Nie myślę o powrocie

O kryzysie, w którym pogrążyły się mniejsze ośrodki, opowiada Marek Szymaniak, autor książki „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”.

Maciej Kalbarczyk: Zbierając materiał do książki, odwiedził Pan prawie trzydzieści miast znajdujących się w trudnej sytuacji społeczno-ekonomicznej. Jakie nastroje panują wśród ich mieszkańców?

Marek Szymaniak: To żal, gniew i rozgoryczenie. Wiele osób zwraca uwagę, że politycy zapomnieli o mniejszych miejscowościach. Zachowują się tak, jakby nie ponosili żadnej odpowiedzialności za likwidację zakładów, które zapewniały pracę dużej części populacji danego miasta. Upadek przemysłu był w dużej mierze konsekwencją transformacji ustrojowej. Dlaczego jednak rządzący nie zadbali o to, aby w miejsce zamkniętych przedsiębiorstw powstały nowe? To pytanie usłyszałem od jednego z bohaterów mojego reportażu. Bierność i obojętność władz doprowadziły do tego, że w wielu miejscowościach wciąż panuje wyższe bezrobocie niż w innych regionach kraju. Z tym problemem zmagają się m.in. mieszkańcy Kętrzyna, Bielawy, Hajnówki, Braniewa, Bartoszyc czy Jasła. Młodzi ludzie nie chcą tam zostać.

Z opracowania prof. Andrzeja Karpińskiego pt. „Jak powstawały i jak upadały zakłady przemysłowe w Polsce” wynika, że tylko ok. 30 proc. likwidacji było uzasadnionych. Czy to oznacza, że zapaści można było zapobiec?

Część zakładów rzeczywiście musiała upaść, ale wiele można było uratować. Dobrym przykładem jest prudnicki Frotex, w którym produkowano wyroby włókiennicze, eksportowane m.in. do Belgii, Włoch, Hiszpanii, Australii i Stanów Zjednoczonych. Na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. to przedsiębiorstwo, które w okresie swojej świetności zatrudniało 4 tys. osób, przechodziło poważny kryzys. Dzięki rewolucji technologicznej zaczęło jednak wychodzić na prostą. Niestety warszawski zarząd podjął błędną decyzję o zakupie drugiej, zadłużonej fabryki. Nieroztropne okazały się także działania władz centralnych, które z jednej strony nie walczyły skutecznie z przemytem, a z drugiej zbyt szybko zniosły cła na towary z rynków, stanowiących dla Frotexu konkurencję. Wówczas nasz kraj zalały produkty z Turcji i Bliskiego Wschodu, co było dla polskiego zakładu potężnym ciosem. Przed konsekwencjami wspomnianych decyzji ostrzegali m.in. związkowcy, ale ich głosu nikt nie słuchał. Niedługo potem fabryka zaczęła mieć poważne problemy, aż w końcu upadła.

Niektórzy twierdzą, że przyczyn kryzysu, w którym pogrążyły się mniejsze miejscowości, należy upatrywać nie tylko w terapii szokowej Leszka Balcerowicza, lecz także w lenistwie mieszkańców. Czy zgadza się Pan z tym twierdzeniem?

Absolutnie nie. O ich zaradności i przedsiębiorczości świadczą próby zakładania własnych firm oraz wykorzystywanie swoich zasobów i kontaktów, aby wyemigrować za granicę. Gdyby nie chcieli pracować, nie podejmowaliby tak dużego wysiłku. Dzisiaj zdarza się, że młodzi ludzie dość szybko rezygnują z zatrudnienia w swojej rodzinnej miejscowości. To jednak nie wynika z lenistwa, ale z coraz większej świadomości tego, jak wygląda rynek pracy w dużych ośrodkach. W takich miastach jak Warszawa, Kraków czy Wrocław pracownicy mogą liczyć nie tylko na wyższe wynagrodzenia, lecz także na liczne profity, takie jak pakiety medyczne, darmowe kursy językowe, karnety na siłownię itd. W mniejszych miejscowościach jedyną możliwością jest zazwyczaj praca w małej firmie. To często wiąże się z niestabilnym zatrudnieniem na umowach śmieciowych lub pracą na czarno, nadgodzinami, nadmiarem obowiązków i brakiem możliwości awansu. Dlatego często jedyną szansą na lepsze życie jest wyjazd na studia i znalezienie pracy w dużym mieście.

Niektórzy decydują się jednak na powrót. Może jest jeszcze nadzieja dla małych miast?

Wiele osób liczy na poprawę sytuacji, ale najczęściej powrót wiąże się z dużym rozczarowaniem. Rozmawiałem z młodą mieszkanką Hajnówki, która ukończyła studia i postanowiła spróbować swoich sił w rodzinnym mieście. Długo szukała pracy odpowiadającej jej kompetencjom. Bezskutecznie. W przypływie frustracji postanowiła wysłać CV do większych ośrodków. Wkrótce otrzymała zaproszenia na kilka rozmów kwalifikacyjnych i znowu opuściła Hajnówkę. Innym przykładem jest małżeństwo z Kętrzyna. Co prawda oboje znaleźli pracę na miejscu, ale mocno doskwiera im uboga oferta kulturalno-rozrywkowa. Dlatego wciąż nie wiedzą, czy zostaną.

Do niedawna byłem przekonany, że życie w mniejszej miejscowości jest opłacalne chociażby ze względu na niższe ceny nieruchomości. Lektura Pana książki wyprowadziła mnie z tego błędu.

Z racji tego, że ludzie wyjeżdżają z mniejszych ośrodków, wielu osobom wydaje się, iż podobnie jak w opuszczonych, włoskich miasteczkach stoją tam pustostany, które można kupić za grosze. W Polsce jest inaczej. To swoisty paradoks: w miastach, które wyludniają się w coraz szybszym tempie, ludzie mają ogromne kłopoty z zakupem lub wynajmem mieszkania. Przyczyną tego zjawiska są w jakimś stopniu niskie zarobki. Jeśli w małym mieście otrzymuję minimalne wynagrodzenie, a metr mieszkania kosztuje ok. 4 tys. zł, to muszę odkładać na nie równie długo jak w dużym mieście, w którym zarobki i ceny nieruchomości są proporcjonalnie wyższe. Nie chodzi jednak tylko o pieniądze. W małych miastach buduje się znacznie mniej niż w metropoliach. Ogromnym problemem jest także deficyt mieszkań socjalnych i komunalnych. Przykładowo w Tomaszowie Lubelskim czy w Jaśle na własne lokum trzeba czekać nawet kilkanaście lat.

Poza brakiem mieszkań problemem jest także ograniczony dostęp do usług medycznych.

Tak, i nie chodzi tylko o odległość do najbliższej przychodni. Przykładowo w Kraśniku, ze względu na rosnące zadłużenie tamtejszego szpitala, radni zdecydowali o likwidacji oddziału ginekologiczno-położniczo-noworodkowego. Mieszkanki miasta miały rodzić dzieci w oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów placówkach w Lublinie, Janowie Lubelskim i Bełżycach. Ostatecznie, ze względu na trwającą kampanię wyborczą i opór społeczny, oddział przetrwał. Sam zamiar jego zamknięcia sprawił jednak, że mieszkańcy mogli poczuć się obywatelami drugiej kategorii. Oni przecież płacą takie same podatki jak mieszkańcy dużych miast, a nie mogą liczyć na podobny poziom usług publicznych. Pomysły likwidacji oddziałów lub wręcz całych szpitali nadal pojawiają się w różnych regionach kraju. To konsekwencja niewydolności służby zdrowia.

Obrazu zapaści dopełnia zanieczyszczenie powietrza.

To niestety prawda. W metropoliach już od kilku lat trwa dyskusja o smogu. W mniejszych miejscowościach nie wszyscy są świadomi konsekwencji tego zjawiska. Niektórzy lokalni włodarze zaczynają podejmować pewne działania w tej sprawie, ale nie zawsze skuteczne. Na przykład w Nowej Rudzie realizowano program wymiany kopciuchów. Zainteresowanie było dość duże, ale w pewnym momencie pojawił się problem z wypłatą środków. To zniechęciło kolejnych mieszkańców do pozbycia się starych pieców. Ponadto w wielu mniejszych ośrodkach nie ma nawet jednego czujnika smogu. Nie można dbać o czystość powietrza, nie dysponując rzetelnymi danymi na ten temat.

Według ekspertów remedium na wyludnianie się mniejszych miast może stanowić deglomeracja, czyli przenoszenie siedzib instytucji publicznych poza aglomeracje. Czy to rzeczywiście może coś zmienić?

Zdaniem orędowników tej koncepcji wraz z urzędami w danym mieście pojawią się także inwestorzy oraz kadry wyższego szczebla. Dzięki temu powstaną nowe miejsca pracy. Prekursorem deglomeracji w naszym kraju jest Chełm. W ostatnich latach otwarto tam m.in. Centrum Usług Wspólnych NFZ, Wydział Obsługi Kont Nieaktywnych ZUS oraz Centrum Doradztwa Polskiego Funduszu Rozwoju. W planach są kolejne urzędy. Wydaje się, że to przyniesie dobre efekty. Mniejsze miejscowości powinny jednak w równym stopniu brać udział w tym procesie. Na razie możemy rozmawiać tylko o Chełmie.

Jaka przyszłość czeka mniejsze ośrodki?

Nie jestem optymistą. Dzisiaj tzw. miasta zapaści zamieszkuje ponad 5 mln ludzi. Według prognoz do 2030 roku liczba ta zmniejszy się co najmniej o 10 proc. Jeśli nic się nie zmieni, na miejscu pozostaną głównie osoby starsze i schorowane. Bez osób aktywnych zawodowo i płacących podatki oferta publiczna będzie coraz uboższa: dojdzie do likwidacji kolejnych oddziałów szpitalnych, znikną połączenia autobusowe i kolejowe. Młodzi wciąż będą szukać szczęścia gdzie indziej.

Sam pochodzi Pan z miasta zapaści. Czy myśli Pan jeszcze o powrocie?

Wyprowadziłem się z Krasnegostawu, ale nadal dość często odwiedzam to miejsce. Oprócz spotkań z rodzicami bardzo cenię sobie tamtejsze kino, które zostało wyremontowane jakiś czas temu. Bilety są tańsze niż w Warszawie, a oferta naprawdę przyzwoita. To jednak za mało, aby osiąść tam na stałe. Nawet gdybym wrócił, nie miałbym gdzie podjąć pracy w swoim zawodzie. Stabilne zatrudnienie jest fundamentem, bez którego trudno rozważać taką decyzję. Dlatego nie myślę już o powrocie, chociaż cały czas ciągnie mnie w rodzinne strony.•

Marek Szymaniak

ur. w 1988 r. dziennikarz i reporter. Autor książek „Urobieni. Reportaże o pracy” oraz „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”. Laureat nagrody za reportaż prasowy przyznawanej przez jury Festiwalu Wrażliwego, zwycięzca konkursu dla dziennikarzy „Pióro odpowiedzialności”, zdobywca drugiej nagrody w konkursie „Twarze ubóstwa” im. Bartosza Mioduszewskiego.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama