Efekt uboczny marzeń

Na pierwsze spotkanie przychodzą z... lodołamaczem. 
– Takim sygnałem, że wszystko dobrze idzie, jest to, że lądujemy na dywanie. W przypadku dzieci każde spotkanie tak się kończy – śmieje się Sebastian Uzar.

Rzeczy niemożliwe załatwiamy od ręki, na cuda trzeba trochę poczekać – to hasło spokojnie mogliby wykorzystywać wolontariusze Fundacji „Mam Marzenie”. Dowody – 80 spełnionych marzeń w 2013 roku w samym województwie śląskim.


Kim jest Miuosh?


Kiedy pytam Sebastiana Uzara o najbardziej wyjątkowe, wolontariusz nie ukrywa, że nie w tym mieści się piękno ich działalności. – Nie lubię odpowiadać na tak postawione pytanie. Dla nas każde marzenie się liczy i jest jedyne w swoim rodzaju. Nieważne, czy chodzi o laptop, czy o spotkanie z kimś znanym. Ono niesie ze sobą radość, i to jest dla nas najistotniejsze – tłumaczy członek Zarządu FMM.
Po chwili przyznaje jednak, że były marzenia, które zapadły mu w pamięć. – Choćby dlatego, że wymagały wielu przygotowań, np. logistycznych. Albo wysiłku w dotarciu do konkretnych osób – wspomina.

– To było np. spotkanie z Dodą i antyterrorystami albo Jackiem Hornerem. W najbliższym czasie nasza marzycielka spotka się z... Miłoszem. – Ale kto to? – pytam lekko zdezorientowana, myśląc, że Czesław Miłosz przecież już nie żyje. – Ten Jack Horner to chyba też nieznany – zupełnie obnażam się ze swoją ignorancją. – Nie przejmuj się – śmieje się Sebastian. – Miuosh to raper, a Horner to paleontolog, który pracował przy „Parku Jurajskim”. Ten ostatni specjalnie przyjechał do Polski, żeby zobaczyć się z naszym marzycielem. Dzięki spotkaniom z dziećmi my także wiele się uczymy. Jesteśmy na bieżąco z postaciami z bajek czy piosenkarzami – dodaje.
 

Kiedy rozmawiamy tylko o efektach ich działań, może wydawać się, że spełnianie marzeń to najprostsze i najciekawsze zajęcie na świecie. – Często słyszymy, że to superpraca. A tak naprawdę każdy z nas jest wolontariuszem. Nawet członkowie zarządu nie dostają żadnego wynagrodzenia, działamy po godzinach pracy czy nauki. To wymaga od nas wysiłku – przyznaje. Zwłaszcza kiedy trzeba pojechać z marzycielem albo spotkać się z potencjalnymi sponsorami. – Zwykle wykorzystujemy przysługujące nam urlopy. Na szczęście nie miałem dotąd sytuacji, że pracodawca był niechętny mojej działalności. Raczej spotykałem się z życzliwością i zainteresowaniem – mówi wolontariusz.


Senior potrzebny od zaraz


Niestety, chętnych do takiej aktywności ciągle brakuje. – Jestem wolontariuszem od 2008 roku. I zauważyłem, że teraz bardzo zmieniło się podejście do pomocy w fundacjach. Kiedyś to były osoby, które po prostu chciały działać. Teraz przychodzą studenci i młodzież, których celem jest przeprowadzenie jednej akcji i pójście dalej. Pomagają spełnić jedno marzenie i kontakt się urywa – mówi Sebastian.
– Brakuje trochę wytrwałości. Wiadomo, kiedy człowiek pierwszy raz trafia na oddział onkologiczny, zobaczy te łyse główki małych pacjentów, te przerażone oczy, jest przekonany, że zrobi wszystko, by ich uszczęśliwić – ocenia Majka Jankowska. – A potem przychodzą problemy – odmawia jeden czy drugi sponsor, kolejny w ogóle nie reaguje na prośby, i człowieka dopada zniechęcenie. Wtedy trzeba znaleźć w sobie upór, by te trudności pokonać – wyjaśnia.


Majka jest emerytowaną nauczycielką. Decyzję o wolontariacie podjęła z inspiracji córki. – Czułam, że chcę jeszcze coś robić, działać. Teraz wiem, że nic lepszego nie mogło mnie spotkać – zapewnia. Sebastian dodaje, że wolontariusz w wieku emerytalnym jest jak najbardziej na miejscu. – To są zwykle osoby, które mają dużo czasu i wiele kontaktów z czasów, gdy pracowały. Jest im łatwiej np. pozyskiwać sponsorów – zauważa. – Przydaje mi się moje doświadczenie nauczycielskie. Wiem, jak rozmawiać z dziećmi, jak wydobyć z nich, o czym tak naprawdę marzą – mówi Majka.
Czasem bywa ciężko. Pomóc w pierwszym kontakcie ma „lodołamacz”, czyli upominek, który przełamuje pierwsze lody i bardzo często staje się pretekstem do wspólnej zabawy. Jak żartobliwie mówią wolontariusze, miarą tego, czy spotkanie było udane, jest to, jak szybko wszyscy przenieśli się na podłogę. Zabawa na dywanie jest regułą w przypadku młodszych dzieci.
Są jednak sytuacje, kiedy potencjalny marzyciel nie ma ochoty na rozmowę, złości się albo płacze. – Wtedy dyskretnie się wycofujemy. Wiadomo, że nasi podopieczni na co dzień mierzą się z bólem, niepewnością. Są osłabieni, mają gorsze dni. Dlatego spokojnie czekamy na sygnał od rodziców, kiedy i gdzie możemy znowu spróbować porozmawiać. Staramy się, by otoczenie było zupełnie inne – mówi Sebastian.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.