Stolik pojednania

– Próbuję trafiać do serc młodych ludzi przez wiarygodność, prawdomówność i szczerość. I chętnie dzielę się z nimi świadectwem mojego życia małżeńskiego. Nie blefuję, naprawdę jestem szczęśliwa i spełniona, choć czasami sobie popłaczę – mówi Maria Młotkowska.

Od 27 lat pani Maria z Cieśli k. Bodzanowa jest doradcą życia rodzinnego. Od niemal dwóch miesięcy jest to dla niej szczególne wyzwanie i okazja do składania świadectwa, bo tuż przed Wielkanocą zmarł nagle jej mąż. Byli małżeństwem przez ponad 51 lat. – Mówię im dużo o sobie i biorę przykłady z naszego wspólnego życia, ale wtedy pojawiają się łzy, bo po śmierci męża wszystko jest jeszcze takie świeże. Powtarzam im, żartując, że najtrudniejsze jest pierwsze 20 lat, a potem to czas już śmiga – opowiada pani Maria.

Doradza między innymi, jak w małżeństwie przezwyciężać chwile zagniewania. – Mniej więcej po dwóch cichych dniach potrzebne są dwa krzesła i dwie filiżanki z herbatą, aby stworzyć okazję do rozmowy. Zwracam młodym uwagę, by nie mówili sobie wtedy kolejny raz o swoich racjach, żeby się już wzajemnie nie „dziobali”. A może lepiej zacząć na wesoło, zagniewanie czasami warto złamać żartem. Czasami trzeba sobie powiedzieć, że tak naprawdę „nic się nie stało”. Nasz egoizm jest tak zawzięty, że lubimy wracać do tej samej kości niezgody albo udawać i krążyć wokół problemu. A trzeba umieć się pogodzić, usiąść przy jednym stole, popatrzeć sobie w oczy i porozmawiać przy herbacie czy kawie – radzi wieloletnia doradczyni życia rodzinnego.

Trzy dekady pracy z narzeczonymi dają pani Marii skalę porównawczą poziomu dojrzałości przyszłych małżonków dawniej i dziś. – Czasami przeraża mnie ich życiowe niedoświadczenie i mała wiara. Zwracam więc im uwagę, aby od ślubu zaczęli razem chodzić co niedzielę do kościoła. Gdybym chciała streścić cały mój wywód w jednym przesłaniu, co jest istotne w przygotowaniu do sakramentu małżeństwa, to byłaby to spowiedź. Jedna z uczestniczek spotkania zwierzyła mi się kiedyś, że kombinowała, jak tu do spowiedzi nie pójść. To jest jedno z najmocniejszych przesłań moich spotkań z nimi: gorąca zachęta, aby poszli do konfesjonału i szczerze się wyspowiadali.

Moim zdaniem to najważniejsze przygotowanie przed zawarciem sakramentalnego małżeństwa, aby przeorać duszę do białości. Jeśli męża, żonę, przyszłego ojca i przyszłą matkę, na początku wspólnej życiowej drogi nie stać na szczerość, a ich postawa trąci fałszem, to prezentują sobą niewielką wartość. Dopiero wtedy będą mogli właściwie usłyszeć i wypowiedzieć słowa przysięgi małżeńskiej. A ja jeszcze dodaję, aby w pamięci podkreślili sobie zdanie „...i że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Najpierw trzeba w te słowa uwierzyć – podkreśla pani Maria.

Gdy pani Maria widzi, że kogoś poruszane kwestie nie interesują albo się z nimi nie zgadza, próbuje podejść do tej osoby w inny sposób. I to skutkuje.

– Jest cisza zwłaszcza wtedy, gdy mówię im o naturalnym planowaniu rodziny. Staram się mówić delikatnie; potem na osobności padają pytania. Mówię im też, że dziecko nie rodzi się wierzące. Nauczy się wiary tylko i wyłącznie z ich świadectwa życia – dodaje.

Pani Maria ma jeszcze jedną pasję: jest nią ratowanie uszkodzonych figur świętych. – Wszystko zaczęło się w 2004 r. od starej kapliczki w Cieślach k. Bodzanowa. Kiedyś znajdowała się w niej figura św. Antoniego, ale w czasie prac przy drodze całą kapliczkę trzeba było przesunąć. W czasie tej operacji nie zauważono, jak z niszy wypadła figura świętego. Stała więc sama kapliczka, ale bez świętego. Dopiero po kilku latach pewien rolnik wyorał figurę z ziemi. Sam św. Antoni o siebie się upomniał. Posąg trzeba było tylko oczyścić i uzupełnić powstałe ubytki. Zrobiłam to i tak się zaczęła moja historia ze świętymi. Potem była kolejna figura Matki Bożej, należąca do mojej cioci, która się potłukła na 14 elementów. A była piękna, nietypowa, przywieziona kiedyś być może z Hiszpanii. I inne: figura Jezusa Miłosiernego i Matki Bożej Fatimskiej, o których uratowanie poprosił mnie ks. Stanisław Dziekan, wówczas proboszcz w Miszewie Murowanym. Teraz znajomi chcieli, abym odnowiła starą figurę Matki Bożej, która stała w niszy domu. Bardzo lubię to robić. To jakby „leczenie świętych”, a oni potem się odwzajemniają. Mam na to dowody – mówi z przekonaniem pani Maria.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama