Pasują jak ulał

Jezus ma dwie siostry: Jadzię i Tereskę, Maryja zna się na krowach, Józef to geodeta, a Baltazar… handluje choinkami.

Do Łukasza Piecha zatelefonował znajomy mamy, pracujący w Urzędzie Miasta Świdnicy, do młodych Wieliczków telefonował Henryk, ojciec i teść – ani pierwszy, ani drudzy nie zastanawiali się zbyt długo: taka okazja to nie lada gratka.

Daj się dotknąć

Odkąd pamięta, jego głowa zawsze była w czyichś rękach. Dotykany, obłapiany, tykany, macany… bo takie murzyńskie loki to prawdziwa rzadkość, budził zainteresowanie i dobrze mu z tym było. Szczególnie dlatego, że to przede wszystkim kobiety (od tych małych, koleżanek z piaskownicy począwszy, a na tych dojrzałych, nauczycielkach i babciach skończywszy) nie mogły się oprzeć, żeby nie sprawdzić, jak to jest, gdy takie loki to nie zabieg sprytnego fryzjera, ale dar natury. Tak, to było miłe. Gorzej z kolegami. Murzyn i Bambo to nie są ksywki, które mogłyby się podobać dziecku, a tym bardziej nastolatkowi. Nie było jednak rady: przylgnęły do niego, bo… pasowały jak ulał. – Więc nauczyłem się śmiać z siebie samego. Dystans do swego wyglądu to jedna z cech dojrzałości, skoro tak, dojrzewanie miałem przyspieszone – uśmiecha się Łukasz Piech. Jest świdniczaninem od urodzenia. Dwa lata temu skończył I Liceum Ogólnokształcące. Jego wychowawcą był Artur Żydek, szkolny fizyk i informatyk. – To świetny profesor, cenię go za to, że umiał z jednej strony zachować zdrowy dystans między sobą a nami, a z drugiej okazywać nam wiele serca i życzliwości – ocenia. Zaraz po maturze poszedł na automatykę i robotykę, zaliczył rok, jednak stwierdził, że to nie to. Dzisiaj studiuje na Uniwersytecie Ekonomicznym zarządzanie i inżynierię produkcji. – Zwykły menedżer nie zna się na technologii produkcji, my tak, dlatego będziemy menedżerami wyjątkowymi – uśmiecha się.

Pupa amorka

Łukasz nie ma kontaktu ze swoim biologicznym ojcem. Trudno więc dociec, czemu zawdzięcza swoją orientalną urodę. – Swego czasu próbowałem rozpracować swoje drzewo genealogiczne… jednak na pradziadkach wszystko się urwało. Oni pochodzili zza Buga – mówi. – I byli biali. Jakieś geny ciemnoskórych przodków musiały jednak kiedyś zostać przekazane? – Niekoniecznie – zaskakuje Łukasz. – Mama opowiada, że jako młoda kobieta była z koleżanką na wycieczce w Wenecji i tam właśnie jest rzeźba aniołka o specyficznych właściwościach. Otóż gdy pogłaszcze się go po pupie, to można być pewnym, że dziecko będzie miało kręcone włosy. Zaryzykowały. Jak widać u mamy się to sprawdziło, u koleżanki nie wiadomo, bo ta nie ma dzieci – uśmiecha się. Chłopak pogodnie opowiada o sobie i cieszy się, że dzięki Orszakowi Trzech Króli, który po raz pierwszy przejdzie ulicami Świdnicy, jego nietypowa uroda przyda się do kreacji króla Baltazara (Afrykańczyka). – Chętnie się zgodziłem na propozycję, jaka przyszła z Urzędu Miasta – komunikuje. – Do tej pory byłem kojarzony z ciemną karnacją, kręconymi włosami i choinkami, bo w okresie przedświątecznym pomagam mamie w prowadzeniu punktu sprzedaży choinek. Teraz dojdzie jeszcze Baltazar – mówi.

Teściowie na medal, mąż też

Nastoletnia Ania nie mogła wyjść z podziwu, że ludzie potrafią być tak bezinteresowni. Patrzyła na Wieliczków i wzdychała: O, tacy to się na teściów nadają. A ci dwoili się i troili, żeby tylko piesza wyprawa z Wałbrzycha do Krzeszowa przebiegła pomyślnie dla wszystkich uczestników. Jednak o ich synu, Andrzeju, nie decydowała się marzyć jako o swym mężu. Na szczęście było coś, co ich bardzo mocno łączyło: harcerstwo (Zawiszacy). Wspólnie organizowane i prowadzone obozy, wyprawy, wyjazdy, spotkania – dawały okazję, żeby poznawać się w sytuacjach, o których nie ma co marzyć w kawiarni, w kinie czy w parku na spacerze. I tak całe pięć lat. Aż do przełomowego Sylwestra 2003/2004. Gdy po zakończonej imprezie zbliżał się poranek Nowego Roku, a cale towarzystwo znalazło swoje śpiwory, Ania została na pobojowisku sama. Wtedy do sali wszedł Andrzej, rozejrzał się i rzucił: – Damy radę! – Będzie moim mężem! – odpowiedziała mu w myślach harcerka. Wtedy zaczęli patrzeć na siebie inaczej. Nie tylko jak na sprawdzonych w boju druhów, ale znakomicie więcej: jak na kandydatkę na żonę i kandydata na męża. Trzy lata po pamiętnym sylwestrze ślubowali sobie sakramentalną miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Działo się to w Gryfowie Śląskim.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.