To nie była droga usłana różami

Cała Polska usłyszała o niej 27 sierpnia, gdy zdobyła złoty medal na igrzyskach paraolimpijskich w Tokio. Dziś mówi: – Choć wiele razy mogłam umrzeć, jednak dożyłam tej chwili, że zagrali dla mnie na igrzyskach Mazurka Dąbrowskiego!

Kiedy Róża Kozakowska zdobywała pierwszy dla Polski złoty medal na igrzyskach paraolimpijskich w Tokio, niewielu wiedziało, przez co przeszła ta dzielna sportsmenka. Historia jej życia tak szybko obiegła kraj jak informacja o mistrzostwie i pobitym rekordzie świata w rzucie maczugą (28,74 m). – Wielokrotnie prosiłam Boga, by mnie zabrał z tego świata. Na szczęście miał wobec mnie inne plany. Poprzez sport utrzymał moją wolę życia. Dziś jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi – stwierdziła zaraz po osiągnięciu życiowego sukcesu.

Bestia we własnym domu

Obok tego złota nie można przejść obojętnie. Droga do niego nie była usłana różami. Co więcej, Polka wywalczyła najcenniejszy krążek dzień po swoich 32. urodzinach, sprawiając sobie najpiękniejszy prezent, o którym marzyła od dziecka. A dzieciństwo miała bardzo trudne. Była dzieckiem radosnym, pełnym optymizmu. Na zdjęciach z przeszłości rzuca się w oczy jej uśmiech od ucha do ucha. Niestety, regularnie gasił go ojczym. Róża mieszkała z nim i mamą w bardzo trudnych warunkach. – Grzyb, zimno, przeciekający dach. Rudera. Ten budynek nadawał się tylko do zburzenia przez koparkę – wspomina po latach.

Jednak nie to było największym utrapieniem dziewczynki. Był nim właśnie agresywny ojczym, który znęcał się nad dzieckiem i jego matką. – Dał nam popalić w życiu. Tak mnie maltretował, że ledwo uszłam z życiem. Nie pozwalał mi siedzieć na kanapie, odzierał mnie z godności. Byłam poniewierana – opisuje drżącym głosem Róża Kozakowska. W szkole podstawowej szybko okazało się, że dziewczyna ma talent do biegania. Wygrywała biegi sprinterskie. Sukcesy jednak wzbudzały furię ojczyma, który bił Różę, dusił, ciągnął za włosy, podtapiał, groził śmiercią, znęcał się psychicznie.

Z niedowierzaniem czyta się jej wspomnienia: „Uderzał z całej siły moją głową o ścianę. Myślę, że jestem taka wysportowana, bo musiałam po prostu przed nim uciekać i przeskakiwać przez wszystko, co napotkałam na drodze, żeby mnie nie dopadł. Ale gdy nie zdążyłam przeskoczyć przez bramę, to potem leżałam w kałuży krwi”. Róża pamięta też dobrze, że zadania domowe zawsze odrabiała na zewnątrz bez względu na pogodę, bo w domu nie było warunków.

Do dzisiaj nie wie, skąd brało się to bestialskie zachowanie ojczyma. Co wydaje się straszniejsze, kiedy osiągała sukcesy sportowe, oprawca katował ją jeszcze mocniej. Dziewczynka chowała medale u koleżanki. Raz zapomniała się i wróciła z pucharem do domu. Ojczym wpadł w szał, chwycił ją i wbił w jej kolano siekierę. – Koniecznie chciał doprowadzić do tego, żebym nie chodziła. Nie udało mu się to. Widocznie Ktoś tam na górze stwierdził, że mam tu jeszcze wiele do zrobienia – mówi dzisiaj R. Kozakowska.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama