Historyczne starcie

In vitro to ideologia, bezmyślny i krzywdzący ludzkie zdrowie i życie program. Tak myślą także ginekolodzy i neonatolodzy. Ujawniła to pierwsza w historii debata między wykonawcą in vitro a twórcą naprotechnologii.

Niepłodność jest chorobą wyjątkową i tylko urodzenie dziecka rozwiązuje problem – mówił prof. Marian Szamatowicz, pierwszy wykonawca in vitro w Polsce. „Otóż nie, bo produkując dziecko, nie leczy pan bezpłodnych rodziców, nie rozwiązuje pan problemu, a go omija, często doprowadzając do gorszych komplikacji zdrowotnych u pacjentów i dzieci” – odpowiedział prof. Thomas Hilgers, twórca naprotechnologii.

Chyba wbrew zamierzeniom, propagator sztucznego zapłodnienia w Polsce ujawnił kilka mało popularnych faktów o programie in vitro, który wykonuje od 30 lat w swojej klinice w Białymstoku. Okazało się, że jednak „program in vitro jest inwazyjny”, że jednak „niesie ryzyko genetycznych uszkodzeń płodów”, a część z nich ujawni się dopiero w kolejnych pokoleniach! Że 80 proc. zamrażanych zarodków ginie po rozmrożeniu, że mnogie ciąże przy sztucznej prokreacji są na porządku dziennym. A więc to wszystko nie jest wymysłem katolików. Szamatowicz mówił, że już nawet sama inseminacja, czyli podanie pipetą męskiego nasienia na szyjkę macicy, musi być poprzedzona płukaniem nasienia. „Nie daj Boże, gdyby tego nie zrobić!” – złapał się za głowę. Zapytany przez siedzących na sali lekarzy, czy nie uważa za niewłaściwe, iż zabija tysiące istot ludzkich, by dać życie innym, odpowiedział: „To niewątpliwy negatyw programu, bo za każdym razem giną embriony. Ale ja ich nie zabijam, one obumierają”.

Nie mam wątpliwości, że wszystko to Szamatowicz mówił już wcześniej, tylko nie wszystkim zależało na upublicznianiu takich wypowiedzi. Także nagłaśnianiu faktu, że parający się in vitro lekarze z premedytacja ignorują wiedzę i doświadczenia w leczeniu bezpłodności. Po prostu jej nie diagnozują, bo, jak mówił Szamatowicz, „byłaby to kradzież czasu reprodukcyjnego kobiety”. Niewiarygodne, że tak może mówić lekarz. Warto przyjrzeć się też terminologii, jakiej używa Szamatowicz. Zamiast prokreacja – reprodukcja. To chyba termin zarezerwowany dla innego gatunku niż ludzki.

Szkoda czasu

Prof. Thomas Hilgers spotkał się z prof. Szamatowiczem na publicznej debacie po raz pierwszy. Obaj wygłosili odczyty w Poznaniu w czasie konferencji perinatologów i neonatologów polskich. Ginekolodzy koncentrowali się na medycynie rozrodu i problemie bezpłodności. Wykład twórcy naprotechnologii był kompetentny i rzeczowy. Hilgers wyjaśnił, na czym polega praca z parą borykającą się z bezpłodnością. Chodzi o wnikliwe i skrupulatne poznanie cyklu kobiety, zdiagnozowanie dni, kiedy ma ona wysoki poziom progesteronu, hormonu odpowiedzialnego za płodność, jak kształtuje się gęstość śluzu w pochwie. Naprotechnologia łączy naukę dotyczącą prokreacji z technologią medyczną laserów, mikrochirurgią, a ostatnio chirurgią za pomocą robotów. Wykorzystuje się w niej również zaawansowane badania hormonalne. Podstawą naprotechnologii jest model Creigh­tona, nowoczesna metoda naturalnego planowania rodziny. Prace nad tym modelem, jak zaznaczył prof. Hilgers, zapoczątkowano w 1976 r., a ich inspiracją była metoda badania płodności kobiety propagowana przez małżeństwo Billingsów. W Instytucie Pawła VI w Omaha, gdzie pracuje ginekolog, przeprowadzono żmudne badania, obserwując trzy tysiące kobiecych cykli. Jest to największa w świecie baza danych dotyczących owulacji. Zespół Hilgersa doszedł też do lekceważonych przez część ginekologów wniosków, że jedną z przyczyn braku owulacji, a więc jajeczkowania, jest tzw. zespół pustego pęcherzyka, zapadanie się pęcherzyków lub opóźnione pęknięcie (zachodzi przez wiele dni zamiast w ciągu 10 sekund). Jedynym sposobem na wykrycie zaburzeń cyklu miesięcznego u kobiety jest obserwacja, na co nie ma czasu i chęci w programie in vitro. Ciemne krwawienie u kobiet przykładowo może być sygnałem o procesie zapalnym szyjki macicy lub dowodem na istnienie mikropolipów. Wiele przyczyn bezpłodności można wyeliminować chirurgicznie lub podając zwiększone stężenie progesteronu. Hilgers przytaczał historie pacjentek, które zgłosiły się do niego po nieudanych próbach in vitro. „Wydali 20 tys. dolarów na nic. Nie wykryto u nich endometriozy, ani złej jakości spermy u mężczyzny. Poprawiliśmy jakość nasienia, podając hormony mężczyźnie, i wykonaliśmy zabieg laparoskopem u kobiety. Kobieta zaszła w ciążę”. Hilgers zarzucił twórcom in vitro lekceważenie właśnie endometriozy. To choroba polegająca na rozroście błony śluzowej macicy. „W wielu przypadkach wystarczy zastosować leczenie farmakologiczne i pacjentka wraca do płodności”. Tymczasem prof. Szamatowicz uparcie twierdził, że leczenie endometriozy jest stratą czasu. „Po interwencji chirurgicznej pacjentka musi czekać aż sześć cykli, by móc zajść w ciążę. Po co, szkoda czasu! – oburzał się wykonawca in vitro.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg