I tylko stopy mam brudne

W domu idealnie czysto. Sama posprzątała. I uprała. I namalowała piękny świat.

Wtedy, w połowie lat 70., gdy się urodziła, takie dzieci oddawało się do zakładów. Wielu rodziców nie dawało rady, szczególnie gdy dzieci, tak jak ona, rodziły się na wsi. Wiadomo – na wsi trudniej i o opiekę, i o rehabilitację, i o akceptację. Małgosia z porażeniem mózgowym, które wyłączyło jej ręce i mocno utrudniło mowę, miała szczęście – los jej dał dobrych rodziców. Kochali ją, wspierali, wychowali na mądrą kobietę. A gdy dziś 7-letnia córka Małgosi śpiewa: „Cudownych rodziców mam”, to trochę śpiewa o niej i o tacie Darku, a trochę o dziadkach.

Życiowe nauki

– Ukończyłam tylko szkołę podstawową – mówi Małgorzata Waszkiewicz. Drobna, z krótkimi włosami, energiczna jak mało kto. Niesprawne ręce nie są w stanie stłumić wulkanu energii, który wypływa z serca i z duszy. – Moje dzieciństwo to były trudne czasy dla niepełnosprawnych. Nie było szkół i klas integracyjnych. Miałam indywidualne nauczanie. Bardzo chciałam się nadal uczyć, ale nikt nie dawał mi takiej możliwości. Potrzebowałabym stałego opiekuna, którego nikt mi nie mógł zapewnić. Szkoła średnia odpadła. Krawcową też nie mogłam zostać, mimo że bardzo chciałam mieć zawód – opowiada.

Krawcową? Bez sprawnych rąk? – Jak się ma niesprawne ręce, to można wszystko nogami robić – przekonuje Małgosia. – Moje nogi są zdrowe, bardzo sprawne i ćwiczone od dzieciństwa. Ja nawet w polu pomagałam rodzicom, ciągnikiem jeździłam! Jak człowiek nie ma czegoś, to musi zastąpić to czymś innym. To proste: u mnie nogi zastępują ręce. Kupiłam sobie maszynę, nauczyłam się szyć sama. I szyję do dziś.

Naturalne też były dla Małgosi haftowanie krzyżykowe, robótki na szydełku. Nienaturalne było siedzenie w domu. Rosło w niej poczucie, że jest niepotrzebna, odrzucona.

Do świata!

– Dostałam silnej depresji. Siedziałam w domu i myślałam o swoich biedach. Jak człowiek skupia się wyłącznie na sobie, użala się nad sobą, to może zwariować – kiwa głową Małgosia. – Czułam, że muszę coś ze sobą zrobić. Zaczęłam prosić Pana Boga o pomoc.

Pomógł. Kilka zbiegów okoliczności, kilka wydarzeń i Małgosia jedzie sama na obóz dla osób niepełnosprawnych. Nie zna tam nikogo. Nawet opiekunkę, która będzie jej pomagać, poznaje dopiero na miejscu. Potem drugi obóz – też pojechała jakby z przypadku. I nastąpiło kolejne otwarcie: na innych ludzi, na samodzielność. Na wiarę w siebie. – Na tym drugim obozie poznałam dziennikarkę, która mnie potem odwiedziła w domu. Patrzyła, jak funkcjonuję, dziwiła się, że potrafię szyć i ciągnik nogami prowadzić, i wiele innych czynności wykonywać. Podziwiała mój haft. Opisała to wszystko… – wspomina Małgosia.

Tekst przeczytał Jerzy Omelczuk. Znany malarz malujący ustami, również po porażeniu mózgowym. I przyjechał do Małgosi…

Malowane życie

– Pan Jerzy maluje ustami przepięknie. Zaczął mnie namawiać, żebym i ja spróbowała. W pierwszym momencie wydawało mi się to nonsensem. Ale pan Jerzy był nieustępliwy – wspomina Małgosia, kreśląc stopą szkic kolejnego obrazu.

Pierwsza próba była… kompletnie nieudana. Porażka. Kolejne prace były lepsze.

Dziś Małgosia jest członkiem Związku Artystów Malujących Ustami i Stopami AMUN. – Zaczęłam malować, gdy miałam już 25 lat. Dziś myślę, że wszystko, co robiłam wcześniej, przygotowywało mnie właśnie do malowania. I myślę, że gdzieś w głębi serca, duszy zawsze byłam artystką.

Małgosia pisze też wiersze. O miłości, bliskości, spełnieniu. Ale miłość nie przychodziła. Do czasu…

Miłość w Zakopanem

W 2003 r. Małgosia jedzie na turnus rehabilitacyjny do Zakopanego. W sanatorium poznaje Darka. Jest sympatyczny, otwarty, niedowidzący, kuleje. Nie, nie zakochują się w sobie od razu.

– Mnie się podobało w Małgosi to, że była radosna, nie użalała się nad sobą, była aktywna – uśmiecha się Darek.

– A ja zauważyłam, że Darek jest opiekuńczy, ciepły. Właśnie takiej osoby pragnęłam, ale musiały minąć cztery lata, zanim się pobraliśmy…

– Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia – dodaje Darek. – Powoli się poznawaliśmy, w końcu pokochaliśmy. W 2007 r. pobraliśmy się. I odtąd idziemy przez życie razem.

Małgosia maluje i opowiada chętnym o swoim życiu, pasji, radości. W salkach parafialnych, szkołach, domach kultury. – Pan Bóg dał mi wspaniałe życie, talent, męża. Więc dzielę się z ludźmi swoim doświadczeniem, namawiam, by się nie poddawali, by walczyli o siebie.

Darek – jeśli trzeba – pomaga słuchaczom zrozumieć bardzo niewyraźną mowę żony. A ludzie chętnie słuchają Małgosi.

Od 2013 r. jest z nimi córka Justynka. Czasem jeździ z rodzicami na spotkania. I śpiewa delikatnym sopranikiem: „Cudownych rodziców mam”.

Codzienność

– Jeździmy do młodzieży i dorosłych, by przekazać im, co jest według nas ważne. Bo ludzie potrzebują prostego przekazu, że ważne jest życie, szacunek do samego siebie, do innych – Małgosia nabiera stopą zieloną farbę i precyzyjnie nanosi na liść. Przyroda – kwiaty, łąki, pola – to jeden z jej ulubionych motywów. – Jeśli będziemy ufni, będziemy prosić i dziękować, nasze życie nigdy nie będzie puste. To im mówię.

Malowanie to życie. I sztuka życiowa. Ale sztuką życia jest też zwykły dzień. Waszkiewiczowie wstają wcześnie rano, Darek prowadzi Justynkę do przedszkola. Wspólnie przygotowują obiad. Justynka wraca do domu i czytają, grają w gry. Są po prostu razem. A Małgosia ogarnia mieszkanie. – Nie lubię bałaganu. W domu musi być czyściutko. I tylko moje stopy mają prawo być brudne od farb…

Justynka

Energiczna, uśmiechnięta siedmiolatka. Taki cud w rodzinie. Chociaż niektórzy mówili: nierozsądne to. – Tak bardzo pragnęłam dziecka, chciałam mieć pełną rodzinę. Chciałam, żebyśmy oboje mieli dla kogo żyć. Żebyśmy mogli swoją miłość przelać na dziecko – mówi Małgosia, tuląc Justynkę. – Gdy w końcu zaszłam w ciążę, byłam przeszczęśliwa. Spełniło się moje marzenie, czekałam na córeczkę. Ciąża przebiegała dość dobrze, aż do dziewiątego miesiąca. Wtedy zaczęły się problemy: duży ból rąk, silne napięcia. Nie mogłam przecież brać leków. Ale i to dało się wytrzymać: życie pod moim sercem było ważniejsze od bólu i niedogodności.

Pod koniec lutego 2013 r. urodziła się Justynka. Małgosia kwitnie. Nie skarży się, największe szczęście widać w oczach i na buzi. Położne są wzruszone, gdy przytula nogami swoją kruszynę. Potem szybko nauczy się zabawy z córką, pielęgnacji dziecka. Nogi matki są jak najlepsza kołyska.

Działania

– Pan Bóg działa przez Gosię – mówi pewnie Darek. – Ona mówi ludziom proste rzeczy i otwiera ich serca. I staramy się pomagać biedniejszym od siebie. Współpracujemy m.in. z fundacją Otwarte Niebo ze Skierniewic, która opiekuje się ludźmi bezdomnymi. Gosia ma coś takiego w sobie, że gdziekolwiek się pojawi, tam robi dobro.

Tym razem Gosia robi dobry obiad. I obiera ziemniaki. Jedna noga pomaga drugiej. – W naszym życiu jest różnie. Raz jest ciężko, raz wspaniale. Różnie bywa i w małżeństwie, bo to przecież droga – nie zawsze prosta i usłana różami. A miłość to nie wyłącznie walentynki – Małgosia patrzy na Darka. Rozumieją się bez słów. – Najważniejszy nasz cel: być razem i pomagać innym. Chyba jesteśmy doskonałą orkiestrą, chociaż po ludzku tak nieidealną.

Marzenia? Też wspólne. Żeby być zawsze razem, wychować Justynkę na dobrego, uczciwego człowieka. I tworzyć. Ile sił w stopach.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg
Komentowanie dostępne jest tylko dla .