Następna randka w niebie

Gdy zdiagnozowano u niej raka, szybko zdecydowała się na wycięcie guza, ale zrezygnowała z chemioterapii, by nie zaszkodzić życiu nienaro­dzonego dziecka. Maria Cristina Cella Mocellin zmarła 15 miesięcy po narodzinach synka. Wkrótce zostanie błogosławioną.

Jestem wdowcem od ponad ćwierć wieku. Strata Marii Cristiny zostawiła pustkę, której nie da się wypełnić. Brakowało mi doświadczenia wspólnego życia, wspólnego wychowywania dzieci. Życie nauczyło mnie twardo stąpać po ziemi, moja żona pokazała mi jednak, czym jest prawdziwe zaufanie Bogu – tak swą żonę wspominał w jednym z wywiadów Carlo Mocellin. – Nie dokonała heroicznego czynu, tylko po prostu oddała swe życie Bogu – dodał. Pamięta ich pierwsze spotkanie podczas wakacji, które Maria Cristina spędzała w górach u dziadków, i jej spojrzenie, które sprawiło, że stracił dla niej głowę. A ona… Ówczesna licealistka bardzo chciała zostać zakonnicą, na wzór tych, które spotkała w parafialnym oratorium, gdzie była mocno zaangażowana. Pochodziła z głęboko wierzącej rodziny. Kościół był jej domem. Toczyła ostrą walkę z Bogiem, pytając, dlaczego – gdy jest pewna zakonnego powołania – stawia na jej drodze człowieka, który nie jest jej obojętny.

Całe życie dla Boga

Kiedy się poznają, Maria Cristina ma 16 lat, a jej przyszły mąż 17. Jest rok 1985. Niełatwo jest pokonywać dzielące ich 250 km między regionami Veneto i Lombardią, w których mieszkają. Nie ma mediów społecznościowych i czatów.

Zachowało się 170 listów, które do siebie pisali. W jednym z nich Maria Cristina wyznała: „Zrozumiałam, że moje życie może być całe dla Boga również w rodzinie”. Kiedy przyjmuje oświadczyny Carla, ma 17 lat. W liście do przyszłego męża pisała: „To naprawdę miłość sprawia, że ​​świat się kręci! Moją miłością do Ciebie i tym wielkim darem, jakim jest życie, na swój mały sposób przyczyniam się do tego, aby świat stał się lepszy… Nie sądzisz, że to niezwykłe? Gdyby nie ty i ja, którzy się kochamy, światu zabrakłoby tego czegoś, czego nikt inny oprócz nas nie mógłby dać”.

– Byli pełni życia i pełni pasji. Maria Cristina opiekowała się dziećmi w parafii, bardzo to kochała. Marzyli o licznej rodzinie, bardzo się wspierali – wspomina Alberto Zaniboni, ich przyjaciel z lat szkolnych, który zaraz po śmierci Marii Cristiny zaczął zbierać świadectwa o jej życiu i pisane do przyjaciół oraz rodziny listy. Uratował je przed zapomnieniem, a zarazem zebrał materiał do procesu beatyfikacyjnego swej przyjaciółki, który – po przeczytaniu jej dziennika duchowego – postanowił otworzyć bp Antonio Mattiazzo. – To nie była osoba, która w granicznej sytuacji podjęła dla jednych bohaterską, a dla innych niezrozumiałą decyzję. Ona całe życie pozwalała, by to Bóg był na pierwszym miejscu. Swemu mężowi często powtarzała, że to miłość sprawia, iż świat się kręci – mówi ordynariusz Padwy. Przypominając, że swe duchowe notatki Maria Cristina zaczęła prowadzić jeszcze w szkole podstawowej, wyznaje, iż był pod wrażeniem głębi świadectwa jej autentycznej wiary.

– Łatwiej jest powiedzieć, że moja żona była święta, niż pokazać, na czym konkretnie ta świętość polegała. Gotowała, prała, dbała o mieszkanie i opiekowała się naszymi dzieci, które jedno za drugim przychodziły na świat. Była uparta, więc często się kłóciliśmy, ale równie szybko godziliśmy – mówił Carlo Mocellin w jednym z programów włoskiej telewizji na temat świętych z sąsiedztwa, w którym uczestniczył papież Franciszek.

Nie jesteś przypadkiem

Zdiagnozowanie raka wywraca ich świat do góry nogami. Ból spowodowany złośliwym mięsakiem na lewym udzie staje się coraz większy. Maria Cristina przechodzi trzy cykle chemioterapii. Na ile tylko pozwala mu szkoła, Carlo jest u jej boku. Młodzi utwierdzają się w przekonaniu, że chcą przez życie iść razem. Maria Cristina notuje: „Zdałam sobie sprawę, że wszystko jest darem, nawet choroba, bo jak najlepiej przeżyta, może naprawdę pomóc w rozwoju. Jesteśmy obrazem największej miłości, jaką jest Bóg! I będziemy dobrymi małżonkami i rodzicami, jeśli zawsze będziemy mieli przed sobą krzyż jako znak do naśladowania i zasadę życia”. Chorobę udaje się pokonać. Mimo długiej przerwy w nauce, dzięki swej determinacji, Maria Cristina zdaje maturę i dostaje się na wymarzony uniwersytet w Mediolanie. Studiuje języki obce i literaturę. 2 lutego 1991 r. zawierają sakramentalne małżeństwo i osiedlają się w Capané, rodzinnej miejscowości Carla. Studia kończy zaocznie. Dziewięć miesięcy po ślubie na świat przychodzi Francesco, a rok później Lucia. Są szczęśliwi. Realizuje się marzenie Marii Cristiny, która prosiła Boga: „Nie dawaj mi jednego dziecka, obdaruj przynajmniej dziesiątką!”.

W dniu ślubu Maria Cristina napisała do męża szczególny list: „Najdroższy, rozpoczynamy jeszcze wspanialszą drogę. Od dziś jestem Twoją żoną, a Ty moim mężem: czyż to nie wspaniałe? Módlmy się, Carlo, aby ta nasza miłość była wyjątkowa teraz i na zawsze. Kocham Cię i nawet nie wiem, jak to wyrazić, mam jednak nadzieję, że zawsze będę okazywać Ci miłość, szczególnie w najtrudniejszych chwilach, które nas czekają”.

– Moja żona mnie wyprzedzała, jakby wytyczała drogę, i nigdy do niczego nie zmuszała, szczególnie w wierze. Była przekonana, że wiarą należy żyć, a nie o niej gadać – wyznaje Carlo. – Była człowiekiem modlitwy. Już jako kilkuletnia dziewczynka zaczęła prowadzić dziennik duchowy. Modliła się za mnie. W jednym z listów napisała: „Boli mnie to, że nie modlimy się razem, ale ja zawsze modlę się za Ciebie” – wspomina mąż przyszłej błogosławionej. Wyznaje, że gdy zaszła w trzecią ciążę, byli bardzo szczęśliwi. Nawrót raka był trudnym doświadczeniem, które ich bardzo zbliżyło także duchowo.

Rozpoczynają drogę wspólnej małżeńskiej modlitwy. Wszystkie decyzje podejmują odtąd razem, także tę, że po wycięciu guza Maria Cristina nie podda się chemioterapii, by ich syn mógł urodzić się zdrowy. Przed śmiercią pisze list do swego synka. Kilka tygodni po jej odejściu wydrukował go największy włoski dziennik „Corriere della Sera” pod wymownym tytułem: „Nie chciałam z ciebie zrezygnować i lekarz zrozumiał”. Maria Cristina zwraca się do synka: „Nigdy nie myśl, że jesteś na świecie przypadkiem. Ze wszystkich sił opierałam się propozycjom lekarzy, aż w końcu zrozumieli, że nie zmienię decyzji. Riccardo, jesteś dla nas darem. Kiedy wieczorem wracaliśmy ze szpitala po podjęciu ostatecznej decyzji, po raz pierwszy poruszyłeś się pod moim sercem. Wydawało się, że mówisz: »Dziękuję mamo, że mnie kochasz!«. Jakże moglibyśmy cię nie kochać? Jesteś cenny, a kiedy patrzę na ciebie i widzę cię tak pięknym, żywotnym, przyjaznym, myślę, że nie ma na świecie cierpienia, którego nie warto znosić dla dziecka. Bóg chciał nas napełnić radością: mamy trójkę wspaniałych dzieci, które, jeśli On tego zechce, z Jego łaską, będą mogły wzrastać tak, jak On tego chce. Mogę tylko dziękować Bogu, że zechciał dać nam ten wielki dar, jakim są nasze dzieci. Tylko On wie, jak bardzo chcielibyśmy więcej, ale na razie jest to naprawdę niemożliwe”.

Kiedyś zrozumiem…

W lipcu 1994 roku na świat przychodzi Riccardo. Jest zdrowy. Maria Cristina natychmiast zaczyna chemioterapię. Za późno. Rak zaatakował płuca. Kobieta bardzo cierpi: „Ojcze, ofiaruję Ci moje serce jako dom, w którym możesz zamieszkać. Oddaję Ci moje życie, aby wypełniła się Twoja wola”. Lekarze bezradnie rozkładają ręce. Maria Cristina liczy na cud, ale nie przestaje ufać Bogu. Siłę znajduje w Eucharystii. Notuje: „Wierzę, że Bóg nie dopuściłby do bólu, gdyby nie chciał uzyskać tajemnego i niepojętego, ale rzeczywistego dobra. Wierzę, że nic większego nie mogłam uczynić, jak powiedzieć Panu: »Bądź wola Twoja«. Wierzę, że pewnego dnia zrozumiem sens mojego cierpienia i podziękuję za nie Bogu. Wierzę, że bez mojego bólu znoszonego z pogodą i godnością zabrakłoby czegoś w harmonii wszechświata”.

Gaśnie 22 października 1995 roku. Ma zaledwie 26 lat. Przed śmiercią umawia się z mężem na kolejną randkę… w niebie. Jej ostatnie słowa to powtarzane jak pożegnalna modlitwa imiona jej dzieci: Francesco, Lucia, Riccardo. – Świadoma, że umiera, mówi: „Wypełnienie Twojej woli, Panie, napełnia mnie pokojem” – wspomina ks. Teofano Rebuli, który był przy niej do końca. Mówi, że na pięć dni przed śmiercią zanotowała w dzienniku: „Boję się, ale nie za bardzo, ponieważ czuję Twoją obecność – cichą, ale realną. Jesteś przy mnie. Jesteś. Nie mówisz, lecz szepczesz do mego serca słodkie słowa, które dają mi radość”.

Przyjaciele z noszącej imię Marii Cristiny fundacji, która pomaga kobietom w trudnej sytuacji, podkreślają, że ona uczy ich życia Ewangelią. Wtedy nic nie jest niemożliwe. – Była normalną żoną i matką, jakich wiele jest w naszych parafiach. Jej normalność stała się świadectwem – mówi ks. Massimo Valente, proboszcz parafii, gdzie została pochowana. Wyznaje, że na jej grób wciąż przychodzą ludzie, głównie młodzi. W przechowywanej w kościele księdze ktoś napisał: „Jej życie jest fascynujące, ponieważ zupełnie normalne; pełne wątpliwości i poszukiwań charakterystycznych dla młodych ludzi. Cristina pociąga, bo była normalną matką i żoną, kobietą o ogromnym sercu umiejącą do końca zaufać Bogu. Jej świętość jest bliska zwyczajnym ludziom”.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama