkę, która nabrała do niej zaufania. Dostała propozycję opieki nad starszymi rodzicami tej pacjentki, którzy mieszkają w dużym domu na wsi. Tak się stało. Oni zyskali pomoc, ona – własny kąt.

W schronisku św. Brata Alberta dla bezdomnych kobiet   Agata Combik /Foto Gość Schronisko otoczone jest bujną zielenią

Przygarnięte

Mieszkanki, gdy przychodzą, zwykle nie mają nic. – Często kolejny etap w niesieniu pomocy jest związany z szerokim wachlarzem spraw socjalnych – jak załatwianie dokumentów, ubezpieczenia, rejestracja w urzędzie pracy, kompletowanie dokumentów potrzebnych do orzeczenia niepełnosprawności (grupa inwalidzka), wizyty u pracownika socjalnego, który przychodzi do schroniska 2 razy w tygodniu, wizyty u lekarza, wykupienie wizyt u specjalistów, wykupywanie leków – mówi pani Łucja.

Bywa to wszystko trudne – jak w przypadku pewnej pani, która nie pamiętała nawet, jak się nazywa. Czasem pojawiają się spore wyzwania. – Przywieziono nam kiedyś kobietę, która dwa lata w garażu mieszkała, cierpiącą z powodu świerzbu norweskiego. Miała straszliwą postać tego świerzbu – jej skóra pokryta była naroślą, z ranami, naciekami, żaden lekarz nie chciał przyjść na wizytę domową, by choć udzielić porady – wspomina Ł. Dobrowolska. Co zrobić w tej sytuacji?

– Gdy zaczęły się problemy z oddychaniem, wezwałam pogotowie. Po długich negocjacjach lekarka zgodziła się zabrać panią na oddział. Okazało się jednak, że ów świerzb był bardzo zaraźliwy. Zaatakował mnóstwo innych kobiet. Leczenie było uciążliwe – także pod względem finansowym, pół schroniska objęte zostało kwarantanną.

W schroniskowej pracowni i nie tylko

WIARA.PL DODANE 12.06.2019

W schroniskowej pracowni i nie tylko

​Wiele pań w schronisku przy ul. Strzegomskiej odkrywa w sobie uśpione dotąd talenty i pasje.

więcej »

W wielu placówkach nikt nie chce przyjąć osób, u których podejrzewa się choroby skórne, świerzb, upośledzenie, pań z diagnozą choroby psychicznej czy kłopotliwych w zachowaniu. Na Strzegomskiej zamieszkała kiedyś pani Mirka, która jakiś czas spędziła w więzieniu i miała zadatki na „herszta bandy”.

– Najłatwiej byłoby ją wyrzucić ze względu na trudny charakter, nie czynimy tego jednak – tłumaczy kierownik. – Panująca w schronisku domowa atmosfera, wzajemna pomoc mieszkanek, dbanie o poszanowanie godności każdej osoby w duchu św. Brata Alberta stały się przyczyną złagodnienia i zmiany nastawienia pani Mirki.

Ciężka, przewlekła choroba, z którą przyszła do schroniska, nie przeszkodziła jej w realizacji pasji, rozwijaniu talentów, spełnianiu marzeń. Okazała się… mistrzynią w szydełkowaniu. Przez wiele lat wspierała swoimi pięknymi pracami kiermasze świąteczne.

– W sierpniu minie 2 lata odkąd tu jestem – mówi pani Krystyna. – Złożyłam wniosek o mieszkanie socjalne, ale nie wiem czy go doczekam, mam już 70 lat. Mąż mnie bił. Przez 24 lata znosiłam przemoc. Uciekłam. Tu warunki są dobre, ludzie przyjaźni. Mamy pracownię, w której robimy na przykład ozdoby świąteczne.

Pani Łucja opowiada, że kobiety trafiające do schroniska po różnych koszmarnych doświadczeniach mają syndrom „zmęczenia walką”. Są to osoby w bardzo trudnych sytuacjach, które albo przyczyniły się do wejścia w bezdomność, albo uaktywniły i pogłębiły w czasie życia bez dachu nad głową.

– Wsparcie tych mieszkanek nie sprowadza się tylko do zaspokojenia podstawowych potrzeb socjalno-bytowych. Wiele jest instrumentów, które mogą pomóc w usamodzielnieniu się. Jest to bardzo długofalowy proces. Bywało, że formy pomocy były im narzucane. Tu dużo z nimi rozmawiamy; dbamy o to, by mogły w wolności wybrać to, co im najbardziej potrzebne – mówi – czy chodzi o mieszkanie socjalne, czy pomoc w znalezieniu pracy czy udziału w którymś z projektów realizowanych we współpracy z MOPS-em.

Te ostatnie pozwalają wyuczyć się różnych zawodów – pomoc w ogrodzie, prace biurowe, pracownik ochrony, opiekun osoby zależnej.

W schronisku św. Brata Alberta dla bezdomnych kobiet   Agata Combik /Foto Gość Pani Łucja w pracowni

– Czasem widzimy, jak mieszkanka która piła 20 lat, a alkohol zabrał jej wszystko, w schronisku na nowo podejmuje leczenie, jest trzeźwa, zaczyna nazywać swoje słabe strony, chodzi na terapię, żeby się wzmocnić fizycznie i osobowościowo. Z czasem nabiera zaufania, angażuje się w różne działania – dodaje pani Łucja. – Wiek przed 40 i w miarę dobry stan zdrowia przyjmowanych pań gwarantuje szybkie usamodzielnienie się.

– Mieliśmy taką panią, która poszła na projekt przygotowujący do pracy w kuchni, zrobiła staż. Po drodze przeszła 1000 kryzysów, ale dała radę. Co prawda potem wystarczyło, że ktoś jej powiedział, że zupa jest niedobra i już miała strasznego „doła”. Do picia jednak nie wróciła. Pracuje i mieszka w treningowym mieszkaniu.

W schronisku nie pracują  przypadkowe osoby. Wiele z nich towarzyszy bezdomnym od ponad 20 – 26 lat, z wielkim poświęceniem.

– Mamy teraz 10 pracowników (z psychologiem i kierownikiem). Zachęcamy do pracy wolontaryjnej, przyjmujemy na staż, między innymi uczniów szkół socjalnych – mówi Ł. Dobrowolska.

 Nowe prawo

Pani Łucja wspomina o różnych dylematach, jakie pojawiają się w związku z nowymi uregulowaniami prawnymi. Co począć z przywiezioną w środku nocy przez straż miejską kobietą, która pochodzi ze Stargardu (i formalnie tam należałoby ją odesłać)?

– Artykuł 32 Konstytucji RP mówi „  (...) Każdemu zapewnia się wolność poruszania się po terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oraz wyboru miejsca zamieszkania i pobytu ’’. Czy ustawa to respektuje? – pyta kierowniczka. – Na pewno mobilizuje do samodzielności – na przykład w zapewnianiu sobie pożywienia – ale doświadczenie pokazuje, że osoby chore, z nałogami, z problemami psychicznymi, nie są w stanie o siebie zadbać. W przypadku starszych mieszkanek trzeba przypomnieć nawet, żeby zjadły przyniesione im śniadanie, żeby odpowiednio dużo piły. Wiele osób ma różne diety – z powodu cukrzycy, alergii. Są mieszkanki po stomii, po tracheotomii.

Zgodnie z ustawą osobno mają być prowadzone schronisko dla kobiet, schronisko dla matek z dziećmi, noclegownia – bo każde z nich ma inną rolę. Jak tu jednak odmówić przyjęcia do „zwykłego” schroniska kobiety z dziećmi, przywiezionej w środku nocy przez policję, po interwencji związanej z przemocą domową?

Obecnie wszystkie mieszkanki otrzymały z miasta do wypełnienie wnioski o przydział lokalu socjalnego. – Pojawia się tu kilka znaków zapytania – mówi pani Łucja. – Mamy u nas osoby uzależnione, w czasie terapii, niegotowe do samodzielności. Część z nich nie chce sama zamieszkać, boją się samotności, boją się, że sobie nie poradzą, a zwłaszcza że wrócą do nałogu. W schronisku czują się bezpiecznie. Mówią: po co mi takie mieszkanie, w którym będę sama jak pies?

Każdy może wesprzeć schronisko. – Chętnie przyjmiemy dary serca, na przykład odzież, żywność, środki czystości. Można u nas za cegiełkę zakupić różne przedmioty  np. flakony zdobione w technice decoupage’u – mówi pani Łucja. – Schronisko organizuje kiermasze, kwesty. Pracujemy w duchu św. Brata Alberta. Tu zawsze liczył się człowiek, który potrzebuje czasu, uwagi, rozmowy i akceptacji, zrozumienia i zwyczajnej ludzkiej pomocy.  Mamy nadzieję, że zawsze będziemy mogli ją świadczyć.

Więcej informacji znajdziesz na facebookowym koncie schroniska.

W schronisku św. Brata Alberta dla bezdomnych kobiet   Agata Combik /Foto Gość Mieszkanki dbają o kwiaty wokół budynku W schronisku św. Brata Alberta dla bezdomnych kobiet   Agata Combik /Foto Gość Mieszkanki dbają o kwiaty wokół budynku
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Komentowanie dostępne jest tylko dla .