Czas mu nie uciekł

– Oparcie w rodzinie jest ważniejsze od wszystkich moich ról – mówi Franciszek Pieczka, który zagrał ich ponad pięćset. – Wnuki: Alunia, Ania, Tomek, Adrian, Aleksik i dwóch prawnuków – Filipek i Jeremek – to cały mój dorobek.

Mówi tak, choć musi wiedzieć, że widzowie kochają odtwarzane przez niego postaci jak rzeczywistych ludzi i nie wyobrażają sobie bez nich kina. Gustlik, Jańcio Wodnik, święty Piotr, Stachu z „Rancza” – to tylko kilka ról, w których na swój niepowtarzalny sposób uzewnętrznia łagodność i siłę, humor i wiarę w sens świata. – Rodzice kochają swoje dzieci naturalnie, a dziadkowie jeszcze mocniej – mówi pan Franciszek. – W sypialni na szafie mam torbę słodyczy i wnuki zawsze mogą do niej sięgać. I chwała Bogu za to. Kiedy my w dzieciństwie chcieliśmy kupić na odpuście szkloki i kopalnioki, ojciec z matką nas upominali: „Nie róbcie tego rano, po południu będzie taniej”.

Jest najmłodszy z sześciorga rodzeństwa i pamięta, jakimi nauczycielami życia byli dla niego starsi. – Dziś nie ma tyle czasu na zatrzymanie, brak więzi, które mają wielką siłę – uważa. – Urodziłem się na Górnym Śląsku, w Godowie nad Olzą. Po każdej Mszy niedzielnej ciotki i wujkowie siadali w altance przy naszym domu i zaczynali opowiadać. Ciotka Milka, wujek Emrych, ciotka Marta, wujek Czarnota, wujek Tekieli, jeden i drugi. Chłonęliśmy ich refleksje, czując, jak zatrzymują czas.

Dziś wnuki doświadczają tego samego, słuchając jego historii. – Nieraz widziałem, jak moje koleżanki aktorki poświęcały się dla naszego zawodu, a czas ucieka i potem się okazuje, że już jest za późno na dzieci – mówi. Kiedy odwiedza się jego dom w Falenicy pod Warszawą, widać, że czas mu nie uciekł.

Zdarzenie Twoje

– Tu mam swój pokój i sypialnię oddzielone drzwiami od reszty domu – pan Franciszek zaprasza do swojej części na piętrze. – Mam dość mocno przytępiony słuch i to jest pewien komfort, bo jak wnuki sobie rozrabiają, to nic nie słyszę – śmieje się. W tym domu mieszkają razem od zawsze. Tu, od 1972 r., wychowywał się syn Piotr, bo córka Ilona przyszła na świat 16 lat wcześniej w Krakowie. – W ten sposób pogodziłem te miasta jak psa z kotem – uśmiecha się. – Dziękuję Bogu, że mam taki dom, opiekuńczą, głęboko wierzącą synową i dobrego syna.

Eliza i Piotr w przyszłym roku będą świętować jubileusz 25-lecia małżeństwa. Eliza pracuje jako pielęgniarka koordynująca w klinice okulistyki, a Piotr w biznesie. Na jej oddziale miał operowaną zaćmę, ale nosi okulary, żeby, jak mówi, osłonić zmarszczki. – Każde dziecko na początku chce być samodzielne, a potem się okazuje, że dom z dziadkami to najlepszy azyl – chwali wielopokoleniową rodzinę Piotr. Mają swoje rytuały – pan Franciszek każdego ranka przed wyjściem wnuków z domu przygotowuje im herbatę. – Zwykle jest w niej więcej miodu niż herbaty – śmieje się wnuczka Ala, świadoma, jak chce osłodzić im życie. – To mój egoizm, bo wtedy czuję się potrzebny – wtrąca pan Franciszek. – Kiedy myślimy o dziadku, to nie jak o wybitnym aktorze, tylko naszym dziadku. Aż dziadku… – poprawia się Ala.

Na 80. urodziny dostał od proboszcza i krajan z rodzinnego Godowa pamiątkową tabliczkę z fraszką Jana Kochanowskiego „Na dom w Czarnolesie”. – Ten piękny tytuł zamieniłbym na „Dom w Falenicy” – przyznaje. – A strofy wiersza są, jak żadne inne, kwintesencją prawego życia: „Panie, to moja praca, a zdarzenie Twoje/ Raczysz błogosławieństwo dać do końca swoje/ (…) Ja, Panie, niechaj mieszkam w tym gniaździe ojczystym,/ A Ty mię zdrowiem opatrz i sumnieniem czystym” – wypowiada z mocą tekst, który brzmi tak, jakby został napisany o jego życiu.

Spojrzenie w lustro

– Jak się ma 91 lat, to pojawiający się we wspomnieniach są przeważnie już nieobecni – zamyśla się. – Choć w naszej rodzinie było wielu długowiecznych, większość rodzeństwa żyła 85 lat. Siostra, która zmarła w zeszłym roku, miała 96 lat – dodaje. Pierwszy z najważniejszych, który towarzyszy mu we wspomnieniach, jest ojciec Franciszek. – Dziś uświadamiam sobie, jak on harował. Kiedy wracał z szychty, obrabiał jeszcze półtora hektara pola. Do dziś go widzę, jak idzie za pługiem zaprzęgniętym w krowy, w kamizelce od starego ubrania i z gołymi ramionami. Pcha pług tak, żeby krowy się nie zmordowały, bo musiały dać mleko. Wówczas masło szło na sprzedaż, a w domu chleb smarowało się smalcem. Smarowanie kromek ojcu smalcem, kiedy szedł na kopalnię, było obowiązkowe. Pod ziemią zawsze był jakiś procent metanu i masło by zjełczało.

Matka Waleria, czyli Waleska, też nie odstępuje go w pamięci razem ze wszystkimi smakami dzieciństwa: – Dziś zamawia się potrawy z końca świata, a wtedy wszystko było na miejscu – wspomina. – Ugotowane ziemniaki mama zawsze mieszała ze skwarkami, a każde z dzieci pierwsze próbowało się do nich dobrać. Przyrządzała też wodzionkę ze starego, pokrojonego chleba okraszonego wędzonym boczkiem. To był smaczny chleb, bo własnoręcznie przez nią pieczony. Widzę, jak trzyma bochen niby koło młyńskie, chwyta nóż i zanim zaczyna go kroić, robi znak krzyża.

Od takich codziennych gestów zaczynała się głęboka wiara w ich rodzinie: – Ojciec przez długie lata był kościelnym, a ja jako nastolatek grałem na organach. Niekiedy, jak mi się wydaje, że rozmawiam sobie z Panem Bogiem, proszę, żeby dał mi wiarę, jaką mieli moi rodzice. Żebym nie miał wahań, wątpliwości, rozterek. Kiedy dorastałem, matka mnie pouczała: „Synu, jak umrzesz, a tam nic nie będzie, a tu się zachowywałeś dobrze, to nic nie stracisz”. Dlatego po latach, kiedy budzę się rano i patrzę w lustro, mogę do siebie powiedzieć: „Nikogo nie skrzywdziłem”. I nie muszę się wstydzić. Człowiek w moim wieku widział niejednego, co po trupach chciał przewrócić świat do góry nogami, ale mu się to nie udało.

Pan Franciszek pokazuje zdjęcie, na którym rodzice siedzą przed domem. – Mama skrobie ziemniaki, ojciec jest elegancko ubrany, do zdjęcia by się tak specjalnie nie ubierał – objaśnia. A ja myślę, że może był inny powód, o którym już wtedy wiedział, taki jak te nasze wspomnienia. – Nie byłem na pogrzebie matki, bo odcięci od świata kręciliśmy na Mazurach „Żywot Mateusza”. Nie mieliśmy wtedy telefonów komórkowych i dopiero kiedy ktoś przyniósł wiadomość, że szukają mnie przez radio, pojechałem do domu, ale było za późno. Na grobowcu matki zapisaliśmy jej ostatnie słowa: „Jezus, Jezus, Jezus…”. Przy śmierci ojca w szpitalu była moja siostra – wspomina. Potem w „Konopielce” zagrał Boga i dziada. – Boga nikt nie widział, wyobrażałem Go sobie wtedy od strony Jego wnętrza, że jest kwintesencją dobra – mówi.

Przez emocje

W jego życiu zdarzyło się – jak mówi – troszeczeczkę cudów. Przez rok jak ojciec pracował na kopalni: – Ale nie w węglu, tylko robiłem przekopy w kamieniu. Nawiercało się go, odstrzeliwało i szuflami wrzucało do wagoników. Żeby lepiej było podbierać, kładliśmy pod nogami stalową płytę, i to na nią padały kamienie. Jednego dnia górnik przodowy nie zabezpieczył chodnika i kiedy szuflowałem, nagle oderwał się głaz. Uderzył mnie w głowę okrytą skórzanym kaskiem. Podcięło mi nogi, ale kolega w ostatniej chwili złapał mnie za nie i wyciągnął, zanim zostałem zmiażdżony.

– Ktoś się za pana wtedy modlił – mówię. – Mama to się zawsze modliła. Uczyła mnie: „Ty se godej: święty Antoniczku, dej mi na chodniczku”. No i wtedy się udało, że na tym chodniku ocalałem.

To, że na studia w szkole teatralnej po terminie egzaminów przyjął go sam rektor Aleksander Zelwerowicz, też można uznać za cud. Przed szkołą teatralną uczył się w uniwersyteckim studium przygotowawczym w Katowicach. Wtedy zaczął występować w działającym przy nim zespole rapsodycznym prowadzonym przez polonistę. – On mnie namówił na szkołę teatralną i kiedy poszedłem na politechnikę, po miesiącu zostawiłem indeks koledze w akademiku i pojechałem do Warszawy – wspomina. – Zelwer egzaminował mnie w swoim mieszkaniu, bo miał możliwość przyjęcia jednego delikwenta do sztuki aktorskiej. Zaprezentowałem wiersz, prozę, a potem kazał mi powiedzieć trzy razy słowo „miasto” – raz jako Kraków, zabytki, kultura; drugi – Chorzów – huty, kopalnie; trzeci – Las Vegas – zabawy, uciechy. Potem poprosił: „Niech pan zmieni ich kolejność”, a na koniec stwierdził, że mam wyczucie, i mnie przyjął. Kiedy przyjechałem do domu i ojciec zobaczył mnie z walizką, zawołał: „O pieronie, już cię wyciepli!”. Myślał, że mnie wyrzucili z politechniki, ale kiedy się dowiedział, że zostałem aktorem, posypały się straszne pierony – opowiada pan Franciszek. Dopiero po latach, kiedy Franciszek Pieczka był już znanym aktorem charakterystycznym, jego ojciec chwalił się synem: „Tak, pierona, przeca on to po mnie odziedziczył”.

Przyznaje, że się w pracy nie przepychał: – Do filmu jesteśmy obsadzani na odległość, a w teatrze nie walczyłem, żeby coś utargować. U nas, w kraju, jestem postrzegany jako bohater pozytywny, a w Niemczech widzą we mnie zazdrosnego męża, który zabił żonę. W polskim teatrze też różnie bywało, kiedy np. byłem Senatorem w III części „Dziadów” czy Dżumą w „Stanie oblężenia” Camusa.

Z sentymentem wspomina rolę św. Piotra w „Qvo vadis” Kawalerowicza. – Kiedy ze wzgórza, gdzie graliśmy, patrzyłem na bazylikę św. Piotra, wzruszyłem się na myśl, że tam jest nasz rodak Jan Paweł II. Po projekcji byłem tak stremowany, że powiedziałem tylko: „Ojcze Święty, wybacz moją nieudolność” i usłyszałem jego „Dziękuję” – mówi. Kiedy pytam, gdzie się nauczył takiej skromności, odpowiada, że nie da się jej nauczyć, bo byłaby wtedy nieszczera i koniunkturalna. Szczerość musi płynąć prosto z serca. Przyznaje, że każdą rolę zabarwia swoimi przemyśleniami i doświadczeniami i właśnie to uważa za największą frajdę. – Moje aktorskie credo brzmi: „Przez emocje do widza, dopiero one naciskają na klawisz poruszający intelekt odbiorcy” – opowiada. Przyznaje, że przez te wszystkie lata nie marzył o jakiejś konkretnej roli, ale żałuje, że minął go „Król Lear”. – Za to rok temu nagrałem go w Teatrze Polskiego Radia – mówi.

Bo wiem

Kolejnym cudem było poznanie żony Henryki. Niestety, zmarła w 2004 r., kilka miesięcy przed ich złotym weselem. – Wśród ludzi mojego zawodu jestem nietypowy, bo koledzy mają po cztery żony, nawet pięć – mówi. – Ale czy są z tym szczęśliwsi? Wydaje mi się, że gubi ich przekonanie: „Tylko moje się liczy, tylko ja muszę mieć satysfakcję. Jeśli jej nie mam, zmieniam żonę” – twierdzi. Według niego miłość to obopólne ustępstwo. – W czasie studiów w szkole teatralnej różnych dziewczyn wokół było co niemiara – wspomina. – Żonę poznałem w „Dziekance” – domu akademickim naprzeciw pomnika Mickiewicza. Studiowała dziennikarstwo, a kiedy pojechała za mną do Krakowa, przeniosła się na romanistykę. Z kolegami adorowaliśmy wtedy Lidkę Korsakównę, która zagrała w „Przygodzie na Marien­sztacie” i była słynna. Kiedy siedzieliśmy u niej, zgasło światło i poszedłem je naprawić. Przy skrzynce z korkami majstrowała moja przyszła małżonka. „Może koleżanka pozwoli sobie pomóc?” – zapytałem, ale nie pozwoliła. To była miłość od pierwszego wejrzenia, która trwała tyle lat – opowiada. Razem doświadczyli kolejnego cudu, kiedy ich syn Piotr, urodzony jako wcześniak, przeżył. – W moich czasach nie miałby szans – opowiada. – Natychmiast po narodzinach w szpitalu włożono go do inkubatora. Podczas odwiedzin zobaczyłem, że mój taki chudy jak pajączek leży z drugim noworodkiem, większym, silnym, bo dużo się dzieci wcześniej urodziło i leżały parami. Pomyślałem sobie: „Ojojoj, jest źle”. Ale okazało się, że mój przeżył, a tamten nie. Takiego słabeusza Anioł Stróż ochronił, zaprotegował u Boga.

W tamtych chwilach żona zachowywała duży spokój, podobnie jak w ich codziennym życiu. – Bardzo dużo jej zawdzięczam – przyznaje. – Kiedy od współmałżonka dostaje się ostrogą w bok, człowiek potrafi zrobić jakieś głupstwo. A ona była powściągliwa ze swoimi chceniami i żądaniami, a zarazem wyrozumiała i akceptująca. Ten jej charakter miał coś wspólnego z górnictwem. Kaziu Kutz mówił o Ślązakach, że nie są przebojowi, tylko dupowaci, ale mnie takie zachowanie odpowiada. Żona urodziła się we Francji, w okręgu Pâté de Calais, jej ojciec był górnikiem. Po śmierci kilka razy mi się przyśniła i wtedy tak bardzo chciałem jej powiedzieć, jak ją kocham. Za życia dawałem jej o tym znać uczynkami, ale bardzo rzadko bezpośrednio słowami. Teraz wiem, że ludzie powinni mówić sobie, że się kochają, bo życie szybko mija i nic się nie odstanie. Potem siedzi się jak ten Jańcio Wodnik i chce się cofnąć czas, ale to niemożliwe. Dlatego uważajmy, co robimy teraz.

– Wnukom mówi pan, że je kocha? – pytam. – Nieustannie – uśmiecha się. – Może jak już znajdę się za chmurką, będę patrzył, jak sobie urządziły tutaj życie, i też im to będę powtarzał? Wiara daje uspokojenie, dlatego jestem spokojny, bo wiem, że życie nie kończy się tu, na ziemi.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg