Chaos w czasach zarazy

Chaos informacyjny, ogrom emocji, która przybiera formę zbiorowej histerii, utrudniają komunikację i merytoryczną dyskusję. Przyjrzyjmy się na spokojnie temu, co oznacza orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego.

To, co dzieje się obecnie, przeraża. Nie tylko dlatego, że protestująca młodzież zakazi swoich dziadków koronawirusem. Bardzo poważna jest również bezpośrednia przyczyna protestów: brak wiedzy dotyczącej przedmiotu sporu – na poziomie etycznym, bioetycznym i biologicznym. Wydaje się, że osoby protestujące to w ogromnej większości targany emocjami tłum, którym łatwo manipulować i zawładnąć. Co skrzętnie wykorzystują tzw. liderzy.

Te wydarzenia – zarówno protesty na ulicach, jak i ostre przepychanki w mediach społecznościowych – próbują zrozumieć osoby myślące inaczej. Nie identyfikują się z wrzaskami na ulicach, nie kupują haseł o „wolnym wyborze”, a w obecnej sytuacji czują się bardzo zagubione. Boją się reagować albo nie mają argumentów, wiedzy, by obalać mity i nieprawdy prezentowane na ulicy. Chaos informacyjny, ogrom emocji, która przybiera formę zbiorowej histerii, utrudnia komunikację i merytoryczną dyskusję. A tu trzeba zimnej głowy i dystansu. Przy założeniu oczywiście, że protesty na ulicach dotyczą wyłącznie kwestii wyroku Trybunału Konstytucyjnego, a nie są przykrywką dla rewolucji obyczajowej, obalenia rządu i uderzenia w Kościół, i że nie są walką o aborcję na życzenie. A większość protestujących twierdzi, że tylko nie zgadza się z wyrokiem TK. I że o „wolny wybór” im chodzi...

Co z tym Trybunałem?

Aborcja jest w Polsce nielegalna, zakazana. Są jednak wyjątki: można jej dokonać, gdy ciąża jest wynikiem czynu zabronionego (gwałt, kazirodztwo), gdy kontynuowanie ciąży zagraża życiu matki i gdy istnieje podejrzenie ciężkiego, nieodwracalnego upośledzenia płodu, nieuleczalnej choroby zagrażającej życiu dziecka.

Trybunał Konstytucyjny wypowiedział się wyłącznie na temat ostatniej przesłanki zezwalającej na aborcję, czyli przesłanki eugenicznej. Uznał, że zapis o możliwości zabijania dzieci chorych nie jest zgodny z polską konstytucją, w której jest wyraźny zapis, że obywatelem polskim jest się od poczęcia do naturalnej śmierci. Tym samym osoby chore, niepełnosprawne, mają takie samo prawo do życia jak osoby piękne i zdrowe. Orzeczenie to, wbrew temu, co krzyczą nastolatki na ulicach, nie zakazuje badań prenatalnych, nie nakazuje umierać matkom (bo przy każdej zagrożonej ciąży ratuje się najpierw życie matki), nie wprowadza kar więzienia dla matek, które przerwą ciążę. Stwierdza tylko fakt, że nie wolno dyskryminować i zabijać ze względu na niepełnosprawność.

A tymczasem na ulicach słyszymy: „Będę musiała teraz rodzić zaśniad groniasty”; „Umrę, bo jak moje dziecko w brzuchu będzie martwe, to będą czekać na naturalny poród pół roku. Zrobi mi się zakażenie, a oni mi nie zrobią aborcji”; „Nie chcę umierać, bo jakiś ksiądz mi każe”; „Nie będę rodzić potworków”; „Dla chorego dziecka lepiej, żeby nie cierpiało, i aborcja to konieczność”.

Ktoś powie, że to margines. Chyba jednak nie do końca. Posłanka Joanna Scheuring-Wielgus raczyła stwierdzić, że człowiek zaczyna się od momentu, gdy bije serce, a według posłanki serce bije dopiero od porodu. Z kolei posłanka Monika Rosa zarzuciła kłamstwo Tomaszowi Terlikowskiemu, który wytłumaczył, jak wygląda aborcja eugeniczna. Okazuje się, że ignorancja w kwestii podstaw bioetyki dotyczy zarówno „Julek i Natalek” – jak nazwała protestujące nastolatki ulica – jak i dojrzalszych kobiet z wyższym wykształceniem.

Wolny wybór?

Część protestujących posługuje się hasłami o wolności kobiet. „Jestem wierząca, nie jestem za aborcją. Sama bym chorego dziecka nie usunęła. Ale nie można zmuszać do heroizmu i trzeba dać innym kobietom wolny wybór” – to częsty argument. Protestujący przerzucają się błyskawicami w profilowych zdjęciach. Epatują hasłami o „piekle kobiet”, mówią: „Wybór, nie zakaz”. Oraz w wersji spokojniejszej: „Myślę, czuję, decyduję”. Gdyby jednak do ostatniego hasła podejść naprawdę zadaniowo i sprawę faktycznie przemyśleć, opierając się na faktach, mogłoby zadziałać jak kubeł zimnej wody na rozgrzane głowy i kaganek potrzebnej oświaty.

Zwolenniczki „wolnego wyboru” krzyczą o chorych płodach i domagają się „braku cierpienia” dla nich. Zwykle nic nie wiedzą o rokowaniach i rozwoju dzieci z wadami genetycznymi i letalnymi. Wada letalna to wada nieuleczalna, dziecko umiera najczęściej jeszcze w łonie matki, czasem żyje po porodzie kilka godzin, bywa, że do kilku miesięcy. To najczęściej zespół Patau lub zespół Edwardsa – wady genetyczne, które powodują śmierć dziecka. Bywa też, że we wczesnej ciąży następuje uszkodzenie i dziecko (wolne od wad genetycznych) cierpi na tzw. wielowadzie. Stopień tych uszkodzeń, mimo badań prenatalnych, jest trudny do określenia. Dlatego zdarza się, że dziecko, które według lekarzy „nie rokuje”, jeśli rodzi się naturalnie i o czasie, po niezbędnych operacjach i zabiegach odzyskuje pełne lub częściowe zdrowie.

I tu trzeba doprecyzować, w jaki sposób „usuwa się” chore nienarodzone dzieci. Bo nie dzieje się to w sposób bezbolesny, niewidzialny i metodą czarodziejskiej, lekarskiej różdżki. Terminacji ciąż dokonuje się przez wywołanie porodu, zwykle po przeprowadzeniu badań prenatalnych, najczęściej około 20. tygodnia ciąży, czasem później. Dzieci umierają w czasie porodu, ale wiele przeżywa. Umierają wtedy, dusząc się, „odłożone na nerkę” – o czym opowiadają położne. Z pewnością cierpią. Nie podaje im się tlenu, leków przeciwbólowych, a tylko w niektórych szpitalach dziecko wkładane jest do cieplarki, by nie czuło chłodu. Trudno w to uwierzyć? Środowiska pro-choice nie wierzą. Oddajmy głos nieżyjącemu już prof. Romualdowi Dębskiemu, który był zwolennikiem tzw. prawa wyboru, by „wierzenia” zamienić na wiedzę. Z książki „Bez znieczulenia” prof. Dębskiego i dr Marzeny Dębskiej: „W szpitalu podajemy leki wywołujące skurcze. Trwa to od ośmiu do dziesięciu godzin, ale czasami też dwa dni, zależy od tego, czy to jest pierwsza ciąża, czy kolejne, czy wczesna, czy bardziej zaawansowana. Tak samo jak przy normalnym porodzie – boli brzuch, jest krwawienie, jest rozwarcie. Rodzi się dziecko i umiera”. Marzena Dębska dodaje: „Lub przeżywa, bo lekarz błędnie oszacował wiek ciążowy albo pacjentka wprowadziła go świadomie w błąd, bo bała się, że nie dostanie już zgody na zabieg. Logika nakazuje, że w tym przypadku nie powinno się podłączać dziecka do respiratora. Ale w praktyce bywa różnie”. Co potem? Czasem potem rodzina odbiera dziecko ze szpitala i wyprawia pogrzeb. Częściej nie odbiera i ciało jest utylizowane.

Ogromna większość aborcji eugenicznych dokonywanych w Polsce dotyczy dzieci z zespołem Downa, które nie tylko mogą przeżyć poza organizmem matki, ale i żyją obecnie około 60 lat. I – jak wykazują badania – określają swoje życie jako szczęśliwe. Co nie znaczy, że łatwe. Obecnie w Polsce rodzi się już coraz mniej dzieci ze skośnymi oczami, krótszymi rączkami i niższym IQ. Podobnie jest z dziewczynkami z zespołem Turnera. „Turnerki” – bo tak się o nich mówi – są niższe od rówieśników, później dojrzewają płciowo, niektóre nie są płodne i mają tendencje np. do chorób nerek. Poza tym kończą studia, zakładają rodziny, realizują się zawodowo. Obecnie właściwie się nie rodzą. Bo „wolny wybór”.

Praktyka trudnej ciąży

Wiadomość, że dziecko, o które starało się i czekało na nie z radością, jest chore, to zawsze dramat. Po usłyszeniu diagnozy matce zawsze towarzyszy bunt, lęk, sprzeczne emocje. I pytanie: co dalej? W takim momencie wszystko albo bardzo wiele zależy od reakcji lekarza i otoczenia – męża, rodziny, przyjaciół. Naiwnością i hipokryzją jest nazywanie „wolnym wyborem” sytuacji, gdy kobieta w trudnej ciąży pozostaje z problemem sama. Tymczasem historie, w których kobieta słyszy od lekarza: „Niech pani tu podpisze, to trzeba szybko przerwać, bo płód będzie cierpiał, a pani razem z nim”, nie są odosobnionymi przypadkami. Matka nie słyszy o faktycznym wyborze: możliwości urodzenia o czasie, godnym przyjęciu dziecka, opiece hospicjum perinatalnego. Słyszy natomiast o terminacji i jest często do niej namawiana. Godzi się pod presją i zazwyczaj po tym „rozwiązaniu” cierpi. Jak cierpi się po nieprzepracowanej żałobie i z powodu rosnącego poczucia winy.

„Leżałam w łóżku na patologii ciąży. Miałam nad sobą konsylium lekarskie, które wręcz wymuszało decyzję. Gdybym nie miała wsparcia męża, być może bym im uległa. Trudno jest w tak dramatycznych chwilach decydować z zimną głową. Mój syn urodził się o czasie. Nie tylko przeżył, ale okazało się, że jego wielowadzie jest uleczalne. Po kilku operacjach synek radzi sobie tak dobrze jak jego rówieśnicy. Dlatego żal mi tych matek, którym w imię wolnego wyboru doradzono terminację i posłuchały. Próbowały uniknąć traumy, a zafundowały sobie większą” – pisze pani Klaudia.

„Urodziłam naszą córeczkę z wadą letalną. Wbrew lekarzom i ich ostrym naciskom, którzy straszyli mnie potworkiem. Córeczka była śliczna, po urodzeniu żyła kilka dni, i to był piękny czas. Potem zasnęła na moich rękach, otoczona miłością. Do końca pomagało nam hospicjum dziecięce. Niczego nie żałuję” – pisze z kolei pani Weronika.

Każą rodzić i nie pomagają?

No dobrze. A co z dziećmi, które rodzą się chore, a potem ich wychowanie i opieka spoczywają wyłącznie na umordowanej mamie? Istnieją miejsca i rozwiązania, a przede wszystkim ludzie, którzy wspierają, działają, pomagają zarówno dzieciom chorym letalnie, jak i w różnym stopniu niepełnosprawnym. Choć oczywiście można pytać o skalę tej pomocy... Potrzebna jest cała sieć hospicjów perinatalnych w Polsce. Kilka istniejących – np. Fundacji Gajusz czy Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci – to wielkie dzieła niosące konkretną pomoc, dające realny wybór. Opiekują się całą rodziną: matką, dzieckiem, ojcem i rodzeństwem w czasie trudnej ciąży, porodu i później. Towarzyszą przy śmierci, mają specjalistów z zakresu ginekologii, psychologii. Jednak są to inicjatywy prywatne, finansowane przez ludzi dobrej woli. Dlaczego do tej pory nie ma ani jednego hospicjum perinatalnego publicznego? Dlaczego istniejące hospicja borykają się z problemami finansowymi?

A co z żyjącymi dziećmi niepełnosprawnymi i ich rodzinami? Opieka państwa nad rodzinami wychowującymi dziecko niepełnosprawne, mimo wielu negatywnych komentarzy, niewątpliwie rośnie. Konieczne jest jednak wprowadzenie nowych rozwiązań, takich jak gwarancja prawa do usług asystenckich i opieki wytchnieniowej, tworzenie mieszkalnictwa wspomaganego, dostępnego asystenta rodzin, stworzenie dobrych warunków dla edukacji włączającej, mądra pomoc finansowa, stworzenie warunków pracy dla matek niepełnosprawnych dzieci czy w końcu wprowadzenie rozwiązań, które ułatwią adopcje dzieci z niepełnosprawnościami. Wprowadzenie ustawy „Za życiem” nie powinno być jedyną formą wspierania rodzin. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg