Wyspa skarbów

Justyna i Radosław Walczukowie wspólnie z dziećmi: Jankiem, Maćkiem, Cecylką, Tereską i Dorotką oczekują kolejnych narodzin. Jak będzie miał na imię chłopczyk, jeszcze nie wiadomo, ale cała rodzina myśli intensywnie.

Promienie słońca rozświetlają pokój. Przy udekorowanym stole Cecylka i Tereska grają w warcaby. Obie są bardzo zaangażowane i śledzą każdy ruch na planszy. – A ja przed chwilą wygrałam z tatą – z zadowoleniem mówi Cecylia. – To prawda, drobna chwila nieuwagi i zostałem pokonany – potwierdza Radosław Walczuk. W pokoju chłopców panuje skupienie – Janek i Maciek grają w szachy, bo niedziela jest z założenia dniem bez komputera. Najmłodsza Dorotka koloruje obrazki.

Marzenia

Poznali się w czasie studiów we Wrocławiu. Justyna, rodowita wrocławianka, studiowała pedagogikę specjalną, a pochodzący z Głogowa Radosław – medycynę. – Czekaliśmy na siebie ponad dwa lata, żeby móc się pobrać, wspólnie zamieszkać i realizować nasze marzenia. Żona kończyła jeszcze studia. Do dzisiaj mamy długie listy, pełne tęsknoty i niecierpliwego oczekiwania. Swój wyjątkowy urok miały też rozmowy telefoniczne; oczywiście telefony komórkowe nie były jeszcze tak popularne, więc nierzadkie było stanie pod budką telefoniczną po 22.00, czasami w mrozie, żeby móc chociaż chwilę porozmawiać. No i podróże pociągiem do Wrocławia – wspomina Radosław. Po ślubie młodzi małżonkowie rozpoczęli pracę zawodową i powoli realizowali swoje plany. Pojawił się kolejny bardzo ważny moment – oczekiwanie na urodziny dziecka. – Wszystko przebiegało bardzo spokojnie. Odczuwaliśmy ogromną radość, jaka towarzyszyła czekaniu na syna – mówi Radosław.

Państwo Walczukowie od samego początku planowali dużą rodzinę. – Jak się pobieraliśmy, chcieliśmy mieć pięcioro dzieci. Śmiejemy się, że Pan Bóg spełnił nasze marzenia, co więcej – Bóg ma wspaniałe poczucie humoru i dał nam jeszcze jeden prezent, obecnie oczekujemy na szóste dziecko – z uśmiechem mówi mama. Od samego początku małżonkowie są zaangażowani w ruch Domowego Kościoła. Pragną budować wspólnotę Kościoła we własnej rodzinie i wychowywać religijnie dzieci, budować ich dojrzałą osobowość. – Oczywiście nie chcieliśmy, żeby nasz dom był „drugą zakrystią”, ale naturalną przestrzenią odkrywania Boga wśród nas, w otaczającym nas świecie. Wychowywanie dzieci jest ciągłym wyzwaniem, koniecznością towarzyszenia, szczególnie teraz, kiedy chłopcy dorastają. Staramy się organizować wspólne przedsięwzięcia, żeby ulubione gry komputerowe nie były jedyną rozrywką. Chcemy zainteresować nasze dzieci nauką, różnymi dyscyplinami sportu. Na przykład dzisiaj po południu całą rodziną wybieramy się pograć w kręgle, a gdy było cieplej, chodziliśmy na strzelnicę sportową – mówi Radosław. – Bardzo lubię grać w piłkę nożną – z zapałem dodaje Janek. – Ja też bardzo często gram na boisku, jako bramkarz – mówi Maciek. Obecnie Cecylka jest bez wątpienia najlepszą gimnastyczką sportową w rodzinie, ale Tereska ćwiczy również bardzo wytrwale. Pod czujnym okiem taty z gracją i zwinnością dziewczynki wykonują ćwiczenia na drążku.

Wyprawa w poszukiwaniu skarbów

W sprawnym funkcjonowaniu rodziny niezwykle istotną rolę odgrywa dobra organizacja. Dokładnie jak na morskiej wyprawie – każdy musi być za coś odpowiedzialny, każdy musi precyzyjnie wypełniać swoje obowiązki, żeby dotrzeć do upragnionego celu – wyspy pełnej skarbów. – Każdego dnia staramy się spędzać jak najwięcej czasu wspólnie z naszymi dziećmi. Paradoksalnie w weekend, kiedy przychodzi rozprężenie, kiedy każdy zajmuje się czymś innym, jest to o wiele trudniejsze. Od pewnego czasu uczymy się bardziej świadomie świętować niedzielę. Staramy się tak organizować czas, żeby w niedzielę nie było już odrabiania lekcji czy innych zajęć, jak np. zakupy. Udział we Mszy świętej i potem wspólne spędzanie czasu, delektowanie się byciem razem – to próbujemy zrealizować. Może kiedyś dzieci będą wspominać, że niedziela była inna niż pozostałe dni. Trudno jest nam sobie wyobrazić, że mielibyśmy pracować siedem dni w tygodniu – opowiada Radosław. Powodzenie wyprawy morskiej w poszukiwaniu nieznanego lądu wymaga od załogi ogromnej odwagi i wytrwałości. Chyba podobnie jest w rodzinie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Kama
    10.01.2014 09:19
    Podziwiam, ja mam dwoje dzieci i wiem, że nie dałabym rady z trójką. Czasem z dwójką bywa ciężko, żeby wszystko pozałatwiać i zorganizować i jeszcze ugotować, uprać, wyprasować, do lekarza iść. Myslę, że Pan Bóg daje ludziom różne predyspozycje. Ja chciałam 1 dziecko a mam dwoje, jest to maximum moich mozliwości organizacyjnych - ale rozumiem, że inni z 6-tką sobie poradzą, widocznie dla nich Pan Bóg inaczej to zaplanował :-)
  • gosiapiwowar804@wp.pl
    04.04.2014 22:04
    ZNAM OSOBISCIE PANA RADKA POZNAŁAM GO JAKO LEKARZA .JEST TO BARDZO SPOKOJNY I MIŁY FACET .DLATEGO NIE DZIWIĘ SIĘ,ŻE MAJĄ TAK WSPANIAŁA RODZINĘ .ŻYCZĘ IM NAJWSPANIALSZYCH CHWIL Z SOBĄ I BOŻEGO BŁOGOSŁAWIEŃSTWA.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.