Niewidzialne skrzydła

– Mogę robić w życiu różne rzeczy, ale jeśli chcę być blisko Boga, to powinnam mieć taką pracę, żebym mogła codziennie zjeść obiad z niepełnosprawnymi intelektualnie – śmieje się Stanisława Szczepaniak.

Zaczęło się od Aldony, która po przejściu choroby Heinego-Medina poruszała się o kulach. W prowadzonym przez siostry urszulanki liceum 14-letnia Stasia od razu znalazła z nią wspólny język. – Jej stosunek do ograniczeń ciała na zawsze przesunął zwrotnicę mojego myślenia o niepełnosprawności jako przeszkodzie do tego, by cieszyć się życiem. Wydawało mi się, że człowiek chory wymaga współczucia, troski, pielęgnacji, że to jest osoba, która wciąż czegoś wymaga. Aldona z pewnością nie wymagała ode mnie jednego: litości – wspomina swoją przyjaciółkę Stanisława Szczepaniak.

Bez reszty

Stanisława Szczepaniak w podkrakowskiej Skawinie prowadzi Środowiskowy Dom Samopomocy dla osób z niepełnosprawnościami. Dom jest po brzegi wypełniony miłością. Goście witani są od progu serdecznie, jakby byli jedyni na świecie. Na ścianach, na półkach prace podopiecznych – obrazy, figury aniołów, cudne filiżanki, różnokolorowe skrzyneczki na bibeloty. Ciasno. Przytulnie. Domowo.

Gospodyni znów wraca wspomnieniami do szkolnej przyjaźni. – Kiedyś wyjechałyśmy razem na weekend. Kolejka do kasy ogromna, bałam się, że nie zdążymy na pociąg i namawiałam Aldonę, żeby kupiła bilety poza kolejnością. Popatrzyła na mnie uważnie. „Jak tak bardzo chcesz litości, to idź sama” – powiedziała. To było wołanie o godność, bo wędrówka o kulach wzdłuż kolejki byłaby dla niej upokarzająca – przyznaje Stasia.

W rodzinnym mieście Stasia zaangażowała się bez reszty w ruch Wiara i Światło. Wtedy już widziała w ludziach niepełnosprawnych intelektualnie potencjał, a nie osoby, które trzeba hołubić. Jej serce się w nich zatopiło. Była wolontariuszką, pracowała z dziećmi. Widziała ich radość, ich spontaniczność, ale po raz pierwszy też zetknęła się z gorszą stroną niepełnosprawności – z dramatami rodzin. W latach 90. ubiegłego wieku w Polsce ludzi niepełnosprawnych nie było widać na ulicach, nie prowadzono ich leczenia na szeroką skalę, wszystko było trudniejsze. – Widziałam biedę rodziców, którzy zmagali się z niewiedzą, odchodzenie ojców, którzy nie dawali sobie rady ze stresem. Widziałam tłumioną agresję w stosunku do dziecka niepełnosprawnego, z którą rodzic, zwłaszcza samotny, sobie nie radzi – opowiada.

Dziś już wie, po co było to doświadczenie. Gdy objęła dom w Skawinie, natychmiast stworzyła grupę wsparcia dla rodzin. – Mogę moim niepełnosprawnym przychylić nieba, ale jeśli nie zaopiekuję się ich rodzinami, nie będzie równowagi. Gdy ktoś ma 50-letnie dziecko w pampersach albo budzące się co 3 godziny w nocy, rodzi się frustracja – mówi pani Stanisława. Życie nie jest zero-jedynkowe, ludzie boją się tego, czego nie rozumieją. Odpychają to, co jest dla nich nieustannym ciężarem.

Gdzie mieszka Bóg

Kolejny punkt przełomowy w jej życiu to rekolekcje Jeana Vaniera (już nie ma na biurku zdjęć jego, o. Thomasa, o. Gilberta...). Spotkała ludzi ze Śledziejowic, z jedynej wówczas wspólnoty L’Arche w Polsce. Już wiedziała. To jest jej droga. Musiała podjąć radykalną decyzję, która oznaczała zmianę życiowych planów. Pracowała jako położna, bardzo to lubiła. Najpierw dwa lata na porodówce, potem jako pielęgniarka psychiatryczna z dziećmi niepełnosprawnymi. Zrozumiała jednak, że już nie chce tak żyć. – Kiedyś, dawno temu, usłyszałam na rekolekcjach w Pobiedziskach słowo ojca Gilberta: „Ubodzy są w sercu Boga i dopóki mamy ich wśród nas, serce Boga jest z nami”. To było słowo-zaproszenie, które do dziś mnie prowadzi – wspomina. Była wtedy młodą dziewczyną, ale zrozumiała, że najprostszą drogą, by spotkać Boga, którego szukała, jest być blisko ludzi niepełnosprawnych intelektualnie.

Przyjechała do starego domu w Śledziejowicach, weszła… i poczuła, jakby wróciła do własnego domu. – Tamci ludzie stali się moją rodziną. Byli tu Ala, Cecylka, Karol, Agatka… Bratem mojej duszy stał się Karol. On miał zespół Downa na wierzchu, ja mam w środku. Jesteśmy bliźniakami, bo dokładnie w taki sam sposób patrzyliśmy na świat – uśmiecha się do wspomnień o Karolu Nahliku, który był filarem wspólnoty, jej dobrym duchem. – To było bardzo mocne zaproszenie Pana Boga, wyrażone wprost. I tak samo na nie odpowiedziałam: radykalnie i wprost, nie wiedząc, dokąd mnie to zaprowadzi – opowiada dziś.

Prawdziwa niepełnosprawność

Po dwóch latach trafiła do Francji, gdzie istniał jedyny na świecie dom Arki dla dzieci z zespołem Downa. Zaprzyjaźniła się z Jonim, autystycznym chłopcem, który nauczył ją, że miłość uzdrawia. Poznała też kilkuletniego Guillaume’a z zespołem Downa i bardzo chorym sercem. Impulsywna, pełna energii Stasia nauczyła się przy nim pokory i uważności, dostosowania kroku do rytmu osób słabych, które potrzebują czasu na myślenie, na mówienie, na życie. – Francuski znałam słabo. Wieczorem przychodziłam do Guillaume’a, śpiewałam mu polskie kołysanki, a on gładził mnie po ręce i mówił: Stasia… – to kolejne uśmiechnięte wspomnienie.

Po latach dowiedziała się, że Guillaume zmarł jako 20-latek. Pękło mu serce. – Pomyślałam wtedy, że to serce, tak bardzo chore, nie było przeszkodą, by kochać. Osoby niepełnosprawne mają tej miłości bardzo dużo, choć w swojej prostocie, dziecięcej ufności są niestety też podatne na zranienia, które im fundują tzw. ludzie sprawni. Taka niepełnosprawność serca jest straszna – stwierdza.

Po powrocie z Francji rozpoczęła studia i pracę w domach pomocy społecznej. – To były inne czasy. Godność i równouprawnienie osób z niepełnosprawnościami były nie do pojęcia przez moich ówczesnych szefów. Mieszkańcy tych domów mieli terapię, dach nad głową, jedzenie, ubranie. Ale było to życie byle jakie. Wegetowali – opowiada szefowa skawińskiego domu, która wówczas dojrzewała już do tego, by stworzyć dla osób z niepełnosprawnościami przestrzeń, gdzie nie będą traktowane lekceważąco, jak duże dzieci. – To są rzeczy, które zależą od nas, nie tylko od decyzji polityków. Od dyskryminacji osób niepełnosprawnych zaczynają się kolejne dyskryminacje: ktoś jest za wysoki, za niski, za chudy, za gruby, jest takiej czy innej opcji, wyznania i mi nie pasuje. Jedna mała dyskryminacja powoduje kolejne, zaczyna brakować miejsca na różnorodność – wyjaśnia, dlaczego walka o prawo do godnego życia najsłabszych leży w interesie zdrowego społeczeństwa.

A On mówi: jeszcze!

Gdy w 2005 roku zaproponowano jej prowadzenie środowiskowego domu samopomocy w Skawinie, potrzebowała miesiąca na decyzję. – To był wówczas abstrakcyjny pomysł, bo właśnie urodziłam trzecie dziecko i nigdzie się nie wybierałam. Ale wszystkie okoliczności wskazywały na to, że moje dziecko będzie rosło z tym domem – opowiada. Powiedziała „tak” i rozpoczęła się nowa historia.

W tym rozdziale dużą rolę odgrywa teatr pod nazwą Krewni Pana Boga. W autorskich przedstawieniach Stanisława szuka odpowiedzi na pytanie, które słyszała jako młoda dziewczyna: skąd cierpienie? Widziała je w każdym spojrzeniu dziecka z porażeniem mózgowym, czy samotnej matki Edytki z zespołem Downa. To pytanie chciała w ich imieniu postawić Bogu. W spektaklach jej zespołu nikt nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Widz sam musi odkryć, po co na ziemi są ludzie niepełnosprawni. Reżyserka i aktorzy – którymi są jej podopieczni, bo z myślą o nich powstają kolejne sztuki – podsuwają jednak pewne tropy. Z trylogii, na którą składają się trzy sztuki: „Sen aniołów”, „Wędrówki aniołów” i „Powroty aniołów”, wyłania się wizja osób, które są po to, by przypomnieć ludziom, co jest najważniejsze. – Po napisaniu wszystkich trzech części stwierdziłam, że właściwie zrobiłam już w swoim życiu wszystko. Ale Pan Bóg mówi: Jeszcze, jeszcze! – śmieje się Stasia.

To „jeszcze” zaprowadziło ją i jej aktorów… do więzienia w Wadowicach. Wystąpili dla 50 osadzonych. Było ryzyko, że wyśmieją, wygwiżdżą, wytupią. – Ja bym to zniosła, ale co z osobami, którym nie umiałabym tego wytłumaczyć? Czułam jednak, że trzeba spróbować – mówi z przekonaniem reżyserka. Podczas przedstawień nie widzi widzów aż do ostatniej sceny. W Wadowicach słyszała tylko ciszę. Taką, która jest tylko podczas podniesienia w kościele. Więźniowie byli zszokowani. Stasia zobaczyła grupę ubranych jednakowo mężczyzn, z podgolonymi głowami, wytatuowanych. W ich oczach były łzy. Po tym przedstawieniu zespół dostawał kartki robione specjalnie dla nich przez więźniów. Jeden ze skazanych pracował i postanowił przekazywać im swój dochód. Przed więźniami w Wadowicach wystąpili już trzy razy, za każdym razem na ich prośbę.

Jedno z przedstawień opowiada o dziewczynce obdarowanej przez Boga niewidzialnymi skrzydłami. Poszła w świat, spotykała różnych ludzi: chorych, na wózku, cierpiących. Rozpoznawała ich po niewidzialnych anielskich skrzydłach, takich samych, jak jej. Postanowili być razem i stworzyli dom – miejsce otwarte, gdzie każdy czuje się u siebie. Mieszkają w nim aniołowie, którzy przypominają, że najważniejsza jest miłość, a nie posiadanie; relacje, a nie znajomości; że najważniejszy jest człowiek, który jest najlepszym lekarstwem na samotność. Jak w Skawinie.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama