Do tańca i do różańca

– Niedawno, kiedy uczyliśmy się tanga, pokłóciliśmy o to, kto ma prowadzić – mówi Zenon Chrobok. – Bo ja jestem choreografką, a w tangu mężczyzna nadaje rytm – wyjaśnia jego żona Beata. – W naszym małżeństwie nie ma takiego problemu – każdy robi swoje. Ale razem.

Zajmuję się nie tylko tańcem i jego układem, ale miałam szkółkę baletową, od 30 lat prowadzę różne zespoły taneczne, więc znam się na temacie i było mi bardzo trudno tak się podporządkować mężowi – wyjaśnia Beata. A jednak nie tylko w tańcu, ale i w życiu udaje im się zgrać. Nie kryją, że choć nieraz potrafią nieziemsko się kłócić, to od 33 lat są zgodnym małżeństwem. Nadal można oglądać ich występy w zespole dla oldbojów Akademickiego Stowarzyszenia Kultury i Folkloru „Patria”, gdzie tańczą nie tylko na ludowo. Znajomi uważają, że to para do tańca i do różańca. Z różańcem się nie rozstają. Zenon jest nadzwyczajnym szafarzem Komunii Świętej w parafii św. Stanisława Kostki na katowickim Giszowcu. Beata, po formacji w grupie Dzieci Maryi, powiedziała dwuletniemu wnukowi Bolesławowi, że Jezus jest najważniejszą Osobą w jej życiu. A maluch od tej pory, kiedy widzi obrazek z Nim, to go całuje. Oboje należą do Ruchu Focolari. Od czasu do czasu lubią też sobie zanucić piosenkę Krawczyka i Bartosiewicz: „Trudno tak razem być nam ze sobą/ Bez siebie nie jest lżej (…)/ Trzeba nam dbać o tę miłość/ nie wolno stracić jej”.

Pierwsze wejrzenie

Zenon: Poznaliśmy się w Studenckim Zespole Pieśni i Tańca „Katowice”, działającym przy Uniwersytecie Śląskim. To był 1981 rok, tańczyłem już w pierwszym sķładzie i rozglądałem się za dziewczyną. W zespole wszystkie były piękne. Ale kiedy pierwszy raz zobaczyłem Beatkę, gdy stanęła w drzwiach, serce mi się odezwało i poczułem, że to ta. Byłem bardzo nieśmiały i choć wydawało mi się, że nie mam szans, starałem się być blisko niej. Coś się przełamało, kiedy poszedłem do wojska. Bardzo tęskniłem, przychodziły mi do głowy odpowiednie słowa, więc pisałem do niej romantyczne listy.

Beata: Ujął mnie swoją korespondencyjną poezją. Namalował też mój portret. Podziałały na mnie jego talenty, bo jeżeli chodzi o aparycję, to mi się nie podobał. A poza tym po trudnych doświadczeniach z własnego domu nie planowałam małżeństwa. Miałam 19 lat, kiedy usłyszałam: „Czy będziesz moją żoną?”. Pomyślałam, że trafił jak kulą w płot. A jednak Pan Bóg zdecydował inaczej. Pobraliśmy się 5 lat później. Miał 25 lat, ja – rok mniej. Tak naprawdę uznałam, że to ten jedyny, kiedy odkryłam, że mamy wspólne wartości, mogę na nim polegać, daje mi poczucie bezpieczeństwa, potrafi szanować kobiety. Snuł plany, że będziemy mieć dzieci, a dla kobiety to ważne, kiedy mężczyzna myśli o przyszłości. A poza tym potrafił okazywać mi czułość przez uśmiech, dotyk, przytulenie. Czułam, że rozkwitam, bardziej staję się sobą.

Młodzi i mądrzy

Beata: Na początku byliśmy szaloną parą. Kiedy zaczęłam studiować biologię i tańczyć w zespole, pomyślałam: „Teraz to będzie życie”. I było, bo jeździliśmy z występami po świecie. Przed ślubem wróżono nam, że nie wytrzymamy miesiąca, bo tak się różnimy. Mąż jest z pochodzenia Ślązakiem, moi rodzice przyjechali za pracą ze Wschodu – mama ze Lwowa, tata z Wilna. Ja mam dalekie korzenie bałkańskie, mąż – niemieckie. Mamy też inne temperamenty.

Zenon: Moja Beatka reaguje spontanicznie. Co ma w głowie, to na języku. Ja jestem bardziej powściągliwy, lubię się zastanowić. Choć od początku marzyłem o przyszłości z Beatką, dopiero kiedy w kwietniu 1987 r. braliśmy ślub, poczułem, że to coś bardzo poważnego, na całe życie. Bo trzymam się tego, że słowo raz wypowiedziane ma dla mnie znaczenie. Kiedy tańczyliśmy w zespole, nieraz słyszałem, jak panowie bajerują panie. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby jakąś dziewczynę tak okłamać. Bo wtedy mówi się piękne słowa nie własnej żonie, ale innej kobiecie. Żona o tym nie wie, a ta druga zostaje oszukana, bo i tak mężczyzna wraca do rodziny. To takie czarowanie kogoś, żeby osiągnąć jakiś swój cel. Kiedy widziałem takie sytuacje, jak najszybciej odchodziłem, żeby w nich nie uczestniczyć. Jak się ma zasady, nie jest łatwo, bo ludzie uważają, że jesteś inny. A ja jestem pewien, że nie kolejne fakultety świadczą o tym, że ktoś jest mądry. Mądrość polega na tym, żeby w życiu kierować się ponadczasowymi wartościami, które nie zawiodą. Flirty przynoszą doraźną radość, a trwałą daje wierność, która kosztuje. Dopiero z perspektywy widać, jaka jest ważna.

Zawsze razem

Zenon: W moim rodzinnym domu panował patriarchat. Ja od początku chciałem dawać Beatce pole do popisu. Byłem przekonany, że w ten sposób dobrze w nią inwestuję. Szanowałem jej upodobania – pracowała jako nauczycielka biologii, a dodatkowo prowadziła zespoły muzyczne i taneczne dla dzieci. Miło było obserwować, jak kobieta u mojego boku się rozwija. Choć zdarzało się, że w najbardziej intensywnym czasie to żeśmy się w domu mijali.

Beata: Tak było, kiedy dzieci podrosły. Gdy były małe, założyłam własną firmę, żeby siedzieć w domu i móc się nimi zajmować. Mamy wspaniałe dzieci – dwóch synów: Mateusza i Macieja oraz córkę Emilkę. No i ich drugie połowy – Ewę, Anię i Tomasza. Nigdy nam się nie przelewało. Na szczęście mąż zarabiał więcej niż ja, bo był górnikiem. Dzięki temu mogliśmy wyjeżdżać z naszą trójką na wakacje. Kupiliśmy sobie namiot, potem przyczepę. Dzieci były wychowywane w kontakcie z przyrodą, bo przecież jestem biologiem. Przeszliśmy też trudne doświadczenia – tragiczną śmierć teściowej, potem moja mama została przejechana na przejściu dla pieszych, niedawno mojego chrześniaka pobito na ulicy. Bezcenne jest to, że nawet okresy załamań przeżywamy razem, wspierając się. Choć trzeba przyznać, że jesteśmy małżeństwem z temperamentami. Stale coś w sobie odkrywamy, ale też nieustannie się kłócimy. Pamiętam, że kiedyś ostro się posprzeczaliśmy, jak to dwoje artystów. Wieczorem, kiedy wróciliśmy z pracy, nasze dzieci poprosiły, żebyśmy usiedli przy stole. Zaparzyły nam kawę, podały nasze ulubione ptysie z bitą śmietaną, wyjęły zdjęcie ślubne i puściły nam ulubioną komedię. A myśmy się wtedy rozpłakali… Mądrością, która przyszła z latami małżeństwa, jest przekonanie, że nie można tracić nadziei, że we współmałżonku jest dobro, które mnie uszlachetni.

Dzieci Boga

Zenon: Zawsze byłem wierzący, ale dzięki Beatce na nowo pokochałem Kościół. Dużo pomógł mi też Ruch Focolari. Dzięki niemu uczę się zwracać uwagę na drugiego, który przecież jest moim bratem. Wychodzić mu naprzeciw, zapominać o jego przewinieniach. Kiedy zaczyna się dzień, chciałbym umieć spojrzeć na niego nowymi oczami.

Beata: Na początku małżeństwa mąż stał trochę z boku, kiedy ja często chodziłam do kościoła. Potem to on mnie pociągał do Boga, pokazując mi konkretne, męskie dostrzeganie Jego działania w codzienności. Dzięki niemu odkryłam czułość i bliskość Boga. Bóg jest najbliższą mi Osobą, dzięki której szanuję siebie i drugiego. Codziennie z Nim rozmawiam, oddając Mu wszystkie wydarzenia. Czuję się Jego dzieckiem.

Zenon: Nauczyłem się dostrzegać Boga w spotkanych ludziach i w zdarzeniach. W kopalni, podczas pracy pod ziemią, kilka razy mogłem stracić życie. Bóg mnie ocalił. Jestem przekonany, że kiedy w cierpieniu zwrócisz się w odpowiednią stronę, ból staje się łagodniejszy.

Baba i dziadzia

Zenon: Nie stałem się ojcem zaraz po urodzeniu moich dzieci, ale w trakcie ich wychowywania. To one wychowały mnie na ojca.

Beata: Nasze dzieci sprawiają, że stajemy się lepsi. Gdybym nie była matką, nie wiem, czy umiałabym z takim sercem wychodzić do innych. Przeszłam w życiu różne fazy. Na początku byłam skupiona na sobie – równolegle ukończyłam liceum i szkołę baletową, potem były studia, zespół, praca nauczycielki. Z czasem odkryłam, że najszczęśliwsze chwile przeżyłam wtedy, kiedy nasze dzieci były małe. Nawet gdy płakały i nie spałam pół nocy, gdy bolała mnie pierś pełna mleka. Uczyłam w wielu szkołach i wiem, jak ważne jest odkrywanie w dziecku, często poranionym, osoby, którą trzeba szanować. Jestem oligofrenopedagogiem i prowadzę też terapię tańcem. Stworzyłam autorski program, mający na celu odkrywanie w moich podopiecznych piękna podczas tańca. Niektórzy z nich mają trudne doświadczenia, pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, pozornie normalnych, ale cierpią z powodu braku miłości. Bardzo mnie cieszy, kiedy widzę, jak przez ruch potrafią okazywać skrywane uczucia. Otwierają się pod wpływem okazania im zaufania i akceptacji. Obserwując miłość innych i naszą, widzę, że ona stale się zmienia. Mam wrażenie, że przy wnukach sama staję się dzieckiem i odkrywam ją na nowo. Mamy troje wnuków: półroczną Hanię, dwuletniego Bolesława i rocznego Radosława. Kiedy maluchy wyciągają do nas rączki, mówiąc: „baba, dziadzia”, serce nam się otwiera.

Zenon: Kiedy zmęczony wracam z pracy, bywa, że żona nie wita mnie jakoś szczególnie. Gdy idę do wnuków, zawsze przyjmują mnie z pięknym, radosnym uśmiechem. Nie oceniają, ale akceptują w całości, po prostu widzą dziadka i są zadowolone. Czy to nie piękne? Stale przeżywam takie życiowe rekolekcje. I nieustannie dziękuję za nie Bogu. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg