Natury nie da się zagłaskać

Dlaczego dorosłe dzieci nie opuszczają rodzinnego domu, wyjaśnia psycholog Agata Rusak.

Marcin Jakimowicz: Kto najczęściej przychodzi do psychologa: rodzice zaniepokojeni tym, że dorosłe dzieci nie opuszczają rodzinnego gniazdka, czy pełnoletni „chłopcy i dziewczyny”?

Agata Rusak: Dzieci. Ci młodzi dorośli, jak ich nazywam, którzy nie potrafią się „odpępowić”. Albo są szantażowani przez rodziców („Jestem chora, nie widzisz?”; „Nie tak cię wychowałam!”; „Dlaczego nie jesteś wdzięczny?”), albo mają w głowach zakodowane, że nie wolno im żyć własnym życiem i opuścić rodziców. Przychodzą z wszczepionym poczuciem winy i chorej lojalności.

Przychodzi sporo Piotrusiów Panów? Żyjących w dobrobycie, mających wszystko podane na talerzu, reagujących alergicznie na słowo „obowiązek”?

Widziałam sporo takich dzieciaków, gdy pracowałam w jednym z dobrych warszawskich liceów. Panicznie bały się dorosłego życia. Wtłaczano im, że muszą być najlepsze, i bardzo bały się, że nie sprostają tym oczekiwaniom. Wolały pozostać w wieku dziecięcym, siedzieć dniem i nocą w świecie wirtualnym, albo podświadomie uciekały w choroby, często w zaburzenia odżywiania. Obopólna „korzyść”: mamusia i tatuś są szczęśliwi, że pociechy są z nimi, a dzieci zyskują czas, by uciec od odpowiedzialnych decyzji.

Nie potrafią tworzyć trwałych relacji? Boją się słów: „nie opuszczę cię aż do śmierci”?

Mają z tym ogromny problem… To pokolenie, które nie znosi ram, reaguje alergicznie na słowo „przymus”. Myślę, iż kluczowe jest to, że Piotruś Pan ma bardzo niewielkie poczucie własnej wartości. Mimo demonstrowanej na zewnątrz, udawanej pewności siebie. Widzę ogromną dysproporcję między maską (naukowymi stopniami, szczeblami kariery) a wnętrzem i „poczuciem siebie”. Te dorosłe dzieciaki mają zazwyczaj niską samoocenę i noszą w sobie ogromny lęk, czy sobie poradzą w dorosłym życiu.

Bo nie mogą się pomylić?

Panicznie boją się porażki, która jest przecież wkalkulowana w nasze życie. Tak zostali zaprogramowani przez nas, dorosłych. Są bardzo skoncentrowani na sobie. Temat wolontariatu przejdzie jedynie wówczas, gdy w klasie znajdą się dwie, trzy podobnie myślące osoby. Pojedynczy uczeń wolontariusz traktowany jest jak dziwak.

„Wychowałem się za komuny, w niedostatku, i chciałem dać dzieciom wszystko, czego sam nie miałem. Niedawno zrozumiałem, że to był błąd” – usłyszałem wczoraj od pewnego biznesmena.

Ooo, jak często słyszę podobne hasła! Poprzednie pokolenie też je słyszało, tyle że skala dysproporcji finansowych była inna. Dziś niektórzy dostają na start dobrą furę czy mieszkanie. Jasne, każdy dąży do wygody, taka jest nasza natura, ale bardzo niebezpieczny jest zabieg zwalniania dzieci z podejmowania wysiłku. Dajemy im to, co ich nic nie kosztowało. Nie będą tego cenić.

Słyszy Pani: „Nie chcę, by moje dzieci sparzyły się na tym co ja”?

Jasne! Podpowiadam często rodzicom: dajcie dziecku wybór. Nie udzielajcie tysiąca rad, na przykład przy wyborze pracy. Niech idzie za swymi zainteresowaniami, pasjami. A że się sparzy? To nieuniknione…

Często, wyjaśniając zjawisko Piotrusiów Panów, przywołuje się słynny eksperyment na gryzoniach. Stworzono im raj…

…i w efekcie wyginęły. To jest nieszanowanie natury. Nie da się jej zagłaskać. Mamy w sobie tyle emocji. I instynkt walki, i złość, daną przez Pana Boga, a pozbawienie dzieci tego kończy się fatalnie.

Mają być grzeczne?

Są nagradzane za dyplomację, bo ona liczy się w świecie, wychowywane do dyplomacji i manipulacji, a nie do odważnej i uczciwej konfrontacji. Nie mogą krzyczeć, reagować złością, pokazywać prawdziwych emocji. To je rozleniwia, pozbawia ikry, woli walki i życia.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama